Feeds:
Wpisy
Komentarze

Czwarty stopień

W Czwartym stopniu reżyser z umiłowaniem robi widzów w wała. To solidnie wykonana bajka w duchu Archiwum X. Brakuje tu tylko nieustraszonego Foxa Muldera, próbującego dociec prawdy jak za starych, dobrych lat. Na pocieszenie zamiast agenta Duchownego mamy panią psycholog w osobie Milly Jovovich. Co prawda babka mnie nie jara swoją urodą, choć jak na modelkę to aktorką jest nawet niezłą. A przynajmniej nie widać u niej typowej dla wychudzonych szkap z paryskich wybiegów kamiennej twarzy. No ale ja tu o filmie chciałem pisać…

Pomysł na fabułę 4th Kind czerpie z niemal wszystkich przypowieści o UFO. Odizolowana wioska, dziwne zjawiska, tajemnice, potencjalne uprowadzenia –  twórcy grają otwartymi kartami od początku. Dodam do tego charakterystyczną dla takich historii mistyczną otoczkę, która z całej gamy środków podobała mi się najbardziej. Większość cech istot pozaziemskich przelatuje w dialogach, konkretne opisy płyną wraz z wypowiadanymi słowami. Fajnie, że stać jeszcze kogoś na tak skromne szafowanie schematami. Należy jednak pamiętać, że Czwarty stopień jest bajdurzeniem na temat porwania przez UFO i żeby kupić tę dokumentalną konwencję należy całość wziąć w gruby nawias. Tak samo jak niby-prawdziwe nagrania z seansów hipnozy. Generalnie ten patent uważam za świetny, z małym zastrzeżeniem – wersja „jovovichova” głównej bohaterki trochę się gryzie z tą rzekomo prawdziwą.

Mógłbym napisać „nie idź na nową część Zmierzchu„, ale trzeba otwarcie przyznać, że Czwarty Stopień wchodzi do kin jako typowy zapełniacz repertuaru. Batalię z emowampirami ten obraz na pewno przegra, co nie znaczy, że nie warto się nim zainteresować później. Ten kto ceni sobie sprawnie poprowadzone historie o ufoludkach i jest fanem Archiwum X ten wyjdzie z sali zadowolony.

Reklamy

Toy Story 3

Śmiejcie się, ale w trakcie seansu Toy Story 3 zdarzyło mi się uronić łezkę. I to nie raz. Pixar po raz kolejny zmasakrował mnie emocjonalnie, pokazał, że prostymi sztuczkami można stworzyć widowisko, które się chłonie lepiej niż starannie wyreżyserowany dramat. Przygody Chudego i Buzza idealnie zagrały na moim poczuciu sentymentalizmu. Pierwszą część obejrzałem jako smyk, drugą jako nastolatek. Trzecia to przepiękny powrót do przeszłości i zakończenie IDEALNE, spięte fantastyczną klamrą.

Zaskakujący w Toy Story 3 jest idealny balans między powagą, a humorem. To zdecydowanie najwolniejszy, najmniej wariacki odcinek, co nie znaczy, że ślęczenie przy nim doprowadza do znużenia. Wręcz przeciwnie. Pixar ewidentnie dojrzewa wraz z kolejnymi dziełami i stara się przemycić nieco więcej życiowego morału, aniżeli konkurencja. Widać to zwłaszcza w pomyśle fabularnym, który stawia bohaterów w zupełnie nowej sytuacji.  Nie ma tu zbyt wielu pościgów, czy akcji. W zamian otrzymaliśmy krzepiącą przygodę o odmienności, poszukiwaniu nowego domu, a przede wszystkim utrzymaniu więzi. Zabawki będą musiały nieźle się napocić, aby przetrwać ten ciężki okres!

