Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘robert’

Predators

Owiany złą sławą pierwotny scenariusz trzeciej części Predatora nie ułatwiał na pewno Rodriguezowi pracy. Przypomnę, że oryginalna historia rozgrywała się na planecie Predów, na której organizowano walki między porwanymi osobnikami pochodzenia ziemskiego. W naszpikowanym kretynizmami filmie swoją partię miał sam Gubernator Kalifornii, który ponownie wcielał się w dzielnego Dutcha. Okazało się jednak, że nikt w Hollywoodzie nie chce wydawać kasy na tak wieśniacki projekt, dlatego skrypt Rodrigueza wrzucono do szuflady. Po kilkunastu latach producenci doszli do wniosku, że warto dać temu pomysłowi jeszcze jedną szansę. Rodri wynajął dwóch ziomków, aby napisali scenariusz od nowa. Siebie zaś postawił na stołku producenckim, aczkolwiek kilka starych pomysłów zdołał przemycić. Tak o to powstało Predators.

Z przykrością muszę stwierdzić, że obraz Nimroda Antala jest kolejnym potwierdzeniem na to, że Rodriguez od uniwersum Predatora powinien trzymać się jak najdalej. Zawodzi tu niemal wszystko – od reżyserii po aktorstwo, a nawet efekty specjalne. Jakość tych ostatnich zresztą dziwi, bo niby mamy 2010 rok, a termowizja łowców w ujęciu duetu Antal-Rodriguez wygląda jak błyskawiczna obróbka w After Effects w wykonaniu zapalonego amatora. Predators nie posiada również tej słynnej testosteronowej siły przyciągania. W pierwszej części zanim Dutch ze spółką ganiali za przybyszem z kosmosu siekali gwatemalskich terrorystów aż miło, w międzyczasie gadając ze sobą jak twardziel z twardzielem, przy okazji ocierając pot spływający po bicepsie. U Antala zaś tru-męskich najemników i dialogów mamy jak na lekarstwo. Brody Arnoldem nie jest (ale charczy zawodowo jak Bale!), a w całą ekipę ciężko uwierzyć, że jest zbieraniną elitarnych zabójców. A na dokładkę otrzymujemy jeszcze strachliwego lekarza, który zna się na roślinach z innych zakątków galaktyki…

Predators byłby jeszcze znośnym produktem, gdyby prezentował sobą coś w miarę świeżego. Tymczasem połowa filmu to albo nawiązania do cyklu, albo kopiowanie całych scen z poprzednich części. Strzelanie do dżungli? Jest. Wysmarowanie ciała błotem? Jest. Kill me, I’m here! jest. Ruuunnnnnn!!! Jest. Obrotowe działko M134? Jest. Walka solo z Predem? Jest. Obserwacja terenu zza konara? Jest. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność pojedyncze elementy filmu, bo jest ich mnóstwo, a większość z nich wpływa na fabułę i rozwiązanie akcji. Ja się pytam, czy ktoś tu w ogóle silił się na oryginalność (a może inaczej – na rzetelność), czy zżynał po kolei jak leci z Predatora McTiernana? Czy może jest to jakiś remake, o którym nie wiem? Spieprzony finał jest tylko konsekwencją wcześniejszych zaniedbań w stosunku do i tak chamsko potraktowanej postaci drapieżcy. Jak się okazuje, wyjące jak wilkołaki Black Predatory są generalnie bardziej uber niż te zwykłe.

Tak powinien wyglądać ten film.

Nie widzieliście pierwszej części? Radzę szybko nadrobić zaległości. Jeżeli widzieliście jak Schwarzenegger rozprawiał się z oprawcą i jesteście ciekawi, jak robi to Adrien Brody to polecam obejrzeć (np. na DVD) klasyczne kino McTiernana jeszcze raz. Predators to nic innego jak nabijanie fana w butelkę. W sumie oczekiwałem syfu tego kalibru i cieszę się, że się nie zawiodłem.


