Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Zakurzone czasy’ Category

Recenzowanie drugiego filmu w dorobku Michaela Manna przychodzi mi z wielkim trudem. Mamy tu bowiem do czynienia z gniotem, który nie jest godzien nosić w creditsach nazwisko tego doskonałego reżysera kina sensacyjnego. Mann jednak The Keep spłodził i pewnie po dziś dzień się zastanawia po co i kto go do tego zmusił. Jeżeli mówi się, że popełnianie błędów w młodości jest normą, to ten film jest dowodem tej tezy.

W 1983 roku Manna musiały nawiedzić chyba duchy rumuńskich partyzantów z okresu WW2, gdyż zemściły się one tak samo jak Michael nad nimi w trakcie jednej ze scen. Początek nie zapowiada co prawda totalnej katastrofy, bo jest arcyklimatyczny i skomponowany perfekcyjnie co do sekundy. Wjazd niemieckiego konwoju do wioski nawet teraz przebija mi się w umyśle nad żenującym poziomem reszty. Mann stosuje również proste, acz skuteczne metody budowania ciężkawej atmosfery m.in. oznajmiając widzom, że twierdza do której przybyli naziści zbudowana została do celów innych niż obrona przed najazdem wroga. Przyznam, że wtedy ostro nakręciłem się na poważne dark-horror-fantasy.

Mann lubuje się w orgiach audio-wizualnych, które sprawdzają się w scenach z małą liczbą wypowiadanych przez bohaterów słów. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to kultowa scenka dyskotekowej rzezi w Zakładniku:

W Twierdzy czuć eksperymenty Manna w budowaniu napięcia poprzez stylowe sekwencje z elektroniczną muzyką w tle. Są fajne, ale kompletnie pozbawione emocji (w przeciwieństwie do powyższej scenki) co w horrorze miejsca mieć nie powinno. Nazi zabijani są w raczej komediowy sposób. To jednak nic w porównaniu z tym co dzieje się po ukazaniu tajemniczej zjawy.

Fabuła w błyskawicznym tempie narzuca kolejne wątki, często tak nonsensowne, że aż zęby zgrzytają, a pudełko DVD z Heat samo spada z półki. Cała atmosfera zagrożenia za przeproszeniem idzie w pizdu i ustępuje amatorskim cięciom – pojawia się dziwny nieznajomy z tartakowym wyrazem mordy, po chwili idzie do łóżka z pewną dziewczyną, która dzień wcześniej cudem uniknęła gwałtu ze strony niemieckich zwyrodnialców. Wszystko rozgrywa się na przestrzeni kilku minut. Fatalnie rozwiązano też motyw układu profesora Cuzy z demonem oraz końcówkę, w której Mann przeszarżował wyjątkowo poza wszelkimi limitami. Prawdopodobnie The Keep miało trwać więcej niż 90 minut (bo to widać i czuć), ale wątpię czy dodatkowe sceny wyjaśniłyby co najmniej połowę dziur logicznych i głupot nawarstwionych od niemal pierwszej minuty.

Jaki jest więc jeden z pierwszych filmów Manna? Wyjątkowo kiepski, niestraszny, fatalnie skonstruowany fabularnie i niespecjalnie dobrze zagrany. 3 lata później ukazał się Manhunter – obraz z kompletnie innego świata niż osadzony w fantazyjnej rzeczywistości The Keep – który stał się małą wizytówką reżysera. Proponuję mimo wszystko obejrzeć, choćby w formie ciekawostki i do popołudniowego piwa. Niektórzy przeszli długą drogę szukając własnego stylu. Mann na szczęście tylko 2 razy zboczył z kursu. Raz robiąc żałosną Twierdzę właśnie, a potem pięknego Ostatniego Mohikanina. To też o czymś świadczy.

Read Full Post »

Split second

W 2008 roku Londyn uległ podtopieniu. Zalane ulice utrudniają życie mieszkańcom, a suche skrawki chodników zostały przejęte przez szczury. Na dodatek po metropolii grasuje mordercza bestia. Tajemnicza istota nie daje zasnąć oficerowi Stone’owi, który postanawia odegrać się w ramach zemsty za zabicie partnera. Uzależniony od kofeiny i tytoniu policjant wkracza do akcji po zmroku. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Huge fuckin’ thing, we need bigger guns – twierdzi po czasie Durkin, koleś z Oxfordu, typowy „garniak”, który na widok stwora zmienia się z pizdusiowatego adepta w brytyjskiego twardziela. A Stone tylko go nakręca.