Niewątpliwym atutem TS3 są towarzyszące zmaganiom bohaterów wszelakie emocje, od smutku po śmiech. Niby to animacja dla dzieci, ale nie ma w sobie tej taniej naiwności, jest uniwersalna, dla każdego. Wydaje się nawet, że od czasu do czasu film puszcza oczko w stronę starszego widza. Ot na przykład origin szefa bandy przedszkolnych zabawek – Tulisia (notabene, bardzo zacny czarny charakter to jest!). Podsycona delikatnie mrokiem krótka historia odtrącenia to mały geniusz. Twórcy w ciągu 3-4 minut potrafią zintensyfikować wydarzenia na ekranie nie tracąc przy tym tempa narracji i bohaterów. To spore osiągnięcie. Przykładowo Odlot pod tym względem raczej dołował. A co ze stroną wizualną? Perfekt, panie, perfekt nieziemski. Ale fabuła ważniejsza, lepsza, chyba najbardziej dopracowana w historii Pixara.

Trzecia część Toy Story nie jest dobrą lub bardzo dobrą animacją. Jest GENIALNĄ animacją. To świetna rozrywka z masą naprawdę znakomicie zrealizowanych scen, przepięknie poprowadzonych bohaterskich zabawek, końską dawką humoru oraz idealnym zakończeniem. Klasycznie i z klasą. Chudy i Buzz – dzięki za te 15 lat wspólnej zabawy. Było warto. Jak cholera.

Defendor

Woody Harrelson ostatnio trzepie same dobre filmy. Oskarowa nominacja za Messengera (o nim napiszę już niedługo bo WARTO) i zawadiacka postać rednecka w Zombieland złożyły się obok  festiwalowego Defendora na naprawdę udany rok dla aktora. Moje zainteresowanie tym ostatnim tytułem nie jest przypadkowe, gdyż to druga po Kick-Ass próba demitologizacji komiksowych bohaterów. Tym razem na poważnie, bez humorystycznego polotu.

Defendor niszczy widza swoją szczerością. Nie czuć tu powszechnej próby zbudowania nowego uniwersum, dzielenia przygody na „zaplanowaną trylogię” i wpychania największych gwiazd na pierwszy oraz drugi plan.  Fabuła jest idealnie skrojona pod 90 minut i nie wyciąłbym z niej ani sekundy. Ponadto obsada dobrana jest na zasadzie „skromniej ale z kopytem”. I trzeba jasno napisać, że jest to trafna decyzja. Harrelson gra nieinwazyjnie, nie sili się na celebrity-show. Jego bohater to wszak delikatnie ułomny facet, który w tandetnym, czarnym stroju, helmutowskim hełmie z przyczepioną kamerą oraz malowaniu maskującym krąży po mieście i usuwa codzienny syf. Ale ten mściciel ma też drugą ambicję – dorwać mordercę matki.

Postać Defendora w aspekcie wizualnym i „genetycznym” spodobała mi się jak żaden nowy superbohater. Nie ma w sobie nadnaturalnych mocy, drogich gadżetów ani wsparcia ludzi. To właśnie jest w tym filmie najlepsze – mściciel walczący z przestępczością spotyka się z powszechną szyderą i brakiem zrozumienia. A dodając do tego klasyczne metody walki wręcz (czyli lutowanie w ryj i ucieczka) oraz sposoby na uprzykrzanie życia oprychom otrzymujemy bohatera absolutnego i nieschematycznego. Niskie IQ i brak konkretnych umiejętności dodają mu tylko uroku. Mimo, że to dramat pełną gębą to nie raz pojawił się na mojej twarzy uśmiech, zwłaszcza w scenach kiedy Defendor próbuje dorównać komiksowym herosom m.in. organizując sobie własny Batmobil. Coś pięknego, dziwnego i zarazem prawdziwego jest w tym filmie, może to ten realistyczny sztafaż historii, brudne miasto i niemoc tytułowego ułomka.

Gdy już się uwierzy w ten pomysł to całość minie w miłym tonie. Ja takie rozwiązania uwielbiam, bo przełamują pewne stereotypy i komiksowe repety na dużym ekranie. No i ten Harrelson – facet przejeżdża przez film jak walec, wiarygodna postać bez fałszywego spojrzenia. Należy również pamiętać, że Defendor to produkcja kameralna. Ale to też wielka zaleta.

