Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘ocalenie’

1. Obiecujesz, że twój film opowie o czymś co poprzednie części ledwie liznęły w temacie. To nic, że w żadnej sekundzie nie sięgniesz klimatu poprzedników. Masz przecież na usprawiedliwienie kilkadziesiąt minut, które musisz jakoś wypełnić.

2. Obiecujesz, że zrobisz kontynuację w duchu poprzedników. Dlatego 90% akcji kręcisz zza dnia.

3. Skoro w poprzednich częściach pierwsze skrzypce grała ikona kina akcji Ty także musisz o to zadbać. Dlatego zatrudniasz aktora, na którego widok większość widzów zaczyna spawać. Poza tym dajesz mu najnudniejszą rolę w jego dotychczasowej karierze i każesz chrząkać, bo w sumie wszyscy polubili Batmana.

4. Idziesz do pomysłodawcy serii z prośbą o „błogosławieństwo”. Dostajesz odmowę, ale nie robisz z tego tragedii. W końcu rozmawiałeś z guru.

5. Ciągle tłumaczysz się jak to wytwórnia chce niższej kategorii wiekowej, a ty chcesz wyższą. Dlatego wycinasz z filmu całe dwie sceny odpowiedzialne za niespokojny sen dzieci  i przystajesz na propozycję włodarzy.

6. Jedziesz na konwent fanów i pytasz się czy chcą zobaczyć na ekranie cycki, jakby ich odpowiedź miała jakiekolwiek znaczenie…

7. W zwiastunie umieszczasz dobrze znaną muzę, tylko po to, aby ludzie poszli do kina myśląc, że usłyszą ją w filmie.

8. Budujesz napięcie informacją o problemach technicznych przy doklejaniu głowy Gubernatora Kalifornii. Jeszcze 2 tygodnie przed premierą filmu nie jesteś pewien czy wszystko zapięte jest na ostatni guzik. Dlatego umieszczasz w kinowej wersji niedopracowanego emo-kulturystę, który chcąc zabić Jedynego Przywódcę Ludzkości targa nim o ścianę zamiast przebić na wylot jak to robił 25 lat temu.

9. Włączasz do filmu kilkanaście głupich nawiązań do poprzednich części i kopiujesz całe dialogi, tylko po to aby podkreślić, iż zrobiłeś coś w zgodzie z uniwersum.

10. Obiecujesz 30 minut wyciętych scen na DVD i Blu-ray aby udowodnić, że w reżyserskiej wersji całość będzie bardziej spójna. Po namyśle decydujesz się jednak na 3 dodatkowe minuty i tylko na „niebieskim” krążku.

===================================================

Powyższy poradnik powstał w oparciu o dogłębne śledztwo produkcji nowego Terminatora, a także informację o bankructwie dwóch kretynów, którzy dopuścili się zbrodni i wypuścili te gówno do kin. Nie ma to jak strzelić sobie w stopę i narzekać, że Cię boli.

Reklamy

Read Full Post »

Tytuł wpisu dość tradycyjny, ale podkreślający moje oczekiwania w stosunku do nowego filmu rozgrywającego się w uniwersum Terminatora. Kilkanaście lat czekania, mnóstwo prób wystartowania z produkcją, strajk scenarzystów, w końcu wykupienie marki przez Halcyon i obstawienie na stołku reżysera McG – twórcy słabiutkich Aniołków Charliego. Czy nowa część spełnia pokładane nadzieje? Niekoniecznie.

Przede wszystkim obraz McG leży i kwiczy w kwestii fabuły.  Przy ataku oddziału Connora na bazę Skynetu okazuje się, że wróg rozpoczyna produkcję sławetnego modelu T-800. A to nie przelewki, gdyż John spodziewał się ich znacznie później. Kilka godzin po tym zdarzeniu słynny zbawca ludzkości otrzymuje informację o rzekomych celach Skynetu. Drugim z nich jest właśnie John, zaś pierwszym… jego ojciec – młodziutki jeszcze Kyle Reese. Connor postanawia zmienić pierwotny plan wojny i uratować swojego „przyszłego” ojca.

terminator_salvation_1280_2

I tu rodzi się główna niedorzeczność Ocalenia. Nie wiemy bowiem w jaki sposób Skynet wie o istnieniu Reese’a. Co więcej – rozpoznaje go poprzez skan twarzy i umieszcza w specjalnie przygotowanej celi. W jaki sposób rozpoznać osobę, której się na oczy nie widziało i czemu pozostawia się ją przy życiu? Nie mam bladego pojęcia. Ten problem nie dotyczy po części Connora, gdyż to postać raczej znana w światku, głównie dzięki audycjom przez radio, mającym za zadanie podnieść morale żołnierzy.

