Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘island’

Na taki powrót Martina Scorsese czekał chyba cały filmowy światek. Po – delikatnie ujmując – niekorzystnym okresie twórczym, w którym spłodził nudne Gangi Nowego Jorku, rozwleczonego do granic Aviatora i słaby remake Infiltracja (paradoksalnie, za ten ostatni tytuł zagarnął kilka statuetek) jeden z ostatnich fachmanów kina gangsterskiego spróbował swoich sił w zupełnie nowym dla niego gruncie – kryminalnym dreszczowcu. Podkładka pod historię jest nie byle jaka, bo mamy tu do czynienia z bestsellerową powieścią Dennisa Lehane’a.

Shutter Island (tradycyjnie polski tytuł nie domaga) rusza z kopyta już na starcie, kiedy to widzimy na płynącym promie dwóch agentów federalnych, palących papierosy marki Lucky Strike i rozmawiających o pracy. Obaj ubrani w sztandarowe ciuchy swoich czasów (akcja dzieje się w 1954 roku) – jakieś pomięte płaszcze, kapelusze oraz przeciętne garnitury podkreślone nierzucającymi się w oczy krawatami – stawiają pierwsze kroki na tytułowej wyspie i rozpoczynają śledztwo w ulokowanym tutaj zakładzie dla obłąkanych przestępców. Sprawa dotyczy zniknięcia jednej z pacjentek, a intryga zacieśnia się kiedy władze szpitala odmawiają szerszej współpracy z agentami. Na domiar złego nad wyspę nadciąga huragan, a łączność z światem zewnętrznym zostaje przerwana. Kocham takie motywy, kocham skrupulatność Scorsesego w budowaniu wszędobylskiej atmosfery osaczenia. Z tego też względu film wbija klimatem w ziemię od pierwszej sekundy.

Reżyserowi udała się również inna, trudna rzecz. Pomimo wad książkowego materiału wycisnął z obsady wszystkie, najlepsze soki. Każda z postaci pozostaje do końca w pełni wiarygodna. Licząc się z wadą finału (który dla niezaznajomionego z powieścią widza jest do rozszyfrowania w połowie seansu) postawił konsekwentnie na swoim, dzięki czemu ostatnie minuty upływają pod dyktando emocji, szoku, trochę dwuznaczności, ale na pewno nie rutyny i nudy. Jeżeli jeszcze się nie przekonaliście do klasy di Caprio to po Wyspie tajemnic zmienicie zdanie diametralnie. Facet wyczynia na ekranie cuda i jeżeli czasem wyczuwa się u niego nadekspresyjność, to jest to zabieg celowy. A partnerują mu nie byle jacy aktorzy: Ben Kingsley (klasa!), Mark Ruffalo (jeszcze lepszy od Kingsleya) i Max von Sydow, który tym razem posługuje się wybitnie niemieckim akcentem. Z taką ekipą można kręcić niemal wszystko, nawet serial o pasterzach z Kaukazu.

Wyspa tajemnic powala również pod względem realizacji. Zero tanich sztuczek i efekciarstwa, zero wyskakujących potworów i głów krzyczących na całe głośniki.  Scorsese zrobił film „po Bożemu” i jednocześnie z odpowiednią dozą pietyzmu. Scenografia powala, ale byłaby ona niczym gdyby nie fantastyczne zdjęcia doświadczonego Roberta Richardsona. Zauważalna gra światłem i cieniem, staranne kadrowanie (zwracam uwagę na sceny na klifach) i chłodna, pozbawiona szerszej gamy barw kolorystyka nadają obrazowi nieprzyjemny smaczek horroru wymieszanego z czarnym kryminałem.

To najlepszy Scorsese w tym wieku. Zaskakujący i budzący podziw, szargający nerwy i jednocześnie nie przyduszony ciężarem gatunkowym. Dołączając do tego znakomitą obsadę otrzymujemy jeden z najciekawszych filmów ostatnich miesięcy. Polecam gorąco, nawet tym, którym powieść Lehane’a nie przypadła do gustu. I nie zapomnijcie parasolów, w Ashecliffe wieje i pada non stop.

Reklamy

Read Full Post »