Drużyna A

Dramat. Ale nie gatunek tylko sam film. Nie tego spodziewałem się po kinowej wersji jednego z najsympatyczniejszych, najlżejszych, najzabawniejszych i naj-bad-assowych seriali w historii. Kto z was nie zna tego – KLIK? Jeżeli czujecie miętę do kultowej bandy najemników to na obrazie wyreżyserowanym przez Joe Carnahana będzie cierpieć. Jak ja.

Sharlto Copley to najjaśniejszy punkt Drużyny A. Facet jest Murdockiem idealnym. Jest rąbnięty, maniakalny, nieprzewidywalny, ma w oczach obłęd. Wikus z D9 bawi się przed kamerą przednio, co i rusz wykorzystując swój talent komediowy. To castingowa perełka. Z resztą jest już stopniowo gorzej. Cooper robi to co zwykle, czyli zgrywa podrywacza, ale jest miejscami zabawny – ale do klasy Buźki z serialu daleko mu jak cholera, gdzie ta elegancja i opanowanie? Neeson stara się jak może upodobnić do George’a Pepparda, ale z minuty na minutę staje się tym normalnym Neesonem (nawet zmienia mu się kolor włosów), którego nie znoszę. Ale największą porażką moi mili jest niejaki Quinton Jackson w roli B.A. Baracusa. Facet nie ma w sobie nic z twardziela, co więcej, ma buźkę jakiego stand-up komedianta. Starannie ucharakteryzowany irokez oraz teksty z „I pity the fool!” nie wystarczą, aby upodobnić się do zdystansowanej kreacji Mr. T. Również żenująco wypada próba uczłowieczenia czarnoskórego pakera. Nauki Ghandiego może i są cenne, ale nie pasują do tego typu filmów.

Najgorzej Carnaham poradził sobie z reżyserią scen akcji. Jest ich co prawda dużo (co minusem nie jest), ale jakościowo mieszczą się pomiędzy Terminator Salvation,  a Die Hard 4.0.  Zapach ostatnich przygód Johna McClane’a gdzieś się unosi w pobliżu, bo to takie samo stężenie idiotyzmów. Serial lepiej sobie z tym radził (pewnie przez budżet) i nie pozwalał na dzikie pomysły w stylu latającego czołgu na spadochronie – jak rozwija się ten motyw względem zwiastuna jest po prostu nie do opisania. Darwin przewraca się w grobie. Całkiem tego sporo i co najgorsze, zaczyna to szybko nudzić. Bo Carnahan nie sili się na zgodność z oryginałem (wystarczy zobaczyć jak potraktował furgon) i dąży do totalnego zblockbusterowania, bez nadmiernego ciężaru emocjonalnego. Tymczasem w odbiorze i delektowaniu się tą lekkością przeszkadza rwana narracja i liczne zmiany lokacji. Miał być Meksyk i Los Angeles, otrzymujemy jeszcze niemiecki Mannheim, jakieś porty, nieznane biurowce, jezioro i wiele więcej. Fabuła zapierdziela jak zdrowa antylopa i rzuca widzem po całym świecie. A przecież tytułowa ekipa to lokalni najemnicy, działający na zlecenie amerykańskich obywateli!

Może i jest tu kilka trafionych dowcipów (Braveheart!), ale w takiej formie Drużyna A nie jest dla mnie Drużyną A, tylko zlepkiem efekciarskich wybuchów oraz strzelanin, a przecież były one ledwie dodatkiem do serialu. Tu stają się głównymi bohaterami. Najgorsze jest jednak to, że niezwykle ciężko przychodzi mi wyróżnić jakąkolwiek dynamiczną sekwencję z bronią w tle. Film Carnahana to odrysowany od kalki letni filmik bazujący na znanej marce, ale kompletnie jej nie szanujący.

P.S. Rozpoczął się mundial jakby kto nie wiedział 🙂

Green Zone

„Zielona strefa” to uformowany w trakcie inwazji na Bagdad w 2003 roku obszar wolny od działań zbrojnych. To w nim tymczasowe władze irackie pod kontrolą sił koalicyjnych miały budować demokratyczne państwo. Paul Greengrass na podstawie tego faktu postanowił nakręcić film i pokazać USA paluszek ostrzegawczy. Green Zone to śmiałe, choć nie do końca udane oskarżenie o krwawą rzeź w imperium Saddama i manipulację opinią publiczną.