To co mnie uderzyło w najnowszym Terminatorze to przede wszystkim sposób w jaki reżyser prowadzi bohaterów. „Prowadzi” to spore nadużycie. On rzuca ich na głęboką wodę, zlewając całkowicie budowę charakterów, a dialogi ograniczając do minimum. Dochodzą do tego debilne nawiązania do poprzednich części. Zapożyczone teksty sprawiają wrażenie maksymalnie sztucznie wplecionych, dla zasady „uszanowania dzieł Camerona”. A figa. Jak się już coś pożycza to trzeba to robić z głową. Zresztą reżyser nie miał specjalnie pomysłu na rozwinięcie bohaterów i gdy tylko nadarzy się okazja – rozpoczyna się akcja, która przerywana jest inną akcją.

Główny wątek filmu oraz bohaterowie ssą po całości ( z małym wyjątkiem, ale o tym później). Trudno tu komukolwiek kibicować skoro każdy jest bezpłciowy i drewniany. Na plus zdecydowanie wyróżnia się postać Marcusa Wrighta, w którego wcielił się Sam Worthington. Wątek Marcusa jest najgłębszy spośród wszystkich. Ale nie oznacza to psychologicznej rozprawki nad humanizmem w świecie zdominowanym przez technologię. Nie, scenarzyści zaledwie zamoczyli w oceanie kostki i nie wykorzystali potencjału danej jednostki. Worthington starał się jak mógł i wygrał. Ale to pyrrusowe zwycięstwo, bo reszta obsady ze względu na scenariusz jest płaska jak stół.

terminator_salvation1

Największą bolączką Ocalenia są mimo wszystko maszyny. W ramach obniżonej kategorii wiekowej pozbawiono je zdolności eliminacji wroga. Zamiast skutecznie rozprawiać się z ludźmi, rzucają nimi po ścianach. To się robi powoli żenujące i  śmieszne, zwłaszcza w zestawieniu z pierwszą częścią, gdzie Arnold nie bał się jednemu kolesiowi wbić piąche w tors i wyrwać serce. Gubernator Kaliforni pojawia się zresztą na kilka sekund w formie cyfrowej i wypada zadowalająco.

Terminator: Ocalenie rozczaruje zwłaszcza tych, którzy oczekują produkcji godnie nawiązującej do dzieł Camerona. Pomimo obniżonych wymagań również nie zaliczę seansu do udanych. Nadmiar scenariuszowych głupot, błędy logiczno-skutkowe, ewidentnie ścięty montaż, słaba gra aktorska i brak typowego dla uniwersum „feelu” powoduje, że obraz wyreżyserowany przez McG zaliczam do porażek wśród blockbusterów tego roku. O dziwo, chciałbym, aby powstała kolejna część, ale z innymi osobami odpowiedzialnymi za rezultat.

ocena2

Read Full Post »

salvation_kid

Po obejrzeniu powyższego zdjęcia nie mam żadnych wątpliwości. Postapokalipsa w Terminator: Ocalenie sięgnie niebotycznych rozmiarów. Będzie dół, deprecha, „This is Sparta!”, syf i właśnie takowe obrazy. Dzieciaków z bronią w łapskach próżno szukać w filmach. Wyzbył się tego nawet Cameron w drugiej części opowieści o „Elektronicznym mordulcu”, mimo, że okazji do wręczenia gnata młodemu Connorowi było bez liku. A MCG (czyt. Mekdżi) – visionary director of Charlie Angels (takie żarty krążyły po sieci) – zdaje się nie przejmować schematami i kręci nowego Termiego po swojemu. I bardzo dobrze, życzę mu, aby mu się udało. Wszak nawet wspomniany Cameron przed nakręceniem pierwszego Terminatora zrobił jedynie… Piranie II.

Wracając do dzieciaka z shotgunem. Czemu mnie to jara? Bo widać, że ludzie są zdeterminowani, że zarysowana przyszłość jest beznadziejna. Małolat z bronią to obecnie jeden z bardziej przerażających widoków (nawet w kotekście ostatnich wydarzeń w niemieckiej szkole). Bo słodziak nie kontroluje swojego zachowania. Gdy strzeli, zrobi to przez przypadek. Nie wie, że pociągnięcie za spust trwa ułamek sekundy. Ułamek, który decyduje o śmierci (bądź nie) osoby znajdującej się nieopodal. A może się podpaliłem? Może dziewczynka z obrazka idzie podarować broń ojcu?

Na osłodę dorzucam zwiastun, który w rytmie utworu Nine Inch Nails – The Day the World Went Away jeszcze bardziej podsyca atmosferę oczekiwania.

Read Full Post »