Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Marzec 2010

Po morderczych walkach na Guadalcanal 1 dywizja piechoty morskiej zostaje wysłana do Melbourne. Tu zostają powitani jak prawdziwi herosi. Ale tylko oni wiedzą jakie piekło czeka na froncie, z dala od cywilizacyjnego przepychu. Społeczność zaprogramowana na uśmiechanie się i wiwatowanie informowana jest o tym jedynie z gazet. Trzeci odcinek to swoista przerwa od krwi, odrywanych kończyn, ostrzału moździerzy, chorób i nieszczęścia. Basilone, Morgan, Phillips, Leckie oraz Juergens mogą wreszcie odpocząć od wojennego zgiełku korzystając z uroków nocnego życia w australijskiej metropolii.

Oderwanie bohaterów od codziennej żołnierskiej rutyny pozwoliło rozwinąć ich charaktery. W gruncie rzeczy jest tak jak się spodziewałem – młodość idzie w parze z werwą i carpe diem. Ale to również znak tego, co walczące pokolenie żąda od świata. Wolność, miłość, swoboda, odpowiedzialność, dojrzałość i szacunek – twórcy zgrabnie rzucają hasełkami poddając w wątpliwość sens konfliktu. Niestety kraina mleka i miodu to tylko tymczasowy przystanek. Czas ruszyć na kolejną bitwę, tym razem na Cape Gloucester. Bym zapomniał – ogromny plus za pozytywny przekrój społecznościowy Melbourne.

Read Full Post »

Na taki powrót Martina Scorsese czekał chyba cały filmowy światek. Po – delikatnie ujmując – niekorzystnym okresie twórczym, w którym spłodził nudne Gangi Nowego Jorku, rozwleczonego do granic Aviatora i słaby remake Infiltracja (paradoksalnie, za ten ostatni tytuł zagarnął kilka statuetek) jeden z ostatnich fachmanów kina gangsterskiego spróbował swoich sił w zupełnie nowym dla niego gruncie – kryminalnym dreszczowcu. Podkładka pod historię jest nie byle jaka, bo mamy tu do czynienia z bestsellerową powieścią Dennisa Lehane’a.

Shutter Island (tradycyjnie polski tytuł nie domaga) rusza z kopyta już na starcie, kiedy to widzimy na płynącym promie dwóch agentów federalnych, palących papierosy marki Lucky Strike i rozmawiających o pracy. Obaj ubrani w sztandarowe ciuchy swoich czasów (akcja dzieje się w 1954 roku) – jakieś pomięte płaszcze, kapelusze oraz przeciętne garnitury podkreślone nierzucającymi się w oczy krawatami – stawiają pierwsze kroki na tytułowej wyspie i rozpoczynają śledztwo w ulokowanym tutaj zakładzie dla obłąkanych przestępców. Sprawa dotyczy zniknięcia jednej z pacjentek, a intryga zacieśnia się kiedy władze szpitala odmawiają szerszej współpracy z agentami. Na domiar złego nad wyspę nadciąga huragan, a łączność z światem zewnętrznym zostaje przerwana. Kocham takie motywy, kocham skrupulatność Scorsesego w budowaniu wszędobylskiej atmosfery osaczenia. Z tego też względu film wbija klimatem w ziemię od pierwszej sekundy.

Reżyserowi udała się również inna, trudna rzecz. Pomimo wad książkowego materiału wycisnął z obsady wszystkie, najlepsze soki. Każda z postaci pozostaje do końca w pełni wiarygodna. Licząc się z wadą finału (który dla niezaznajomionego z powieścią widza jest do rozszyfrowania w połowie seansu) postawił konsekwentnie na swoim, dzięki czemu ostatnie minuty upływają pod dyktando emocji, szoku, trochę dwuznaczności, ale na pewno nie rutyny i nudy. Jeżeli jeszcze się nie przekonaliście do klasy di Caprio to po Wyspie tajemnic zmienicie zdanie diametralnie. Facet wyczynia na ekranie cuda i jeżeli czasem wyczuwa się u niego nadekspresyjność, to jest to zabieg celowy. A partnerują mu nie byle jacy aktorzy: Ben Kingsley (klasa!), Mark Ruffalo (jeszcze lepszy od Kingsleya) i Max von Sydow, który tym razem posługuje się wybitnie niemieckim akcentem. Z taką ekipą można kręcić niemal wszystko, nawet serial o pasterzach z Kaukazu.

Wyspa tajemnic powala również pod względem realizacji. Zero tanich sztuczek i efekciarstwa, zero wyskakujących potworów i głów krzyczących na całe głośniki.  Scorsese zrobił film „po Bożemu” i jednocześnie z odpowiednią dozą pietyzmu. Scenografia powala, ale byłaby ona niczym gdyby nie fantastyczne zdjęcia doświadczonego Roberta Richardsona. Zauważalna gra światłem i cieniem, staranne kadrowanie (zwracam uwagę na sceny na klifach) i chłodna, pozbawiona szerszej gamy barw kolorystyka nadają obrazowi nieprzyjemny smaczek horroru wymieszanego z czarnym kryminałem.