P.S. w napisach końcowych gra fajna muzyczka, na pewno rozpoznacie co to za utwór 🙂

Read Full Post »

Iron Man 2

Nigdy nie sądziłem, że przygody faceta w konserwie mogą być tak fajne. Iron Man był jednym z najlepszych blockbusterów ostatnich lat, zrobionym z głową i sercem filmem na podstawie komiksu Marvela. Ten obraz wypromował również Roberta Downeya jr do rangi najsympatyczniejszego aktora Hollywood. Czas biegnie jednak nieubłaganie, a kasa w worku producentów topnieje z każdym dniem, więc decyzja o nakręceniu sequela wydawała się kwestią następnych miesięcy. I o to w kinach pojawił się Iron Man 2.

W życiu Tony’ego Starka zmieniło się niewiele. To wciąż ten sam zabawny drań i gbur niepotrafiący ułożyć sobie życia osobistego. Sytuacja komplikuje się tym bardziej, iż rząd amerykański domaga się od niego przekazania nowoczesnej zbroi na rzecz operacji militarnych. Obok Starka wyrasta ponadto konkurencja w osobie producenta broni Justina Hammera i fizyka Ivana Vanko, który zamierza zemścić się na bohaterze za rodzinne grzechy. Do firmy zatrudniona zostaje również nowa asystentka Natalie Rushman, która robi na Starku pozytywne wrażenie…wizualne.

Twórcy wzięli sobie do serca podręcznikowe zasady tworzenia kontynuacji i nakręcili typowy, letni film akcji naszpikowany humorem, efektami specjalnymi i muzyką zespołu AC/DC. Scenariusz Iron Mana 2 to zlepek pojedynczych schematów wzbogaconych komizmem, miejscami wręcz przytłaczającym resztę treści. Co za dużo to nie zdrowo – ekranowe dowcipy w nadmiernej ilości wypierają lub wypaczają wiele ważnych komiksowych wątków np. rzekomy alkoholizm głównego bohatera. Wygląda to tak, jakby reżyser sam nie wiedział o czym chce dokładnie opowiedzieć widzom. W rezultacie dawkuje wszystko w znikomych porcjach, tasuje na zamówienie fanów kolejnymi postaciami z uniwersum Marvela (projekt „Avengers” coraz bliżej…), a na koniec funduje sporą rozpierduchę z rozczarowującym finałem.

Iron Mana 2 ogląda się całkiem sympatycznie, choć potencjał kryjący się w postaci Starka pozwoliłby na zrobienie prawdopodobnie najlepszego filmu o superbohaterze. Druga część nosi w sobie znamiona typowej, chłodnej kalkulacji. Każdy dolar musi się przecież zgadzać. A ograniczanie talentu Downeya jr, Mickeya Rourke’a czy Sama Rockwella kończy się tym, czym jest właśnie Iron Man 2 – zabawnym kinem wakacyjnym na jeden raz.

Read Full Post »

Robert Zemeckis był kiedyś dobrym reżyserem. Od momentu kiedy zaufał technologii motion capture stał się groteskowym odbiciem samego siebie z dawnych lat, kiedy jako świeżak produkował obrazy na wskroś oryginalne, pomysłowe i rozrywkowe. Opowieść wigilijna to kolejny przykład na to, jak Zemeckis pogrążył się w nijakości, bo ile już ekranizacji powieści Dickensa powstało? 50? 100? Czy kolejna – tym razem trójwymiarowa – wersja coś zmienia?

Co nowego w historii zgorzkniałego starca Scrooge’a…. Przede wszystkim mroczny klimat. Obraz ocieka wręcz posępną atmosferą, pełną ciemnych zaułków Londynu i wiszącą w powietrzu zapowiedzią śmierci. Mało tu radosnych chwil i momentów uwiecznionych zabawą i hulankami przy jasnym świetle. Z czasem Zemeckis przegina i funduje małoletnim widzom horror z duchami w roli głównej. Ja tam od byle czego na siedzeniu nie skaczę, ale przyznam, że motyw odwiedzin Marleya poprzedzony jest hardcore’owym wręcz niepokojem.

