Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2010

Iron Man 2

Nigdy nie sądziłem, że przygody faceta w konserwie mogą być tak fajne. Iron Man był jednym z najlepszych blockbusterów ostatnich lat, zrobionym z głową i sercem filmem na podstawie komiksu Marvela. Ten obraz wypromował również Roberta Downeya jr do rangi najsympatyczniejszego aktora Hollywood. Czas biegnie jednak nieubłaganie, a kasa w worku producentów topnieje z każdym dniem, więc decyzja o nakręceniu sequela wydawała się kwestią następnych miesięcy. I o to w kinach pojawił się Iron Man 2.

W życiu Tony’ego Starka zmieniło się niewiele. To wciąż ten sam zabawny drań i gbur niepotrafiący ułożyć sobie życia osobistego. Sytuacja komplikuje się tym bardziej, iż rząd amerykański domaga się od niego przekazania nowoczesnej zbroi na rzecz operacji militarnych. Obok Starka wyrasta ponadto konkurencja w osobie producenta broni Justina Hammera i fizyka Ivana Vanko, który zamierza zemścić się na bohaterze za rodzinne grzechy. Do firmy zatrudniona zostaje również nowa asystentka Natalie Rushman, która robi na Starku pozytywne wrażenie…wizualne.

Twórcy wzięli sobie do serca podręcznikowe zasady tworzenia kontynuacji i nakręcili typowy, letni film akcji naszpikowany humorem, efektami specjalnymi i muzyką zespołu AC/DC. Scenariusz Iron Mana 2 to zlepek pojedynczych schematów wzbogaconych komizmem, miejscami wręcz przytłaczającym resztę treści. Co za dużo to nie zdrowo – ekranowe dowcipy w nadmiernej ilości wypierają lub wypaczają wiele ważnych komiksowych wątków np. rzekomy alkoholizm głównego bohatera. Wygląda to tak, jakby reżyser sam nie wiedział o czym chce dokładnie opowiedzieć widzom. W rezultacie dawkuje wszystko w znikomych porcjach, tasuje na zamówienie fanów kolejnymi postaciami z uniwersum Marvela (projekt „Avengers” coraz bliżej…), a na koniec funduje sporą rozpierduchę z rozczarowującym finałem.

Iron Mana 2 ogląda się całkiem sympatycznie, choć potencjał kryjący się w postaci Starka pozwoliłby na zrobienie prawdopodobnie najlepszego filmu o superbohaterze. Druga część nosi w sobie znamiona typowej, chłodnej kalkulacji. Każdy dolar musi się przecież zgadzać. A ograniczanie talentu Downeya jr, Mickeya Rourke’a czy Sama Rockwella kończy się tym, czym jest właśnie Iron Man 2 – zabawnym kinem wakacyjnym na jeden raz.

Read Full Post »

Nie wiem jak, ale udało się. Ostatnie 2 odcinki Pacyfiku obejrzałem bez mrugnięcia okiem. Walka o lotnisko Peleilu to najlepsza rzecz jaką widziałem od dawien dawna. Ogólnie rzecz biorąc  epizody 5, 6 i 7 tworzą jedność i można je złączyć w jeden film. Do walk jak wspomniałem wcześniej dołączył Sledge i jest on na pewno najlepszą postacią w tym serialu, a przynajmniej wokół niej dzieje się najwięcej.

Sledge na własnej skórze przekonuje się, że wojna to nie tylko spęd złych emocji, konfrontacja światopoglądowa czy też nie nieustająca pogoń za życiem. To doświadczenie, które determinuje twój żywot przez kolejne lata. Oba odcinki kipią od kapitalnych scen, nie tylko batalistycznych. Twórcy znakomicie akcentują zmianę nastrojów żołnierzy. Raz śmiejesz się z kumpla, który uciekał przed dwoma żółtkami, a za 10 minut opłakujesz ginącego dowódcę. To smutne, ale i pełne prawdziwych emocji. Stąd taka, a nie inna ocena. Way to go, HBO!

Read Full Post »

Precious to eldorado dla afroamerykanów. Po części rozumiem fascynację Akademii tym obrazem – to pełnokrwisty dramat społeczny, a takowy zawsze jest brany pod uwagę przy ustalaniu nominacji do statuetki. Problem w tym, że film Lee Danielsa przegrywa z własną wizją, w której bohaterka postawiona w ekstremalnej sytuacji marzy o lepszym świecie. Jest tu absolutnie wszystko czego można spodziewać się po kinie moralizatorskim.

