Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘woody’

The Messenger

Przy okazji Defendora wspomniałem o innym filmie, za który Woody Harrelson otrzymał nominację do Oscara. Niniejszą zaległość właśnie nadrabiam, bo – powtórzę się – warto. Woody w Messengerze konkretnie pozamiatał, ale nie dlatego bo trafiła mu się super rozpisana rola, tylko w głównej mierze dzięki kompanowi z planu, który fantastycznie dopełnił chemię między głównymi bohaterami. Pominięcie w statuetkach Bena Fostera uważam za typowy przykład ślepoty starczej.

Film jedzie w 95% na sprawdzonym schemacie konfrontacji „starego” z „młodym”. Przy czym The Messenger oprócz walki charakterów gwarantuje również walkę idei. Splot wydarzeń doprowadza do spotkania dwóch wojaków – wracającego z Iraku sierżanta Montgomery oraz rutynowanego kapitana Stone’a. Obaj zaczynają pracować jako wojenni posłańcy – przynoszą rodzinom poległym złe wieści po czym się ulatniają. Zawód trudny, wymagający szacunku do nakreślonych przez dowództwo zasad – zero emocjonalnej ingerencji, zero roboty w nocy, zero kontaktu fizycznego z rodziną ofiary. Są tylko i aż informatorami. Ale to adresaci są głównym problemem, a raczej ich skrajne reakcje.

Foster z Harrelsonem stworzyli duet idealny. Zderzenie odmiennych generacji zawsze budzi we mnie zainteresowanie, a reżyserowi udało się tu przemycić nieco więcej racji niż „k…. ja jestem starszy, więc mnie słuchaj!”. Obaj dostali od życia po tyłku, nie mogą się ustatkować, czują się osamotnieni. W jednej ze scen bohater grany przez Fostera wpada na wesele swojej byłej dziewczyny i rozpoczyna toast wydukaną kwestią, którą zawsze stosuje przy informowaniu o śmierci członka rodziny. Jest to tak masakryczny moment, że miałem ochotę stanąć na baczność. Zresztą przez cały film włos mi się jeżył, a to tylko dramat o weteranach.

The Messenger posiada happy end, ale to happy end z gatunku absolutnie akceptowalnych, nie przesłodzonych. Zresztą takie historie muszą się kończyć w ten sposób, nie ma bata. To dobry, kurna, bardzo dobry film, tylko czemu został tak bestialsko pominięty w nagrodach? To już bardziej Foster zasługiwał na nominację niż Woody, który jest „tylko” znakomity.

Read Full Post »

Defendor

Woody Harrelson ostatnio trzepie same dobre filmy. Oskarowa nominacja za Messengera (o nim napiszę już niedługo bo WARTO) i zawadiacka postać rednecka w Zombieland złożyły się obok  festiwalowego Defendora na naprawdę udany rok dla aktora. Moje zainteresowanie tym ostatnim tytułem nie jest przypadkowe, gdyż to druga po Kick-Ass próba demitologizacji komiksowych bohaterów. Tym razem na poważnie, bez humorystycznego polotu.

Defendor niszczy widza swoją szczerością. Nie czuć tu powszechnej próby zbudowania nowego uniwersum, dzielenia przygody na „zaplanowaną trylogię” i wpychania największych gwiazd na pierwszy oraz drugi plan.  Fabuła jest idealnie skrojona pod 90 minut i nie wyciąłbym z niej ani sekundy. Ponadto obsada dobrana jest na zasadzie „skromniej ale z kopytem”. I trzeba jasno napisać, że jest to trafna decyzja. Harrelson gra nieinwazyjnie, nie sili się na celebrity-show. Jego bohater to wszak delikatnie ułomny facet, który w tandetnym, czarnym stroju, helmutowskim hełmie z przyczepioną kamerą oraz malowaniu maskującym krąży po mieście i usuwa codzienny syf. Ale ten mściciel ma też drugą ambicję – dorwać mordercę matki.

Postać Defendora w aspekcie wizualnym i „genetycznym” spodobała mi się jak żaden nowy superbohater. Nie ma w sobie nadnaturalnych mocy, drogich gadżetów ani wsparcia ludzi. To właśnie jest w tym filmie najlepsze – mściciel walczący z przestępczością spotyka się z powszechną szyderą i brakiem zrozumienia. A dodając do tego klasyczne metody walki wręcz (czyli lutowanie w ryj i ucieczka) oraz sposoby na uprzykrzanie życia oprychom otrzymujemy bohatera absolutnego i nieschematycznego. Niskie IQ i brak konkretnych umiejętności dodają mu tylko uroku. Mimo, że to dramat pełną gębą to nie raz pojawił się na mojej twarzy uśmiech, zwłaszcza w scenach kiedy Defendor próbuje dorównać komiksowym herosom m.in. organizując sobie własny Batmobil. Coś pięknego, dziwnego i zarazem prawdziwego jest w tym filmie, może to ten realistyczny sztafaż historii, brudne miasto i niemoc tytułowego ułomka.

Gdy już się uwierzy w ten pomysł to całość minie w miłym tonie. Ja takie rozwiązania uwielbiam, bo przełamują pewne stereotypy i komiksowe repety na dużym ekranie. No i ten Harrelson – facet przejeżdża przez film jak walec, wiarygodna postać bez fałszywego spojrzenia. Należy również pamiętać, że Defendor to produkcja kameralna. Ale to też wielka zaleta.

Read Full Post »