Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2010

Polska epa 1920

Jerzy Hoffman nakręci film o bitwie warszawskiej – KLIK

Szkoda, że jak coś ruszy to już na starcie obarczone jest wszelkiej maści kontrowersjami. Zwłaszcza u Nas. Lista moich wątpliwości jest krótka, acz konkretna:
– osoba reżysera – Hoffman ma prawie 8 dych na karku i nie ma pojęcia o nowoczesnym kinie wojennym. Celowo podkreślam ten przymiotnik, gdyż takie wydarzenie jak Cud nad Wisłą zasługuje na wysoki wskaźnik epy, czego Hoffman nie zagwarantuje choćby zapatrzył się w Spielberga i Szeregowca Ryana.
– zgodnie ze słowami reżysera film ma wlać w nasze serca dozę optymizmu. Niestety jestem daleki od takiego stawiania sprawy. Bitwa warszawska jak każda pochłonęła ofiary. Jak pokaże to Hoffman? Pewnie nie pokaże, obraz poza kilkoma sekwencjami będzie na maksa kameralny, gdzie 2 żołnierzy rodem z teorii Jacka Braciaka zapala papierosa i kuma nad złem wojny.
– budżet produkcji to AŻ 20 milionów złotych. AŻ bo to rekordowo wysoka cena jak na polskie warunki. Aczkolwiek obok AŻ mogę postawić słowo TYLKO. Bo 20 baniek to zaledwie 6-7 milionów dolarów. Za taką kasę o wiarygodnie ukazaną wojnę jest niezmiernie ciężko. Nawet wliczając w to obniżone koszta produkcji na polskich plenerach.
– dbałość o szczegóły – uwielbiam ją (zwłaszcza ostatnio Pacyfik zrobił na mnie kolosalne wrażenie pod tym względem), ale w filmie polskim odznacza się ona czyściutkimi mundurami (jak w Katyniu Wajdy), modelami w obsadzie, nieskazitelnym językiem i…minimalną kontrowersyjnością. Skoro na ten film mają się wybierać całe szkoły to…resztę dopowiedzcie sobie sami.
– obsada – Szyc to dobry aktor, ale mam już go dosyć. Na drugim biegunie mamy Nataszę Urbańską… Say whaaaat!!!!???!!??
– 3D – ja wiem, że postavatarova mania zawładnęła Polską, ale nas jeszcze nie stać na pierwszy prawdziwy film  Trzy De. Śmierdzi mi jakąś tanią konwersją, której nie zniesie.

Ale są też plusy:
– autorem zdjęć zostanie Sławomir Idziak. Facet idealnie skadrował Black Hawk Down, więc zna się na robocie. Być może to będzie pierwszy od dawna polski film skręcony z głową.
– to będzie prawdopodobnie pierwszy od dawna polski na który wybiorę się do kina. Z czystej ciekawości.

Reklamy

Read Full Post »

Valhalla Rising

Jestem tak potwornie wkurwiony faktem obejrzenia Valhalli, że chyba muszę przystopować z moimi oczekiwaniami w stosunku do reszty tegorocznych hitów. Na obraz Duńczyka Nicolasa Windinga Refna napalałem się już kilka miechów temu po ujrzeniu przykładowych zdjęć z planu produkcji. Ja to widziałem tak – grupa wikingów organizuje walki na śmierć i życie, ten kto przetrwa kilka pojedynków może liczyć na ułaskawienie i wolność. Wyobrażałem sobie nordyckiego Gladiatora, śliskiego od juchy oraz flaków i wypełnionego po brzegi prymitywną przemocą. To mogłoby się udać, o tak! Ale Refn postanowił zrobić z arcyciekawego materiału arcynudny, pseudofilozoficzny bełkot, który musiałem zdzierżyć na 3 raty.