Split second jest obrazem niesłusznie zapomnianym. To typowa dla początku lat 90. nieskrępowana moralnymi zasadami rozrywka na wysokich obrotach, pełna soczystych tekstów i one-linerów sypiących się co i rusz z ust bohaterów. A w głównej roli Rutger Hauer – kultowiec z kaset vhs chłepczący kawę za kawą (nawet zamiast drinków). Wyznacznikiem filmowego bad-assa są trzy rzeczy – wygląd, słownictwo i umiejętność posługiwania się bronią. Stone wszystkie te cechy posiada w nadmiarze. Czesze się kawałkiem miotły, do psa potrafi powiedzieć „Police, you dickhead.”, a o spluwie nie zapomina nigdy. Nawet gdy idzie się zdrzemnąć.

No i najważniejsze – klimat. Film nie ma jakiegoś rozdmuchanego budżetu, a mimo to nie miałem problemu z wczuciem się w tą zaszczurzoną, brudną, pesymistyczną atmosferę. Zalane piwnice, korytarze i klatki schodowe powalają swoją uproszczoną stylizacją. Zamiast milionów dolarów wylano tu po prostu kilka wiader z wodą więcej. Podobnie postąpiono z potworem. W pełnej krasie uświadczycie go dopiero pod koniec, co nie znaczy, że nie czuć napięcia i dreszczy związanych z atakami monstrum na bezbronnych ludzi.

Postać Stone’a przypomina nieco Duke’a Nukema – tak samo prosta w budowie charakteru i działaniu, tak samo efektywna. Różnią się tylko gabarytami. Nic nie poradzę, że ten film mi się po prostu podoba. Kiedy wracam do klasyki akcji lat 80. i 90. zawsze zostaję rozłożony na łopatki bezpretensjonalnością formuły jaką kierowali się ówcześni reżyserzy. Seans Split second kopie tyłek.

P.S. Bonusowo dorzucam jedną z lepszych scen. Po takich dialogach ręce same składają się do oklasków:

Read Full Post »

Wygodny fotel, paczka chipsów z Biedronki oraz chłodny browar – wymagane akcesoria do spędzenia wieczoru przy Virtuosity. Akcja filmu toczy się w przyszłości. Niezbyt dalekiej, obstawiam nawet, że tej bliższej niż dalszej. Organizacja LETAC pracuje nad systemem wirtualnego pola walki, który pozwoli wyszkolić oficerów Policji w walce z groźnymi przestępcami. Specjalnie na potrzeby treningu programiści tworzą komputerową jednostkę o nazwie SID 6.7, który staje się prawdziwą cyber-zmorą dla stróżów prawa w potyczkach z przestępcami. Jednym z użytkowników testowych jest odsiadujący wyrok były policjant-wdowiec, który stracił niedawno partnera właśnie w trakcie ćwiczeń w systemie. Tymczasem autorzy programu przypadkowo przenoszą SIDA 6.7  do rzeczywistości, a ten niepohamowany swoim syto zbudowanym z dwustu osobowości charakterem zaczyna masakrować wszystko dookoła i rusza na podbój Los Angeles. W ślad za nim podąża zresocjalizowany pies z gnatem w łapie i asystentką u boku.

Już sam pomysł przeniesienia wirtualnej jednostki do naszego świata zahacza o niewiarygodną wręcz głupotę. Reżyser zdaje się tak logicznych konfliktów nie zauważać i stara się oprawić genezę syntetycznego kryminalisty w jakieś sensowne argumenty. Po części to mu się udaje (android zbudowany z nano-robotów hehehe), ale i tak przegrywa ze zdrowym rozsądkiem. Jeżeli przebolejemy ten motyw to czeka Nas super zabawa.

