Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘peter’

Żal dupę ściska. Ale po kolei. Peter Jackson nakręcił kiedyś to:

Oraz to:

Potem było różnie. Raz lepiej, raz gorzej (nawet we Władcy Pierścieni). Grunt, że Peter umocnił swoją pozycję w Hollywoodzie. A Nostalgia anioła? Cóż, niech za mnie przemówią zdjęcia:

Autor epickiej, tolkienowskiej trylogii sprezentował Nam do bólu wygładzony filmik fantasy, wymieszany z dramatem i thrillerem. Sęk w tym, że Nostalgia nie jest do końca żadnym z tych gatunków, a kończy się jak tańszy zamiennik Zmierzchu. W ogóle zadziwiające jest, że po takim sukcesie jakim jest LOTR Peter wybrał projekt cholernie odtwórczy, nieuwypuklający jego talentu do prezentowania czarnego humoru i satyry na świat. Na miejscu producentów sypnąłbym nawet kasą na sequel Martwicy Mózgu. To mogłoby być ciekawe doświadczenie. A totalnie żenujące jest, że w najnowszym filmie Jacksona nie ma ani jednej kropli krwi, czy nawet sceny z przemocą, choć w fabule znajduje się miejsce dla postaci psychopatycznego pedofila-mordercy, który z zimną krwią zabija główną bohaterkę (żaden spojler, bo cała historia opiera się na tym wydarzeniu). Oczywiście poza kadrem.

Reżyserowi nie udaje się – i to jest smutne – opowiedzieć czegoś konkretnego. Wątek dramatyczny poprowadzony jest po łebkach i według szablonu „wszyscy płaczą”. Wizja zaświatów, po których błądzi duszyczka Susan nie zachwyca (co nie dziwi, gdyż najlepsi spece od efektów pracowali wówczas przy Avatarze), a teoretycznie postać-hicior całego filmu czyli Harvey aka pedofil z domu naprzeciwko to kłębek stereotypowych cech psychola z sąsiedztwa – samotny facet, z dziwnym hobby, rozczochraną fryzurą i obowiązkowymi okularami na nosie…

Mam nadzieję, że ten jednorazowy wypadek przy pracy uzmysłowi Jacksonowi, że kręcenie niepodobnych do jego stylu historyjek dla emo-nastolatków musi zakończyć się klęską. Nostalgia anioła w USA nie zwróciła się, co w kontekście wybitnych wyników kasowych poprzednich dzieł każe zastanowić się, czy mamy do czynienia ze świetnym reżyserem czy też z artystycznym meteorytem, który zostawił na ziemi potężny znak. Cóż, Jackson strzelił w stopę i uratować go może tylko soczysta rehabilitacja.

Reklamy

Read Full Post »

district-9-poster

Po polskiej przedpremierze najnowszego filmu Neilla Blomkampa rozgrzały dyskusje czy nie jest to czasem typowy „ślepak”, który napędzany ciekawą kampanią marketingową zyskał odpowiedni rozgłos. Mimo, że właściwa premiera w Polsce dopiero 9 października postaram się w 10 pytaniach (bez zdradzania elementów fabuły, wielkich spojlerów… ograniczę się może do ogólnodostępnego zwiastuna) zachęcić miłośników science-fiction i nie tylko do odwiedzenia kina. Albo i nie. (więcej…)

Read Full Post »

Rzadko trafia się film, który jest poprowadzony przez 120 minut z żelazną konsekwencją i pomysłem. Film, który szanuje własną historię i niesilący się na szukanie kompromisu. Ostatnim obrazem, o którym mógłbym tak napisać jest Aliens Camerona – arcydzieło kina akcji science-fiction. Przesiąknięty testosteronem wymiatacz mistrza nie posiadał drugiego dna, gdyż miał za zadanie dostarczyć wysokiej klasy rozrywkę dla nieco starszej gawiedzi. Po 23 latach od wydania Aliens miło mi poinformować, że do kin zawitała podobna perła. I choć Blomkamp nowym Cameronem jeszcze nie jest to ma wszelkie zadatki, aby przez następne dekady rozdawać karty w Hollywoodzie.

2009_district_9_018

Południowoafrykański reżyser przenosi widza do współczesnego Johannesburga, nad którym w wyniku braku paliwa od 20 lat stacjonuje ogromny statek kosmiczny. Jego pasażerowie – 1.8 miliona obcych przypominających krewetki – zamieszkują biedne dzielnice miasta i stanowią poważny problem dla tutejszych obywateli. Specjalnie powołana jednostka MNU ma za zadanie przesiedlić kosmitów do stworzonych obozów koncentracyjnych. To zadanie zostaje zlecone wybijającemu się urzędnikowi – Wikusowi van de Merwe.

Wikus jest produktem naszych czasów. Niepozorny karierowicz z ukrytym charakterem bydlaka i chama. Kiedy przychodzi co do czego nie mięknie i spala barak pełen jaj, z których wykluwają się obcy, a następnie opisuje dźwięk pękającej pod wpływem wysokiej temperatury skorupy. Wikus ma swoje sposoby na przekonanie krewetek, aby podpisały się pod nakazem eksmisji. Niemniej to właśnie jemu przyjdzie stanąć po obu stronach barykady w wyniku nieszczęśliwego wypadku.