W Valhalli Rising spodobały mi się tylko pierwsze minuty, bo tak naprawdę zeszły się one z moimi oczekiwaniami – tu lutują się po ryjach, tam rozbijają głowy kamulcem, a wszystko to zostało nawet porządnie skadrowane – zresztą zdjęcia to kolejny i chyba ostatni mocny punkt filmu. Niestety im dalej fabuła posuwa się do przodu tym przychodzi coraz większe rozgoryczenie. Dialogów mniej niż ustawa przewiduje, wszyscy gdzieś sobie idą ewentualnie płyną (hmm film o facecie w łódce?), ale dalej milczą i udają, że są mądrzy. Nie wiadomo po co to wszystko, jakie motywacje kierują poczynaniami bohaterów, a aktorzy od czasu do czasu dukają wyuczone słówka, aby udowodnić, że są ludźmi. Wniosek? Nie dla mnie ta filozofia i cisza, zresztą nie wiem co niby można wywnioskować z podróży Jednookiego, chyba tylko to, że reżyser zapatrzył się na Apocalypto. To chyba bardziej nadaje się na skandynawską pocztówkę, aniżeli pełnometrażowy film.

Rozczarowałem się Valhallą tak mocno, że początkowo nie planowałem tego wpisu, no ale sumienie mnie dręczyło więc ruszyłem z literkami i o to wyklepałem ten krótki, bo krótki tekst, ale dłuższy być nie mógł. Bo Valhalla Rising wynudza lepiej niż pierwszy sezon Majki na TVNie i nie zasługuje na więcej znaków.

Read Full Post »

Nie wierzyłem do końca w ten projekt, aż do czasu kiedy ujrzałem na liście płac Jerry’ego Bruckheimera. Kasa, rozrywka, akcja, humor – ten producent w ostatnich 15 latach sprezentował mi tego pod dostatkiem. W trakcie seansu zostałem kupiony i wciągnąłem się w ten kolorowy, a zarazem piaszczysty świat Persji bezgranicznie. Twórcom udała się rzecz święta – przenieśli żelazne zasady gry do filmowego świata, ale w taki sposób, że nie wypalają one gałek ocznych swoją niedorzecznością (tak jak np. BFG w Doomie Bartkowiaka). Tytułowy książę jest więc ulicznym wojownikiem, któremu nie jest obcy parkour, szermierka i…kobiety.

Główny pomysłodawca przygód Księcia Persji – Jordan Mechner – sprawował pieczę nad scenariuszem, wnosił liczne poprawki i czuwał nad prawidłowym originem bohatera. Ten – za jego namową – jest inny niż w grze. Przyznam, że jestem delikatnie zdziwiony tym jak Mechner postanowił zmienić genezę. Obok herosa pojawiło się imię (Dastan) i mało ciekawy fakt, iż nie jest rodowitym synem króla. To jak trafia na perski dwór? Prosto z wiejskiego targu. Tak mało szlachetne pochodzenie kłóci się potem z jego wizerunkiem dobrotliwego dziedzica, któremu tron nie jest po myśli. Dlatego pierwsze minuty należy potraktować niezobowiązująco, zwłaszcza, że w dalszej części fabuły nawiązań do rodowodu Dastana prawie nie ma.

Sam film, wiadomo, trzyma się konwencji serii gier. Co najważniejsze, fabuła nie do końca kopiuje fabułę z komputerowych Piasków Czasu. Miesza wątki, czasem jest totalnie zmienia, a przede wszystkim tworzy jakby własne, odrębne uniwersum – zamiast Farah mamy Taminę (prześliczna Gemma Arterton, dalej twierdzę, że Wielka Brytania wreszcie doczekała się aktorskiej piękności na miarę XXI wieku), o głównym bohaterze już napisałem, a intryga jakkolwiek znajomo by wyglądała to nosi w sobie elementy niemal wszystkich części dostępnych na komputery. Film może obejrzeć zarówno prawdziwy ortodoks mechnerowskiej spuścizny oraz totalny laik i obaj nie muszą mieć powodów do zgrzytania zębami. Bo i pościgi są, i parkour w morderczej ilości, i typowe love story dla kina przygodowego, i ładna muzyka, i widoczki… Jerry Bruckheimer wie na co wydaje miliony zielonych, nie?