Obsada Virtuosity to absolutny top jaki można sobie wymarzyć. W roli psychopatycznego zbrodniarza ujrzymy młodziutkiego Russella Crowe’a. Jeszcze nie splamionego Hollywoodem, na długo przed Gladiatorem, Oskarami i innymi bzdetami. Partneruje mu wiecznie spocony i zmęczony Denzel Washington. Obaj mogliby dzisiaj śmiało obejrzeć ten film razem przy szklance dobrej whisky i powspominać stare czasy, a przy okazji pośmiać się z kilku rzeczy. Nie zdziwiłbym się gdyby podczas seansu sypnęli dialogiem:

Denzel: Te Russell, spójrz w czym kiedyś zagraliśmy.
Russell: O kurwa…

Każdy ma swoje dobre jak i złe produkcje. Zarówno Crowe jak i Washington powinni Virtuosity wpisać po stronie tych najśmieszniejszych, albowiem przez bite 90 minut projekcji banan nie schodził mi z twarzy. A wszystko to przez dysonans zachowań bohaterów po obu stronach barykady: Denzel z bardzo poważną miną, biegający po mieście ze spluwą stróż prawa oraz Russel – pajac o zwichrowanej psychice, totalny socjopata i gbur.

Virtuosity jest jedną wielką kopalnią magicznych tekstów SIDA 6.7. Crowe bawi się rolą, czasem ją nadmiernie przerysowuje i wychodzi na klauna. Z drugiej strony spokój Denzela w prowadzeniu sprawy zdaje się obniżać humorystyczny wydźwięk fabuły. Mimo wszystko trudno nie zachichotać, gdy okazuje się, że jedna z osobowości zaprogramowanych w głowie antagonisty to sam Adolf Hitler 🙂 Tak… to jest ten film, który należy obejrzeć albo po procentach albo po czymś grubszym, lub po prostu potraktować jako absolutną zgrywę z cyberpunku. Polecam, a co!?!

Read Full Post »

Zanim powstało „Milczenie Owiec” Hannibal Leckter już zabijał – taką prawdę głosi tagline na okładce polskiego wydania DVD Łowcy w reżyserii Michaela Manna. Cóż, ja też lubię sobie pofantazjować, zwłaszcza gdy trzeba przyciągnąć lud na zakupy. Tymczasem film, który udało mi się po raz pierwszy obejrzeć w domowym zaciszu okazał się być czymś innym, znacznie lepszym niż oczekiwałem – do bólu dowalonym do pieca thrillerem kryminalnym, jednym z lepszych w ogóle.

manhunter1

manhunter2

Mann z żelazną dla siebie konsekwencją prezentuje historię Willa Grahama – funkcjonariusza specjalizującego się w poszukiwaniach psychopatów, morderców i innych przedstawicieli marginesu społecznego. W odróżnieniu od innych Graham posiada niezwykłą zdolność wczucia się w psychikę przestępcy i znalezienia tym samym właściwego tropu dla śledztwa. No co tu dodać, po prostu genialny pomysł. Jako, że człowiek jest w centrum uwagi nie można pominąć książkowej ekspozycji charakterów. Mann tradycyjnie nakazuje swoim bohaterom dokonać wyboru. W Manhunterze Graham kroczy między lojalnością wobec rodziny, a chęcią oczyszczenia się z traumy po schwytaniu Hannibala Lecktora (bo tak brzmi nazwisko sławetnego kanibala z późniejszych filmów). Ów dylemat wypisany jest na twarzy bohatera bardzo wyraźnie. Z jednej strony pałą chęcią dopadnięcia sprawcy, z drugiej widać u niego zmęczenie i nie do końca wyleczoną przypadłość.