Blomkamp nie owija w bawełnę. Tworzy prawdziwy, namacalny klimat wydarzeń. Reporterski styl z użyciem tradycyjnych ujęć oraz kamer ochrony i telewizji potęguje wrażenie realizmu – to może dziać się naprawdę! Na drugim biegunie mamy bardzo dobre efekty specjalne, które nie wybijają się na pierwszy plan, a pomagają w opowiadaniu historii. Forma jaką przybrał D9 jest niewątpliwie bardzo atrakcyjna dla widza i mimo 30 milionów dolarów budżetu tandety realizacyjnej na ekranie nie widać.

2009_district_9_014

Dystrykt 9 jest nieco innym kinem akcji. W odróżnieniu od takich Transformersów potrafi zagrać na ludzkich emocjach i zmienić pogląd widza na dany element fabuły. Największy twist dotyczy oczywiście Wikusa. Postać z początku wzbudzająca śmiech i wrogość, z czasem staje się bohaterem tragicznym, rozdartym między światem ludzi, a światem obcych. Podjęte decyzje wychodzą z sytuacji, których Wikus miał okazję zaznać. Oczywiście nie będę zdradzał niespodzianki (same zwiastuny też niewiele w tej kwestii mówią), ale zaznaczam, że kilka scen chwyta za serce, ale nie są to momenty rodem z Harlequina.

Blomkamp robi jednak wszystko, aby przerzucić tempo filmu na szybsze tory. Druga połowa to istna rozpierducha z fruwającymi kawałkami ludzi i krwią zabrudzającą obiektyw kamery. Finał zaś jest małym, technicznym majstersztykiem. Pada pytanie – czy aby czasem reżysera nie poniosło? Ja pomysł Blomkampa kupuję bez wahania, bo sam temat (pomijając formę realizacji) mógłby nadawać się na parodię, a nie na poważne kino science-fiction. Tymczasem autor wychodzi z opresji z tarczą, a na dodatek dostarcza kosmicznych wrażeń wizualnych.

Dystrykt 9 to z pewnością ważne wydarzenie w światku filmowym. Sukces za oceanem potwierdza, że ludzie są złaknieni hardkorowych rozwiązań, które kiedyś były normalką, a dziś stanowią przejaw szaleństwa. Blomkamp swoją szansę wykorzystał. Teoretycznie można zarzucić jego produkcji naprawdę sporo, ale odmówić jej polotu i finezji realizacyjnej już nie. O niepoprawności politycznej nie wspominając…

ocena45

Read Full Post »

Nie ulega wątpliwości, że Tommy Wirkola wychował się na klasycznych filmach gatunku gore – Evil Dead oraz Martwicy Mózgu. Jego najnowszy film pt. Dead Snow to prawdziwy hołd złożony obu wymienionym produkcjom. Czerpie z nich niemal wszystko, począwszy od fabuły, pojedynczych nawiązań, aż po finał. I nie ma w tym nic tak naprawdę złego. Lepiej kopiować od najlepszych, niż sparzyć się na własnym pomyśle.

dead_snow1

Grupa norweskich studentów medycyny postanawia wykorzystać wolny czas i wyjechać do położonego na odludziu domku znajomego. A że zima sroga i dookoła biały puch, zabawa rozpoczyna się w najlepsze. Ziomki korzystając z skutera śnieżnego organizują sobie gry i konkursy zespołowe (m.in kto dłużej utrzyma się na ciągniętym z dużą prędkością, dmuchanym kole). Wieczorami przesiadują w domku, przy kominku opowiadając jakieś niestworzone historie, piją piwo. Wolne panny podrywają facetów, a niekumate nerdy zachowują się jak na nerdów przystało – zbijają wszystko do tematu filmów i ulubionych bohaterów.

Cały „nerdyzm” w Dead Snow jest zaprezentowany dość sympatycznie. Jeden z gości ubrany w koszulkę z emblematem Braindead, sypiący tekstami z  Indiany Jones’a oraz Terminatora wzbudza niemały uśmiech. I choć pierwsze 40 minut nie jest specjalnie dynamiczne i zajmujące, to jednak kilka niespodzianek dla wytrawnych fanów można znaleźć. Wirkola systematycznie puszcza oczko do widzów i serwuje znane wszystkim schematy, ubrane jednak w ciekawszą niż zwykle scenografię.

dead_snow2

Akcja toczy się pośrodku niczego, z dala od fiordów i cywlizacji. Teren zresztą kryję ciekawą tajemnicę – to tu niegdyś Oberst Herzog razem ze swoją świtą zagarnął mieszkańcom złoto i ukrył je, licząc, że po wojnie wróci i z łupem rozpocznie nowe życie. W nowym życiu stał się zombiakiem, a dowiadując się, że cały dobytek przywłaszczyła sobie studencka młodzież rozpoczyna krwawą rzeź.

Wirkola umiejętnie dawkuje głównie danie filmu – kultowych nazi zombies. Te brzydkie, ubrane w niemieckie mundury stwory, pojawiają się na ekranie niezwykle rzadko, by w końcówce walnąć w łeb prawdziwą epickością. Scena marszu martwej armii Herzoga to niesamowity widok, który mnie osobiście rozpalił do czerwoności. A co z akcją? Jest dobra, fajna, ale szkoda, że tylko daje o sobie znać w końcówce. Do łap ocalałych trafiają młotki, siekiery, a nawet piły mechaniczne. Wszystko zgodnie z normą.

Czasu spędzonego przy Dead Snow nie uznaję za stracony. Miłośnicy zombie-movies będą w siódmym niebie. To bardzo pozytywny filmik, wyreżyserowany w duchu klasyki. Nie pozostaje mi nic tylko polecić tę 90-minutową masakrę zakrapianą komedią.

ocena3

Read Full Post »