Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Lipiec 2010

Incepcja

Wow. Nie wiem od czego tu zacząć. Może od tego, że Nolanowi należą się ogromne brawa za odwagę, iż zdecydował się Incepcję wyreżyserować bez żadnych kompromisów. Mamy tu bowiem do czynienia z wielopoziomową fabułą złożoną z najdrobniejszych klocków, ale w przyswajalny dla widza sposób. Jest też sporo strzelania. Akcja goni akcję, ale jest to akcja prowadzona mądrze i bez zbędnych fajerwerków.  Mamy również znakomitą obsadę – Leo Di Caprio w roli Cobba, a obok niego Josepha Gordona-Levitta, Cilliana Murphy’ego, Kena Watanabe, Marion Cotillard i słodką Ellen Page. Nie sposób również nie docenić dopracowanego w detalach scenariusza. Spojlerowanie kolejnych scen i patentów zastosowanych w snach, po których poruszają się główni bohaterowie mija się z celem. Wystarczy napisać, że:

Incepcja to film wartki – tu ciągle coś się dzieje, historia jest żwawa, a ostatnia godzina po prostu zrywa beret.
– Nolan to obecnie najlepszy reżyser mainstreamowy – drugiego Memento na pewno już nie nakręci, ale to co robi z grubą kasą zasługuje na pokłony.
Incepcja jest wyjątkowo poukładanym chaosem. Tak jak chaotyczne są nasze sny, tak chaotyczne są podróże między kolejnymi stanami podświadomości w wykonaniu ekipy Cobba. Jednakże widz nigdy nie ma wrażenia, że się w czymś pogubił/coś przegapił.
Incepcja to pierwszy od dawna film z gatunku „rozrywka na weekend”, który drąży łeb możliwymi interpretacjami.
Incepcja udowadnia, że efekty specjalne mogą świetnie posłużyć do opowiedzenia historii.
– obsada Incepcji to castingowy wzór również pod kątem czasu ekranowego. Żadne z wielkich nazwisk nie zostało zmarnowane.
– nawet w letnich blockbusterach wątek dramatyczny może być cholernie emocjonujący i szargający nerwy, a przy tym dojrzały.
– PG-13 ma rację bytu, o ile jest w rękach kogoś takiego jak Chris Nolan.

I tyle, więcej zdradzać nie będę bo zepsułbym tylko niespodziankę. Incepcja to świetny produkt, który może arcydziełem nie jest, ale na pewno zalicza się do czołówki wysokobudżetowych obrazów w historii. Dawno nie miałem takiej zagwozdki po seansie. Nolan sprawił mi kupę frajdy. Ale prawdziwa, szczera ocena tego co zobaczyłem nadejdzie dopiero z czasem.

Read Full Post »

After.Life

Trupi klimacik jaki udzielił mi się w trakcie seansu After.Life jest wynikiem mojej aktualnej przygody z serialem Sześć stóp pod ziemią. Tak jak w domu pogrzebowym rodziny Fisherów tak i w zakładzie prowadzonym przez Liama Neesona poczułem obecność kostuchy, czyhającej na chwilę zawahania i śmierć. Tym razem pod jego nóż trafia młoda nauczycielka Anna, która straciła życie w wypadku samochodowym. No właśnie, czy straciła?

Film polskiej reżyserki Agnieszki Wójtowicz-Vosloo w ciekawy sposób igra sobie z tematyką pośmiertnego bytu. Bohaterka budzi się w prosektorium na stole z pewnym przerażeniem – stojący nad nią starszy mężczyzna dokonuje u niej bezbolesnych korekt poranionej twarzy, tak, aby rodzina na pogrzebie mogła ją zobaczyć w doskonałej kondycji (taka tradycja, ale lepiej została ona omówiona we wspomnianym serialu produkcji HBO). I mimo tego, że raport koronera deklaruje jasno, że dziewczyna nie żyje, bohaterka odczuwa coś odmiennego. Widz z automatu zostaje wplątany w zagadkę, bo prawda nie musi być wcale taka jaką przedstawia spec od pudrowania denatów.