Daniels brnie w kolejne klisze z prędkością światła, czasem nawarstwiając bez krzty namiętności kolejne problemy spotykające bohaterkę. Tytułowa Precious to otyła, ciemnoskóra analfabetka z Harlemu, żyjąca razem z zaborczą matką (dodam, że obie jadą na socjalu, co jest dla mnie szczególnie dobijające, ale o tym później) i ojcem, przemawiającym skłonności kazirodcze. Z tego chorego związku rodzi się dwójka dzieci, jedno rzecz jasna z upośledzeniem umysłowym. W skrócie – Precious ma tak przeje*ane w życiu, że gorzej być nie może. Los odwróciłaby ewentualna wygrana w Powerballa lub ingerencja Obamy w podwyżkę zasiłków dla bezrobotnych. Akcja dzieje się w 1987 roku, więc ta druga możliwość raczej odpada.

Paradoks tego filmu polega na tym, że jakkolwiek pesymistycznie ta sytuacja nie wyglądała to ogląda się ją na totalnym luzie. Bardziej emocjonowałem się zeszłorocznym Slumdogiem, który był raczej zabawną bajką niż rzetelnym przekrojem hinduskiego ścieku. Powód tak słabego odbioru Precious jest prozaiczny – niemal każda ciężkawa w zamyśle scena została położona przez wizualizację marzeń dziewczyny o sławie, akceptacji i bezpiecznej przyszłości. Przykład pierwszy z brzegu: ojciec zaczyna uprawiać z córką kazirodczy seks – potencjał emocjonalny właściwie nie do przecenienia. Co robi Daniels? Robi przebitkę na szczęśliwą, wymalowaną Precious otoczoną przez światowej sławy fotoreporterów. Zajebiście wielka niekonsekwencja. A dalej jest tylko gorzej – nadwyrężona psychicznie matka zaczyna znęcać się nad dziewczyną, pojawia się przystojny pielęgniarz oraz nauczycielka o złotym sercu (myślałem, że takie motywy umarły wraz z występem Michelle Pfeiffer w Młodzi gniewni) i nowe koleżanki z marginesu społecznego. Morał z fabuły Precious płynie jeden: nawet jeśli jesteś głupi, nie umiesz czytać, pisać, ważysz 200 kg, spożywasz 5 kurczaków dziennie na przemian z golonką, a kasy starczy Ci tylko na fajki dla matki to i tak zaświeci Ci słoneczko, a tabun ludzi udowodni, że jesteś wielki. Bez komentarza…

Jedna rzecz mnie jednak cieszy i liczę, że zauważycie w tym filmie to samo co ja. Chodzi mi o negatywne odbicie systemu opieki w USA, na pogłębiającą się patologię społeczną wynikającą z nadopiekuńczości i przyznawaniu obywatelom zasiłków. Otóż moi mili, czas otworzyć szeroko oczy i powiedzieć głośno – rozdmuchany socjal śmierdzi tanimi papierosami, wódą, grzybem na suficie i „kur*ami” w domowym słowniku.

Read Full Post »

Kick-Ass

Ktoś sypnął niedawno opinią, że tylko Christopher Nolan może wyreżyserować dobry film na bazie komiksu. Że niby Krystian „John Connor” Bale może godnie przywdziewać strój superbohatera. A najlepiej jakby umieścić herosa w realistycznym świecie, co by ludzie podeszli do sprawy bardziej serio. Nic z tych rzeczy. Poznajcie Kick-Assa.

Jeżeli średnio trawicie przygody facetów w maskach i pelerynach to polecam wybrać się do kina już teraz. Kick-Ass to pastisz, inne spojrzenie na świat ikon amerykańskiego komiksu. Ale to pastisz niezwykły, mądrze sklecony i niesamowicie zabawny. Na filmie Matthew Vaughna będzie się śmiać znacznie częściej niż na typowych komediach dla przypadkowych widzów. Główna w tym zasługa niesamowitej lekkości narracji, przeprowadzonej w sposób przewrotny, dynamiczny i nie powodujący objawów znużenia. Niemal każda scena wypchana jest po brzegi czarnym, ciętym humorem.

Historia rozgrywa się wokół Dave’a, który postanawia przywdziać strój, wyjść na ulicę i dać popalić lokalnym rzezimieszkom.Ot tak po prostu, nie posiadając specjalnych gadżetów i mocy.  Oczywistym jest, że początek przebiega wbrew oczekiwaniom napalonego na pomoc uciśnionym nastolatka. Ale pierwsze sukcesy tworzą wokół niego aurę prawdziwego bohatera (filmiki na YT, MySpace i oficjalna strona internetowa), a przede wszystkim pojawiają się w mieście naśladowcy  – 11-letnia Hit Girl oraz jej ojciec Big Daddy. Ten fakt każe podejść do obrazu Vaughna bez krzty powagi. O ile problemy sercowo-egzystencjalne nieudolnego Dave’a to typowy materiał na młodzieżową komedię, o tyle obrazek małej dziewczynki odcinającej kończyny 10 dorosłym facetom zaczepia o makabrę w iście tarantinowskim stylu. Ważne, że te połączenie motywów działa, jest idealne. Nie wymieniłbym z tego filmu ani minuty.