Newell zaskoczył mnie trzeźwym podejściem do materiału jakim dysponował. Nie bawił się w dopisywanie sztucznej ideologii, tylko potraktował całość bardzo lekko co wyszło filmowi tylko na dobre. To jest produkcja letnia przez wielkie L, a przez te 120 minut czułem się właśnie jak na wakacjach. Tylko tych Piasków Czasu coś za mało…

Read Full Post »

Edge of Darkness

Na wstępie chciałbym wręczyć nagrodę – Dorodnego Buraka – dla dystrybutora (ITI Cinema) za przetłumaczenie tytułu jako Furię. Pewnie jakiś nastolatek nabierze się, bo pomyśli, że to kolejna cześć Adrenaliny lub co gorsza Szybkich i Wściekłych. Tym bardziej, że polski tytuł ma wyjątkowo mało wspólnego z rzeczywistością. Zapewne spece zapatrzyli się na podkurwionego Mela na plakacie i pomyśleli „kurczę, Mel wraca po tylu latach aby zajebać wszystkich na amen, dajmy Furię, będzie pasować”. A tu dupa zbita. Film jest klasycznym, spokojnie poprowadzonym kinem sensacyjnym, dość rzadko widywanym ostatnimi czasy w multipleksach.

Jak wspomniałem (a raczej dystrybutor tak pomyślał) Mel wraca po latach banicji nałożonej przez Żydów z Hollywood, którzy po Pasji jaką zmajstrował im Australijczyk odcięli go od gotówki. Pech chciał, że rola Thomasa Cravena jest na maksa odtwórcza i w sumie dziwię się Gibsonowi, że wybrał akurat ten scenariusz. Aktor szwęda się przed kamerą ze zbolałą miną i wciąga się w tajemniczy spisek z podtekstem nuklearnym. Rewelacji fabularnej więc nie ma, choć serducho zaczyna mocniej bić w końcówce. Szkoda, że całe Edge of Darkness nie jest tak mocne jak ostatnie 15 minut, byłoby 5/5 i zero jakiejkolwiek jazdy po tworze Campbella. No ale jest deczko inaczej i obraz miejscami zalicza potężną glebę.

Pierwszy upadek następuje wraz z odsłonięciem „głównego złego” całej sprawy. Mel gania za gościem, który nie prezentuje sobą grama powagi i stanowczości. A jeżeli ktoś taki zawodzi to sorry, ale czuję się trochę wycyckany. To tak jakby ktoś mi kazał kopać grób plastikową łopatką dla dzieci. Niby się da, ale primo, upier…lę się po pas, secundo,  na starcie czuję się do popełnienia czynu zniechęcony. Kiepskawo prezentuje się również cała intryga, która tylko na pozór stawia przed widzem jakieś tajemnice. Ja po kwadransie wykoncypowałem o co tu tak naprawdę chodzi. Albo jestem tak zajebisty i uberbystry, albo ludzie od scenariusza dali plamę. Bardziej stawiam na to drugie. Na szczęście reszta wygląda w miarę ok, bez specjalnych emocji, ale ogląda się to dobrze jeżeli tylko zapomnimy o fabularnym spisku. Spodobała mi się na przykład postać Jedburgha – Angola od brudnej roboty. Facet jest totalnie niereformowalny, przebija charyzmą samego Gibsona i robi w finale naprawdę pożyteczną rzecz. Więcej takich gości na dużych ekranach!