Duet Greengrass-Damon nie zawiódł mnie przy kolejnych częściach trylogii Bourne’a, toteż od Green Zone oczekiwałem czegoś naprawdę mocnego i wciągającego. Założenie było proste – cholernie zmotywowany bohater wkracza na drogę śledztwa, które ma ujawnić wałki Pentagonu. Damon wciela się tu w żołnierza Roya Millera, specjalisty poszukującego broń masowej zagłady. Kolejne nieudane próby przechwycenia tej zabawki budzą w wojaku pewne wątpliwości. Rozwiewa je dość szybko agent CIA Marty, który zachęca Millera do poznania całej prawdy o irackim arsenale.

Film wydaje się być deczko przeterminowany ideologicznie, co nie znaczy, że nie drąży tematów ciężkich i niewygodnych. Gdyby pojawił się wcześniej (mniej więcej 2 lata temu), byłoby głośno o nim nawet dzisiaj. A że prawdę już znamy to ogląda to się ze średnim zaciekawieniem. Green Zone należy więc potraktować jako solidnego akcyjniaka. Bo fabularnie nie jest to nic wielkiego, ani tajemniczego, zresztą sam Miller wydaje się być taką marionetką w rękach agentów, która pcha historię mimowolnie do przodu. Damon jako Bourne nie robił wielkiego show na ekranie, ale pozostawał wiarygodny. Tu również nie szarżuje, jest postacią bardzo realistyczną i szybko się ją docenia w dociekaniu prawdy. Nie zawodzą również zdjęcia, bo oprócz bournowskiego, paradokumentalnego stylu mamy kilka ujęć, przy których szczena opada (zwłaszcza w scenie przylotu Black Hawków na miejsce saperów). Ciekawe, że ten sam operator (Barry Ackroyd) potrafił nakręcić spokojnego Hurt Lockera jak i tętniącego akcją, dynamicznego, zrealizowanego z pewną agresją Green Zone. Różnica dzieląca te dwa obrazy jest kolosalna, oczywiście w warstwie wizualnej.

Greengrass co prawda uwala ostatnie 20 minut na amen (klisza nad klisze i kliszą pogania), ale w gruncie rzeczy film mu się udał. Pomysły trzęsienia kamerą gdzie popadnie uważam za zbyteczne, ale dzięki takim założeniom nawet w sielankowych scenach wszystko wydaje się być szybkie, impulsywne i zadziorne. Dlatego moja rada jest jedna – jak zaklepujecie bilety to polecam ostatnie rzędy. Dla dobra waszych gałek ocznych.