Gwoli wyjaśnienia – After.Life nie jest żadnym horrorem, choć zadatki miał na to co najmniej interesujące. To bardziej dramat połączony z thrillerem psychologicznym balansującym na granicy życia i śmierci. Gdzieś na tle fabuły padają pytania. Co jest tak naprawdę dowodem zgonu – to, że nie odczuwamy bólu, czy mogę głuchota bliskich osób na nasze krzyki? Czy po śmierci otrzymujemy drugą szansę, a może droga powrotna została zamknięta raz na zawsze? Wątpliwości się mnożą również dzięki ciekawie skrojonym rolom głównym. Neeson jest zdecydowanie bardziej „creepy” kiedy nie musi się wydurniać w blockbusterowych szajsach. Deacon to postać bardzo tajemnicza, samotna, ozdabiająca ścianę pokoju zdjęciami zmarłych, ale nie stroniąca od zwyczajnego luzu i profesjonalizmu w miejscu pracy. Towarzyszy mu Christina Ricci. Nigdy nie byłem jej fanem, ale tu wychodzi obronną ręką niemal w każdej scenie.

Duet Neeson- Ricci jest na tyle dobrym motorem napędowym After.Life, że pomimo przekombinowanego zakończenia wystawiam mu wysoką ocenę. Nie jest to jednak łatwy w odbiorze produkt, bo wymaga pewnego skupienia i chwycenia tej atmosfery zaświatów. A nie każdemu temat śmierci może się podobać, right? Ja pomysł Wójtowicz-Vosloo kupiłem.

Read Full Post »

Czad. Nawet jeśli fabularnie będzie niedomagać to wizualnie z pewnością nie pozostawi nikogo obojętnym. Czeka nas niezwykła przygoda w wyimaginowanym świecie, sporo akcji, a w rolach głównych Jeff Bridges oraz Jeff Bridges w wersji „20 years before”.

Read Full Post »

Predators

Owiany złą sławą pierwotny scenariusz trzeciej części Predatora nie ułatwiał na pewno Rodriguezowi pracy. Przypomnę, że oryginalna historia rozgrywała się na planecie Predów, na której organizowano walki między porwanymi osobnikami pochodzenia ziemskiego. W naszpikowanym kretynizmami filmie swoją partię miał sam Gubernator Kalifornii, który ponownie wcielał się w dzielnego Dutcha. Okazało się jednak, że nikt w Hollywoodzie nie chce wydawać kasy na tak wieśniacki projekt, dlatego skrypt Rodrigueza wrzucono do szuflady. Po kilkunastu latach producenci doszli do wniosku, że warto dać temu pomysłowi jeszcze jedną szansę. Rodri wynajął dwóch ziomków, aby napisali scenariusz od nowa. Siebie zaś postawił na stołku producenckim, aczkolwiek kilka starych pomysłów zdołał przemycić. Tak o to powstało Predators.

Z przykrością muszę stwierdzić, że obraz Nimroda Antala jest kolejnym potwierdzeniem na to, że Rodriguez od uniwersum Predatora powinien trzymać się jak najdalej. Zawodzi tu niemal wszystko – od reżyserii po aktorstwo, a nawet efekty specjalne. Jakość tych ostatnich zresztą dziwi, bo niby mamy 2010 rok, a termowizja łowców w ujęciu duetu Antal-Rodriguez wygląda jak błyskawiczna obróbka w After Effects w wykonaniu zapalonego amatora. Predators nie posiada również tej słynnej testosteronowej siły przyciągania. W pierwszej części zanim Dutch ze spółką ganiali za przybyszem z kosmosu siekali gwatemalskich terrorystów aż miło, w międzyczasie gadając ze sobą jak twardziel z twardzielem, przy okazji ocierając pot spływający po bicepsie. U Antala zaś tru-męskich najemników i dialogów mamy jak na lekarstwo. Brody Arnoldem nie jest (ale charczy zawodowo jak Bale!), a w całą ekipę ciężko uwierzyć, że jest zbieraniną elitarnych zabójców. A na dokładkę otrzymujemy jeszcze strachliwego lekarza, który zna się na roślinach z innych zakątków galaktyki…

Predators byłby jeszcze znośnym produktem, gdyby prezentował sobą coś w miarę świeżego. Tymczasem połowa filmu to albo nawiązania do cyklu, albo kopiowanie całych scen z poprzednich części. Strzelanie do dżungli? Jest. Wysmarowanie ciała błotem? Jest. Kill me, I’m here! jest. Ruuunnnnnn!!! Jest. Obrotowe działko M134? Jest. Walka solo z Predem? Jest. Obserwacja terenu zza konara? Jest. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność pojedyncze elementy filmu, bo jest ich mnóstwo, a większość z nich wpływa na fabułę i rozwiązanie akcji. Ja się pytam, czy ktoś tu w ogóle silił się na oryginalność (a może inaczej – na rzetelność), czy zżynał po kolei jak leci z Predatora McTiernana? Czy może jest to jakiś remake, o którym nie wiem? Spieprzony finał jest tylko konsekwencją wcześniejszych zaniedbań w stosunku do i tak chamsko potraktowanej postaci drapieżcy. Jak się okazuje, wyjące jak wilkołaki Black Predatory są generalnie bardziej uber niż te zwykłe.