Myśl przewodnia Opowieści wigilijnej pozostała nienaruszona. Kolejne zjawy mają za zadanie znaleźć w chłodnym Scrooge’u ludzkie ciepło i dobro. Zabierają więc staruszka w przeszłość, teraźniejszość, a następnie w przyszłość, która okazuje się być decydująca dla ostatecznej decyzji zgreda. Wszystko podane w nowoczesnym trójwymiarze, który uwypukla kolejne triki operatorskie Zemeckisa. Największe wrażenie robią naturalnie przeloty kamery między budynkami i małymi detalami. Szkoda tylko, że za tak sprawnie wykreowanymi krajobrazami nie mogą nadążyć postacie, które wyglądają w najlepszym przypadku zaledwie poprawnie. Oczywiście chodzi o głównego bohatera – na twarzy Scrooge’a każda rysa, zmarszczka i włos idealnie podkreślają wiek. Pozostałe persony już takiego wrażenia nie robią, ba, kobiety wyjęto prawdopodobnie z pierwszej części Shreka, co filmowi z 2009 roku silącego się na jakiś tam realizm nie przystoi.

Nowy obraz Zemeckisa to solidna animacja, bez specjalnych fajerwerków. Największą jej wadą jest z całą pewnością odtwórczość, ale to wina  wyeksploatowanego materiału wyjściowego. Wątpię również, czy kiedykolwiek do niej wrócę (tak jak wracam często do Powrotu do przyszłości). Swoje pociechy warto jednak zabrać zwłaszcza na seans 3D, do którego Opowieść wigilijna jest wręcz stworzona. Liczy się przecież morał, a ten jest jeden – święta już za pasem.

P.S. Sponsorem seansu był trójwymiarowy, najnowszy zwiastun Avatara. Film będzie znakomity. Rzekłem wszem i wobec.

Read Full Post »

Na Alien Trespass zarzuciłem haka już jakiś czas temu. Jest 2009 rok, a tu nagle ktoś wyskakuje z filmem science-fiction, który wygląda niczym klasyka lat 50. i 60. Nie domaga tu w zasadzie wszystko – od aktorstwa po efekty specjalne. Ale to zabieg celowy, mocno stylizacyjny, który podparty ciekawym pomysłem i oddanym sercem reżysera mógł odnieść sukces w środowisku fanów niszowych, aczkolwiek jajcarskich produkcji. No właśnie. Czy Alien Trespass spełnia swoje zadanie?

alientrespass2

Odpowiem od razu – nie. Aczkolwiek to zły obraz nie jest. Szacunek twórców do kultowych pozycji z kanonu widoczny jest niemal na każdym kroku. Już sam pomysł wyjściowy na historię zahacza o niemal podstawy gatunku. W okolicy miasteczka Mojave rozbija się statek kosmiczny. Zbiegły z pokładu potwór Ghota stanowi zagrożenie dla mieszkańców, a w pościg za nim rusza kosmita Urp, który jednocześnie pożycza ciało od lokalnego naukowca – doktora Lewisa.

Oglądając Alien Trespass nie sposób odczuć specyficznego klimatu. Tu nic nie jest poważne – wygląd potwora śmieszy, postacie wygłaszają do bólu banalne kwestie, a aktorzy grają nadekspresyjnie. Nie brakuje sztandarowych elementów tego typu kina: młodego policjanta-harcerzyka oraz wiecznej dziewicy, która nie chce całować się z chłopakiem. No i oczywiście pojawia się ulizany kolega w skórze i nowym Polaroidem w dłoni. Większość akcji toczy się zza dnia, w barze, na posterunku policji i okolicznych pustkowiach. Wszystko jest na swoim miejscu.

alientrespass1

Problem Alien Trespass jest dość kuriozalny, albowiem nie wiadomo jaką ten film ma pełnić rolę. Jeżeli reżyser planował satyrę – wyszło mu to raczej słabo, a przede wszystkim zbyt przejrzyście. A może to jest komedia? Zaśmiałem się dosłownie 2 razy. Czy to utrzymany w duchu kina lat 50. pastisz? Zbyt oklepane, aby było prawdziwe. Nawet jeśli, to po co nam taki film w obecnych czasach?

Jedyną ideą, która na 100% wypaliła było zatrudnienie samego Roberta Patricka w roli stróża prawa. Gdyby nie pewne ramy konwencji facet ubliżałby ludziom w co drugim zdaniu, a jego pełne seksualnych podtekstów gadki przeszyłyby do historii. Tak czy siak występ nieco zapomnianego T-1000 przyjąłem z uśmiechem i niech tak pozostanie. Bo cała reszta jakoś mnie nie rozgrzała.

ocena25

Read Full Post »