Polska epa 1920

Jerzy Hoffman nakręci film o bitwie warszawskiej – KLIK

Szkoda, że jak coś ruszy to już na starcie obarczone jest wszelkiej maści kontrowersjami. Zwłaszcza u Nas. Lista moich wątpliwości jest krótka, acz konkretna:
– osoba reżysera – Hoffman ma prawie 8 dych na karku i nie ma pojęcia o nowoczesnym kinie wojennym. Celowo podkreślam ten przymiotnik, gdyż takie wydarzenie jak Cud nad Wisłą zasługuje na wysoki wskaźnik epy, czego Hoffman nie zagwarantuje choćby zapatrzył się w Spielberga i Szeregowca Ryana.
– zgodnie ze słowami reżysera film ma wlać w nasze serca dozę optymizmu. Niestety jestem daleki od takiego stawiania sprawy. Bitwa warszawska jak każda pochłonęła ofiary. Jak pokaże to Hoffman? Pewnie nie pokaże, obraz poza kilkoma sekwencjami będzie na maksa kameralny, gdzie 2 żołnierzy rodem z teorii Jacka Braciaka zapala papierosa i kuma nad złem wojny.
– budżet produkcji to AŻ 20 milionów złotych. AŻ bo to rekordowo wysoka cena jak na polskie warunki. Aczkolwiek obok AŻ mogę postawić słowo TYLKO. Bo 20 baniek to zaledwie 6-7 milionów dolarów. Za taką kasę o wiarygodnie ukazaną wojnę jest niezmiernie ciężko. Nawet wliczając w to obniżone koszta produkcji na polskich plenerach.
– dbałość o szczegóły – uwielbiam ją (zwłaszcza ostatnio Pacyfik zrobił na mnie kolosalne wrażenie pod tym względem), ale w filmie polskim odznacza się ona czyściutkimi mundurami (jak w Katyniu Wajdy), modelami w obsadzie, nieskazitelnym językiem i…minimalną kontrowersyjnością. Skoro na ten film mają się wybierać całe szkoły to…resztę dopowiedzcie sobie sami.
– obsada – Szyc to dobry aktor, ale mam już go dosyć. Na drugim biegunie mamy Nataszę Urbańską… Say whaaaat!!!!???!!??
– 3D – ja wiem, że postavatarova mania zawładnęła Polską, ale nas jeszcze nie stać na pierwszy prawdziwy film  Trzy De. Śmierdzi mi jakąś tanią konwersją, której nie zniesie.

Ale są też plusy:
– autorem zdjęć zostanie Sławomir Idziak. Facet idealnie skadrował Black Hawk Down, więc zna się na robocie. Być może to będzie pierwszy od dawna polski film skręcony z głową.
– to będzie prawdopodobnie pierwszy od dawna polski na który wybiorę się do kina. Z czystej ciekawości.

Valhalla Rising

Jestem tak potwornie wkurwiony faktem obejrzenia Valhalli, że chyba muszę przystopować z moimi oczekiwaniami w stosunku do reszty tegorocznych hitów. Na obraz Duńczyka Nicolasa Windinga Refna napalałem się już kilka miechów temu po ujrzeniu przykładowych zdjęć z planu produkcji. Ja to widziałem tak – grupa wikingów organizuje walki na śmierć i życie, ten kto przetrwa kilka pojedynków może liczyć na ułaskawienie i wolność. Wyobrażałem sobie nordyckiego Gladiatora, śliskiego od juchy oraz flaków i wypełnionego po brzegi prymitywną przemocą. To mogłoby się udać, o tak! Ale Refn postanowił zrobić z arcyciekawego materiału arcynudny, pseudofilozoficzny bełkot, który musiałem zdzierżyć na 3 raty.

W Valhalli Rising spodobały mi się tylko pierwsze minuty, bo tak naprawdę zeszły się one z moimi oczekiwaniami – tu lutują się po ryjach, tam rozbijają głowy kamulcem, a wszystko to zostało nawet porządnie skadrowane – zresztą zdjęcia to kolejny i chyba ostatni mocny punkt filmu. Niestety im dalej fabuła posuwa się do przodu tym przychodzi coraz większe rozgoryczenie. Dialogów mniej niż ustawa przewiduje, wszyscy gdzieś sobie idą ewentualnie płyną (hmm film o facecie w łódce?), ale dalej milczą i udają, że są mądrzy. Nie wiadomo po co to wszystko, jakie motywacje kierują poczynaniami bohaterów, a aktorzy od czasu do czasu dukają wyuczone słówka, aby udowodnić, że są ludźmi. Wniosek? Nie dla mnie ta filozofia i cisza, zresztą nie wiem co niby można wywnioskować z podróży Jednookiego, chyba tylko to, że reżyser zapatrzył się na Apocalypto. To chyba bardziej nadaje się na skandynawską pocztówkę, aniżeli pełnometrażowy film.

Rozczarowałem się Valhallą tak mocno, że początkowo nie planowałem tego wpisu, no ale sumienie mnie dręczyło więc ruszyłem z literkami i o to wyklepałem ten krótki, bo krótki tekst, ale dłuższy być nie mógł. Bo Valhalla Rising wynudza lepiej niż pierwszy sezon Majki na TVNie i nie zasługuje na więcej znaków.