Obraz Manna zapoczątkował serię związaną z Lecterem. Tu jednak jest to postać drugoplanowa, mało widoczna, choć w ostatecznym rozrachunku ważna dla fabuły. Wszak to on pomaga Grahamowi rozwikłać zagadkę seryjnych mordów. Ciekawostką jest fakt, że scenariusz filmu nie do końca zrzuca obowiązek ciągnięcia intrygi na barki głównego bohatera. Reżyser  dość zgrabnie rozdaje elementy fabularne między kolejnymi postaciami, doprawia, buduję mroczną atmosferę śledztwa, a w połowie…obnaża głównego złego. Żadna to tajemnica, bardziej sensacja. Zwłaszcza, że o psycholu Mann potrafi coś sensownego opowiedzieć, a nie tylko odwalić symboliczne „To on zabijał” w finale.

manhunter3

manhunter4

Manhunter to również kultowa stylistyka lat 80. połączona z maestrią realizacyjną twórcy późniejszej Gorączki. Świetnym ujęciom (często niestandardowym jak na tamte czasy) towarzyszy elektroniczny ambient autorstwa Michela Rubiniego, wprowadzający niezwykle mroczną aurę w wydarzenia na ekranie. Mann zadbał również o odpowiednie nasycenie barw w zdjęciach nocnych, które potrafią nawet dziś robić świetne wrażenie. Jeżeli dodam, że za kamerą stanął doświadczony Dante Spinotii to już wiecie czego należy się spodziewać.

Podsumowując, Łowca to świetny film. Wciągający, mroczny, z dużą liczbą genialnych, pojedynczych ujęć. Z doskonałym Williamem Petersenem w roli Willa Grahama (niestety dopadł go syndrom Michaela Biehna) i całkiem przejmującym Brianem Coxem w skórze Lecktora. Gęsty klimat, nieszablonowość – to cenię w filmie Manna najbardziej. Gorąco polecam.

ocena45P.S. W Polsce film znany jest jako „Czerwony smok”, który to tytuł koliduje z rimejkiem Manhuntera z 2002 roku w reżyserii Bretta Ratnera. Dlatego używam oryginalnego przekładu.

Read Full Post »

Wyśmienity kicz

Nie będzie o nowym Tarantino, ale o czymś starszym. Rzecz tyczy się Verhoeven’a i jego Żołnierzy kosmosu. Nie wiem po raz który obejrzałem ten film, ale przy każdym seansie znajduje w nim coś nowego, co wcześniej umknęło mojej uwadze. To taki science-fiction flick pokryty lekkim kurzem, aczkolwiek co jakiś czas odświeżany i budujący wokół siebie otoczkę kultu. Nie znam równie fajnego dzieła. Nawet Terminator siada przy obrazie Verhoevena w kategoriach rozrywkowych.

starshiptroopers2

Starship Troopers to baaardzo dziwny miks, właściwie wszystkiego co da się wrzucić do scenariusza. Fabuła jest prosta jak linijka, nie zagłębia się w portrety psychologiczne bohaterów, nie kryje żadnych wartości i przesłań. A mimo to kino wojenne powinno zmuszać do refleksji. Nie tym razem. Troopersi tak naprawdę nie muszą udawać, że są czystą rozrywką. Bo nią są. Ale w przeciwieństwie do współczesnego stylu chaosu i ekranowej anarchii na bazie filmów Michaela Baya tu wszystkie składniki są ułożone inteligentnie i bez zbędnych ceregieli. To tak jak z gotowaniem zupy. Jest przepis, a przyprawy mają tylko podreperować jej smak pod gust smakosza.

Verhoeven nikogo nie oszczędza. Zrywa z tendencją dążenia do kompromisu i wali w oczy w pełni autorskim pomysłem. Bohaterowie (a jest ich sporo w całej historii) zostają rozrywani na strzępy. Jeden po drugim. Kończyny latają, ciała są przebijane przez robale, amunicji w magazynkach ubywa z każdą sekundą, a wojna trwa w najlepsze. Reżyser wiedział co robi, bo aktorów tak naprawdę na planie nie miał. Wszyscy są piękni i młodzi. Ale grać nie umieją. Dlatego giną. I to jest piękne.

starshiptroopers1

Od Żołnierzy Kosmosu zalatuje wręcz komiksowym sznytem. Coś w tym jest. Niektóre kadry wręcz proszą się o „chmurki” z dialogami i przypisem. Dodajmy do tego przerywniki z najświeższymi wiadomościami ze świata polane groteskowym sosem absurdu i luzu. Pełne pompatycznych treści wypowiedzi dowódców to kolejny dowód na to, że Verhoeven kręcił całość z przymrużeniem oka. Ale gdy przychodzi co do czego skóra cierpnie na widok egzekucji ludzi.