Kick-Ass to dwugodzinna, nieustająca jazda bez trzymanki i raj dla komiksowych fanów. Choć nie tylko oni powinni zacierać ręce na seans. Przyjemność z oglądania zwiększa się również pod wpływem doskonale dobranej obsady. Dobrze widzieć Nica Cage’a, który podchodzi do swojej roli z dużym dystansem. Będę nie fair chwaląc tylko jego, toteż napiszę, że wszyscy (a jest sporo anonimowych twarzy) spisali się na medal. No i rzecz jasna ścieżka muzyczna – autorskich numerów brak, ale wszystkie utwory dobrane są fantastycznie. Wielkie brawa, Kick-Ass kopie tyłek.

Read Full Post »

Długo zwlekałem z opisem czwartego odcinka. Powód? Minimalnie mnie rozczarował. Zabrakło tej wojennej werwy jaką charakteryzowała się Kompania braci, zabrakło znaczących dialogów, zabrakło po prostu pierwiastka zagrożenia. Liczyłem, że piąty popchnie fabułę na właściwe tory. I tak się stało, ale po kolei.

Leckie po powrocie z Melbourne dostaje depresji. Super. Niekorzystne warunki na Pavuvu obniżają morale żołnierzy, więc wierszokleta nie jest sam w mędrkowaniu o sensie wojny i takich tam blubrach. Na dodatek choruje na pęcherz, co ma podłoże nie tylko fizyczne ale i psychiczne. Trafia do szpitala na Banika, gdzie postanawia wypocząć i naładować akumulatory. Problem tego odcinka jest taki, że…właściwie już o nim nie pamiętam. Jest dziwnie rozwleczony w czasie, pomimo wątków pobocznych i nowych postaci epizod na Pavuvu trąci brakiem energii, którą charakteryzowała chociażby druga część historii. Zadziwiająco beznamiętnie twórcy olewają własne (wcale nie takie złe) pomysły, począwszy od samobójcy po dziwnego pacjenta w sali Leckiego. Mimo końcowej, szargającej uczucia rozmowy w karcerze nie mogę wystawić „czwórce” oceny wyższej niż trója.

Tego fabularnego niedokrwienia unika następny odcinek. Nie dość, że w przystępny sposób wprowadza postać Sledge’a to jeszcze wynagradza cierpliwych widzów naprawdę dobrze zrealizowaną bitwą o lotnisko na Peleliu. Pragnę zwrócić uwagę na bardzo ciekawy efekt oślepiającego światła przy opuszczaniu okrętu – pierwszorzędna robota. Wcześniej jest również ciekawie i fajnie. Sledge spotyka swojego kumpla z podwórka, Leckie wraca do oddziału, a Basilone jak tylko umie „promuje” swoją osobę. Czuć dobry zryw we właściwą stronę, mam nadzieję, że to nie jest przypadek.

Czas sobie odpowiedzieć na pytanie „jak dobry jest ten serial?”. Czy doskakuje do poziomu BoB? Jeszcze nie, ale mam wrażenie że to nie było zamiarem twórców. Pacyfik jest zgoła odmienny, opowiada „o wojnie” a nie „jak było na wojnie”. To duża różnica, zwłaszcza, że fabuła została skonstruowana na bazie opowiadań żołnierzy, a nie książki jak wspomniana Kompania braci. Bez względu na wszystko uważam, że to udane przedsięwzięcie, z wadami, ale dobrze się ogląda.

Read Full Post »

Starcie Tytanów

Tyle złego naczytałem się o najnowszym Starciu Tytanów, że z ciekawości obejrzałem oryginał z 1981 roku, aby mieć pewien materiał poglądowy pt. „czego się spodziewać po tworze Letteriera”. I po zakończeniu pomyślałem, że film Francuza jest naprawdę zły bo i klasyka nie przypadła mi do gustu. Jednak z sali kinowej wyszedłem o dziwo zadowolony. Po części jest to wina tego, że Klesze AD 2010 nie noszą teatralnej maniery Kleszów z 1981 roku. Po drugie Letterier usunął praktycznie wszystkie błędy popełnione przez Desmonda Davisa niemal 30 lat temu.