Konkluzja jest prosta – Edge of Darkness niestety nie wywołał u mnie opadu szczeny, aczkolwiek miał zadatki na bycie solidnym filmidłem spod znaku śledztwa i vendetty. Mimo ogólnego średniactwa fajnie zobaczyć wreszcie Mela, który przedziera się przez problemy niczym czołg. Na dodatek jest to bohater z gatunku zniszczalnych, co od razu winduje moją ocenę do poziomu akceptacji.

Read Full Post »

Robin Hood

Nawet nie wiecie jak się cieszę, że za najnowsze przygody Robin Hooda wziął się Ridley Scott. Tylko on mógł wycisnąć z tej przemielonej legendy coś nowego. Generalnie lubię próby wskrzeszenia bohaterskich mitów poprzez osadzanie ich w należytych okolicznościach. Nowy Robin jest wręcz idealnym tego przykładem. Zamiast kolejnej wariacji na temat pomagania biednym otrzymaliśmy naprawdę niezły fresk historyczny, który może nieco zmienić pojęcie na temat biegającego po lasach faceta w rajtuzach i łukiem na ramieniu.

Scott rusza z grubej rury. Film zaczyna się od sekwencji oblężenia francuskiej twierdzy. Zespół łuczników pod dowództwem Robina Longstride z rozkazu króla Ryszarda rusza z atakiem, by kilkanaście minut później świętować sukces. Po zgonie władcy postanawia zdezerterować, stając się wolnym wilkiem z lasów Sherwood. Jeżeli myślicie, że reżyser szybko porzuca polityczną i historyczną otoczkę na rzecz sprawdzonego, przygodowego biadolenia to jesteście w błędzie. Fabuła skupia się na genezie banity, aniżeli wyswobadzaniu uciśnionych (co prawdopodobnie nastąpi w sequelu, o ile takowy powstanie).

Scott mówi ustami bohaterów rzeczy proste, aczkolwiek mądre. Wyczuwalna jest tu krytyka systemu władzy, której przoduje Jan Bez Ziemi czyt. wg wielu historyków największa zakała Anglii ever. Facet zasłużył na szubienicę bez dwóch zdań i to w trakcie oglądania filmu widać. Nie trudno również kibicować głównemu herosowi, zwłaszcza, że wygłasza on wolnościowe i patetyczne hasła, a do tego prezentuje postawę wyłowionego spod królewskiego jarzma liberała. Crowe co prawda przypomina do złudzenia Maximusa z Gladiatora, ale po części obie postaci są do siebie podobne – stawiają na idee słuszne, ratujące kraj przed zagładą. Tak jak Maximus walczył przeciwko cesarzowi rzymskiemu Kommodusowi, tak Robin Longstride walczy o swobodę i równość wszystkich wobec prawa. Wątek polityczny Scott rozegrał więc bardzo dobrze, a wplątując w niego jeszcze plany podbicia Anglii przez Francuzów dodał szczyptę pieprzu. Tak zbudowana na żelaznych i fałszywych fundamentach intryga nie ma prawa zanudzić. No chyba, że ktoś po Robin Hoodzie spodziewał się mimo wszystko tysięcy strzał wystrzelonych w kierunku wyzyskiwaczy, wtedy obawa przed ziewaniem wydaje się sensowna.

Zawsze uważałem, że historia wybawiciela z Sherwood zasługuje na poważny film. Scottowi udało się podsunąć widzowi na tacy wizję wiarygodną, mocno zakorzenioną w historii i tamtejszych realiach, a do tego świetnie zrealizowaną od strony technicznej. Plenery oraz dekoracje jak nic zasługują przynajmniej na nominację do przyszłorocznych Oscarów. A dokładając do tego naprawdę solidne aktorstwo duetu Crowe-Blanchett otrzymujemy całkiem dobry film, może odbiegający klasą od Gladiatora, ale na pewno udany.