Tak powinien wyglądać ten film.

Nie widzieliście pierwszej części? Radzę szybko nadrobić zaległości. Jeżeli widzieliście jak Schwarzenegger rozprawiał się z oprawcą i jesteście ciekawi, jak robi to Adrien Brody to polecam obejrzeć (np. na DVD) klasyczne kino McTiernana jeszcze raz. Predators to nic innego jak nabijanie fana w butelkę. W sumie oczekiwałem syfu tego kalibru i cieszę się, że się nie zawiodłem.


P.S. w napisach końcowych gra fajna muzyczka, na pewno rozpoznacie co to za utwór 🙂

Read Full Post »

Metropia

Tegoroczny sezon ogórkowy jest tak ogórkowy jak ogórkowa jest zupa. W kinach ze świecą szukać filmu, na który warto wydać kasę. Na szczęście okres ten powoli się kończy. W tym tygodniu premiera Predators (recenzja w ten piątek), a pod koniec lipca wielkie wydarzenie – Incepcja. W międzyczasie katuję się HBOowskim arcydziełem pt. Sześć stóp pod ziemią, a ostatnio obejrzałem Metropię. Miał być nowy Shrek, ale ten po krótkim zastanowieniu poszedł w odstawkę. Poniżej będzie więc co nieco o wspomnianej Metropii.

Europa dzisiaj chyli się ku kryzysowi. Grecja bankrutuje, Hiszpania ma rekordowe bezrobocie, Niemcy zamiast się rozwijać – zwijają, a Polska pcha się do strefy Euro bo tak ponoć będzie lepiej (co jest oczywiście bulszitem na potęgę). Metropia po części realizuje politykę ostrzegawczą i pokazuje jak może wyglądać Stary Kontynent za kilkanaście lat. Fabuła rozpoczyna się w roku 2024, w którym w wyniku fatalnej gospodarki zasobami umiera przemysł samochodowy. W zamian kraje połączone są sieciami podziemnego metra. Mieszkasz w Paryżu? Po kilku godzinach możesz być w Moskwie, Madrycie lub Sztokholmie. Twórcy nie silą się nawet na drobne wytłumaczenie czemu akurat zadecydowano się na tak kosztowny projekt w dobie dekoniunktury. No ale ok, taka jest konwencja, czepiać się nie będę.

Wizja Tarika Saleha z jednej strony budzi podziw – konsekwentnie zbudowany z mrocznych zaułków i ciemnych pomieszczeń świat zdegenerowanej Europy ma swój niewątpliwy urok. Reżyserowi nie udało się jednak przez obraz przemycić choćby odrobiny groźby. Niestety nie kupiłem tego filmu od strony wizualnej, choć doceniam trud włożony w realizację.  Fabuła zaskakuje in minus, bo z orwellowskiej teorii zniewolenia (główny protagonista czuje, że jest obserwowany) można wycisnąć coś znacznie lepszego, podrasowanego dowcipem (pokazał to choćby Gilliam w Brazil). Saleh wyprał bohaterów z emocji, postawił na ciche, intymne wręcz dialogi. Dotyczy to również wyglądu postaci – mamy tu do czynienia z karykaturalnie przerośniętymi głowami, co w zestawieniu z niedbałą animacją może niektórych widzów (zwłaszcza wychowanych na technologicznych cudach Pixara) rozczarować.

Nie wiem czemu, ale przed seansem Metropia jawiła mi się jako kino post-apo, a dostałem kolejną wariację historii o społecznym niewolnictwie. Saleh chciał zrobić coś ambitnego. Może i zrobił. Chciał podejść do tematu oryginalnie. To już mu nie wyszło. Doprawił całość pesymizmem. I to czuć. Czy mnie powalił? Ani trochę.

Read Full Post »