Perseusz, pół-człowiek, pół-bóg, syn Zeusa z nieprawego łoża trafia do rodziny starego rybaka. Nieświadomy swego pochodzenia, wychowywany wśród ludzi młodzian po śmierci najbliższych ląduje w mieście Argos, które jest w stanie wojny z władcami Olimpu. Jasne jest, że tylko Perseusz może przechylić szansę na stronę ludzi i pokonać legendarnego Krakena. Ma na to jednak tylko 10 dni. W skrócie – Letterier nie namęczył się zbytnio i skopiował pomysł oryginału. Wprowadził tu i ówdzie kilka(dziesiąt?) skrótów, które przyśpieszają tok wydarzeń, dzięki czemu całość ogląda się szybko i bezboleśnie. Koniec końców dobrze się stało, że reżyser oszczędził nam dialogów. Jeżeli już miałbym katować widownię jakąś kaszanką to wolałbym, aby było jej jak najmniej. Remake jest przez to żwawszy, może i głupszy, prostszy w budowie charakterologicznej bohaterów (jakiej budowie… wszyscy są papierowi, że głowa boli), ale pamiętajmy, że to kino rozrywkowe. Letterierowi wyszły natomiast wszystkie sceny akcji i to tak, że palce lizać. Drużyna Pierśc..tfu…Perseusza tnie wszystko na swojej drodze, a dziwacznych kreatur na zadupiu antycznej Grecji jest pod dostatkiem. To taki trochę erpegowaty filmik. Tu potniesz jakiegoś typa, tu znajdziesz zbroję, do tego jakiś mieczyk. Sami wiecie co mam na myśli.

Oryginał z 1981 roku był naszpikowany w sporej liczbie kwasiarskimi pomysłami. Chodzi tu zwłaszcza o metalową sowę wykutą przez Hefajstosa, wierną towarzyszkę w podróży Perseusza. Obraz Letteriera potrafił się takiej tandety wyzbyć (choć dla fanów przygotowano śmieszne cameo), ale za to nie trafił do końca ze swoimi ideami. Pomijając już szereg włączonych do historii bohaterów z ekipy (Drako, Io) Klesze nie dźwigają ciężaru mitu. Innymi słowy jak na takie antyczne „marki” jak Zeus czy Hades to wizja Olimpu jest mocno przeciętna. Jedynie Kraken dostosował się do swojego fame’a – jest duży, groźny i robi niezły burdel.

Starcie Tytanów to sprawne kino akcji i niezła propozycja na weekend. Zresztą ciężko spodziewać się w tej kwestii czegoś innego, skoro pierwszy Klesz był dokładnie takim samym produktem, tylko że z większą ilością ekranowej wiochy (nie dajcie sobie wmówić, że efekty Harryhausena są w dechę, oszukują Was). Tylko jedna rzecz mnie trapi jeszcze – gdzie do cholery jasnej jest nasza (!) Iza Miko?!?

Read Full Post »

Lake Mungo

Lake Mungo to wystylizowana na paradokument opowiastka o duchu, która mogłaby być wyemitowana na Discovery Channel lub innym popularnonaukowym kanale. Ktoś pokusił się, aby zrobić z tego film toteż oceniam to jako pełnoprawny obraz. A jest o czym pisać, bo pomysł choć nie do końca świeży, to jest zgrabny i wciągający.

Historyjka obraca się wokół rodzimy Palmerów, w której dochodzi do tragedii. Wypoczywająca na obozie córka Alice ginie w tajemniczych okolicznościach na terenie tytułowego jeziora. Raport koronera niejednoznacznie określa przyczynę zgonu, ale nie to jest najważniejsze. Okazuje się, że posiadłość Palmerów odwiedza regularnie duch denatki. A wszystko rejestrują kamery, aparaty fotograficzne, a także sami domownicy, którzy słyszą co nocy dziwne hałasy.

W Lake Mungo podoba mi się przede wszystkim niesilenie się na bycie straszakiem dla młodzieży. Mimo, że reżyser korzysta z tanich klisz i pomysłów wyssanych z prehistorycznej klasyki, nie zapomina również o bohaterach. Ci wykładają jak na tacy fakty, podają informacje wypełnione po brzegi szczegółami i uczuciami. Nikt specjalnie ich nie popędza, a historia budowana jest z nieco sztampowych, aczkolwiek wyszlifowanych klocków. Do grona przepytywanych dołączają również osoby postronne – sąsiedzi i stróże prawa – co dodaje nieco kolorytu. Między kolejnymi wywiadami (te zajmują jakieś 95% fabuły) mamy okazję zobaczyć efekty działań rzekomej zjawy. Czy to będą materiały wideo, nagrania policyjne czy przypadkowe zdjęcie, nie ma znaczenia. Ważne, że pokazują to, o czym wcześniej mówiono. Głównie dzięki takiej konwencji można nabrać się na jeden, ciekawy twiścik od twórców.

Nie warto nastawiać się na dokumentalne arcydzieło. To wybajerzona, zmyślona bajka, która pod koniec pachnie bardziej Modą na sukces niż typowym ghost story. Widać tu pewną niekonsekwencję, jakby celowo rozmydlono temat licząc, że finał sprawy zrekompensuje miernotę przedostatniego rozdziału. Niemniej Lake Mungo budzi zainteresowanie na tyle, że 80 minut mija jak z bicza strzelił.

Read Full Post »