Read Full Post »

Recenzowanie drugiego filmu w dorobku Michaela Manna przychodzi mi z wielkim trudem. Mamy tu bowiem do czynienia z gniotem, który nie jest godzien nosić w creditsach nazwisko tego doskonałego reżysera kina sensacyjnego. Mann jednak The Keep spłodził i pewnie po dziś dzień się zastanawia po co i kto go do tego zmusił. Jeżeli mówi się, że popełnianie błędów w młodości jest normą, to ten film jest dowodem tej tezy.

W 1983 roku Manna musiały nawiedzić chyba duchy rumuńskich partyzantów z okresu WW2, gdyż zemściły się one tak samo jak Michael nad nimi w trakcie jednej ze scen. Początek nie zapowiada co prawda totalnej katastrofy, bo jest arcyklimatyczny i skomponowany perfekcyjnie co do sekundy. Wjazd niemieckiego konwoju do wioski nawet teraz przebija mi się w umyśle nad żenującym poziomem reszty. Mann stosuje również proste, acz skuteczne metody budowania ciężkawej atmosfery m.in. oznajmiając widzom, że twierdza do której przybyli naziści zbudowana została do celów innych niż obrona przed najazdem wroga. Przyznam, że wtedy ostro nakręciłem się na poważne dark-horror-fantasy.

Mann lubuje się w orgiach audio-wizualnych, które sprawdzają się w scenach z małą liczbą wypowiadanych przez bohaterów słów. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to kultowa scenka dyskotekowej rzezi w Zakładniku:

W Twierdzy czuć eksperymenty Manna w budowaniu napięcia poprzez stylowe sekwencje z elektroniczną muzyką w tle. Są fajne, ale kompletnie pozbawione emocji (w przeciwieństwie do powyższej scenki) co w horrorze miejsca mieć nie powinno. Nazi zabijani są w raczej komediowy sposób. To jednak nic w porównaniu z tym co dzieje się po ukazaniu tajemniczej zjawy.

Fabuła w błyskawicznym tempie narzuca kolejne wątki, często tak nonsensowne, że aż zęby zgrzytają, a pudełko DVD z Heat samo spada z półki. Cała atmosfera zagrożenia za przeproszeniem idzie w pizdu i ustępuje amatorskim cięciom – pojawia się dziwny nieznajomy z tartakowym wyrazem mordy, po chwili idzie do łóżka z pewną dziewczyną, która dzień wcześniej cudem uniknęła gwałtu ze strony niemieckich zwyrodnialców. Wszystko rozgrywa się na przestrzeni kilku minut. Fatalnie rozwiązano też motyw układu profesora Cuzy z demonem oraz końcówkę, w której Mann przeszarżował wyjątkowo poza wszelkimi limitami. Prawdopodobnie The Keep miało trwać więcej niż 90 minut (bo to widać i czuć), ale wątpię czy dodatkowe sceny wyjaśniłyby co najmniej połowę dziur logicznych i głupot nawarstwionych od niemal pierwszej minuty.

Jaki jest więc jeden z pierwszych filmów Manna? Wyjątkowo kiepski, niestraszny, fatalnie skonstruowany fabularnie i niespecjalnie dobrze zagrany. 3 lata później ukazał się Manhunter – obraz z kompletnie innego świata niż osadzony w fantazyjnej rzeczywistości The Keep – który stał się małą wizytówką reżysera. Proponuję mimo wszystko obejrzeć, choćby w formie ciekawostki i do popołudniowego piwa. Niektórzy przeszli długą drogę szukając własnego stylu. Mann na szczęście tylko 2 razy zboczył z kursu. Raz robiąc żałosną Twierdzę właśnie, a potem pięknego Ostatniego Mohikanina. To też o czymś świadczy.

Read Full Post »

Mój komentarz: Czesi jak chcą to potrafią zrobić ciekawy, śmieszny, do tego bardzo ładny film. I nie jest to żaden fresk historyczny, komedia romantyczna czy dramat społeczny. Polacy nie chcą, nie potrafią bo… sam nie wiem czemu. Może najlepsi wyjechali już na zachód?

Read Full Post »

Older Posts »