Ta jedna scena definiuje całość i staje się reklamą Starship Troopers. Lądowanie na Klendathu w rytm fenomenalnej muzyki ś.p. Basila Poledourisa. Pewność z jaką żołnierze wychodzą z transporterów jest tym bardziej przerażająca w kontekście finału sekwencji. Niemal 8 minut wyczuwalnego stylu Verhoevena. Chociaż nie, cały film jest iście verhoevenowy:

ocena45

P.S. Powstały również kolejne 2 części, jednak w opinii ludzi nie warto nawet na nie splunąć.

P.S.2 Efekty specjalne jak na 1997 rok wymiatają po dziś dzień. 2 lata później Lucas nakręcił Mroczne Widmo, które przy filmie Verhoeven’a wygląda co najwyżej średnio.

Read Full Post »

Francuski ruch oporu działa!

Inspiracje amerykańskim kinem lat 80. i 90. są zawsze mile widziane we współczesnej kinematografii. Spowijana mrokiem, syfem i realizmem rzeczywistość ustąpiła wypucowanym i ugrzecznionym do granic produkcjom wychodzącym prosto z MPAA. Dlatego takie filmy jak The Nest łykam bez najmniejszego oporu. Posiadają wady, parę scenariuszowych głupot, ale przynajmniej mam pewność, że nikt nie sprzedaje mi fałszu prosto w ryj.

thenest2

The Nest to francuski akcyjniak z 2002 roku, opowiadający losy broniącej się w magazynie przeładunkowym przed falami przeciwników jednostki antyterrorystycznej. Obraz raczej zapomniany przez widzów, bo i nie wszedł do kin, a na DVD wyrwać go jest ciężko gdziekolwiek. Nie mniej pozycja Florenta Emilio Siri to kawał fajnego filmu, uszytego z klasycznego materiału. W powietrzu czuć zapożyczenia z Ataku na posterunek 13. Całość okraszona  świetnymi zdjęciami i wieloma trikami operatorskimi sprawia bardzo dobre wrażenie.

Reżyser ponadto maczał swoje palce przy Splinter Cell. I to widać. Antagoniści niczym Sam Fisher korzystają z wypasionych noktowizorów, a brak źródeł światła staje się dla jednym atutem, a dla drugich dyskomfortem w działaniach. Pomimo dość standardowego motywu „Last man standing” historia wciąga, głównie dzięki ciekawym patentom fabularnym. Wczuciu się w atmosferę osaczenia pomaga umiejętnie dobrana obsada, w której nie zabrakło zarówno zakazanych mord jak i walecznych kobiet. Jedna z nich – kierująca oddziałem – mogłaby być siostrą Vasquez z Aliens.

thenest1

Podsumowując, The Nest to sprawne dziełko. Francuskie, bo francuskie, ale miejscami tego nie czuć. Jest tu trochę banału, niekonsekwencji i naiwności. Dla wielu widzów finał może być rozczarowujący. Ale krew jest, wulgaryzmy są, ofiary są – dla mnie to wystarczający powód do pochwały.

ocena35

P.S. Zwróćcie uwagę dla kilka sztuczek z przejeżdżającą przez przeszkody kamerą 🙂

Read Full Post »

Tak mi się przypomniało w ostatnim czasie z okazji zejścia z tego padołu Króla Popu… Michael był świetnym aktorem. Miał najlepsze teledyski. Bo kto może sobie pozwolić na 10 minutowe klipy, tworzące zamknięte historie? W 1983 roku Jackson we współpracy z Johnem Landisem stworzył megaklimatyczny Thriller, który z przyjemnością oglądam do dziś. Jest to nie tylko przyjemny pastisz horrorów o wilkołakach i niewinnych uczennicach liceum. To przede wszystkim pokaz po prostu najlepszej choreografii. Warto przy tym zauważyć, że całość nakręcona została w maksymalnie tradycyjnym stylu, a długie ujęcia wymagały nie tylko świetnego zgrania tancerzy, ale także żelaznej dyscypliny operatora. Kawał dobrego, krótkometrażowego kina!

Read Full Post »

Older Posts »