To najlepszy Scorsese w tym wieku. Zaskakujący i budzący podziw, szargający nerwy i jednocześnie nie przyduszony ciężarem gatunkowym. Dołączając do tego znakomitą obsadę otrzymujemy jeden z najciekawszych filmów ostatnich miesięcy. Polecam gorąco, nawet tym, którym powieść Lehane’a nie przypadła do gustu. I nie zapomnijcie parasolów, w Ashecliffe wieje i pada non stop.

Read Full Post »

Tak jak podejrzewałem, drugi odcinek Pacyfiku miał dla mnie mesjański charakter. A to dlatego, że wreszcie normuje pewne kwestie w pomyśle prezencji bohaterów, akcji i klimatu. Już wiem, że będzie to inna historia, niż ta przedstawiona w Kompanii braci. I dobrze, HBO nie powiela pomysłów, zawsze stawia na nową jakość i twardo stawia kroki tam, gdzie inni boją się przejść nawet na palcach.

Guadalcanal było piekłem nieziemskim. Pomijając już hordy żółtej armii nacierające na pozycje Amerykanów to Jankesi musieli walczyć również z warunkami panującymi w ciepłej, tropikalnej dżungli. Choroby, brud, kurz to jedynie czubek góry lodowej. Pragnę zwrócić uwagę na tak ważny aspekt jak zaopatrzenie. W Pacyfiku pełni ono bardzo ważną rolę, jest wręcz nie do przecenienia. Od braku zasobów wszystko się zaczyna – upada morale, cierpią ranni kumple, a żarcie na stołówce przypomina wyciśnięte z jelita cienkiego fekalia. Niezłym kontrastem wykazali się scenarzyści tego odcinka pakując na wyspę zwykłe oddziały piechoty z niemalże hotelowym wyposażeniem obozu. Reakcja marines jest tu nie do przecenienia 🙂

Część druga nie rozczarowuje, co więcej – wyznacza i podkreśla pewne standardy jakie obowiązywać będą przez kolejne 8 odcinków. A widzę to tak: zero nadmiernego patosu, brak gloryfikacji bohaterów, pieczołowicie odwzorowane życie obozowe, kopanie rowów, problemy z malarią i walka. Aha zapomniałbym – tu również jest ciekawa i brutalna bitka w nocy. Moment kiedy Basilone przesuwa stertę ciał jest nie do opisania. To trzeba zobaczyć.

Read Full Post »

Legion

Paula Bettany’ego kojarzyłem zazwyczaj z ról nader sympatycznych, miłych, troskliwych, przyjaznych, ciepłych, a czasem dość dziwnych. W Legionie prezentuje kolejny element swojego brytyjskiego wdzięku – twardzielstwo do kwadratu. O to bowiem Bóg zsyła na Ziemię aniołów, aby Ci oczyścili ją z ludzkiego plugastwa. Apokalipsie sprzeciwia się generał armii „skrzydlatych” o imieniu Michał, który postanawia zaopiekować się uwiezioną na stacji benzynowej grupą ludzi.

Anioł z Bettany’ego jest kozacki. Markowy ciuch, masa dobrego sprzętu (od standardowych M16 po Uzi), wyważone słownictwo i szczytne działanie to jego znaki szczególne. Takich herosów współczesne kino potrzebuje jak najbardziej. Brytyjczyk znakomicie bawi się postacią archanioła Michała, mimo, że obraz niebezpiecznie balansuje na granicy dobrego smaku. Ale syndrom bad-motherfuc*era to nie jedyna zaleta Legionu. Jest coś w nim nieprzyzwoicie fajnego. Może to wszędobylska bezkompromisowość i prostota rozwiązań? I trochę żal się patrzy, że reszta elementów nawet do tak niewysoko zawieszonego poziomu kultu nie doskakuje. Obsada (prócz Bettany’ego rzecz jasna) ssie, że hej. Do tego TRAGICZNE dialogi podkreślone wsiurskim wizerunkiem rodzinki oraz stylizowany na głupka wieśniak, który nie tylko jest głupi ale i niezmiernie ważny w ostatecznym rozrachunku. Kondycja scenariusza jest więc na poziomie zapuszczonego fizycznie menela spod sklepu monopolowego.

Gdyby nie ubertwardzielska rola Bettany’go prawdopodobnie żałowałbym seansu Legionu. Ale tragicznie nie jest (choć wciąż blisko:)), da się obejrzeć i nawet czerpać z tego przyjemność. By the way, na miejscu reżysera wywaliłbym wszystkie wstawki z efektami, zanieczyścił obraz i wydał na VHS. Nikt by się nie skapnął, że to film z 2010 roku. Serio.

Read Full Post »

Drugi seans z dziełem braci Coen utwierdził mnie w przekonaniu, że pierwsza dekada XXI wieku doczekała się wreszcie godnego przedstawiciela tego okresu. Jeżeli z latami 80. kojarzymy ciężkie, futurystyczne obrazy pokroju Terminatora, z latami 90. Szmatrixa, tak w ostatnich 10 latach tylko jeden film postarał się o dokładną definicję naszych czasów. To nie jest kraj dla starych ludzi jest alegoryczny aż do przesady tzn.  interpretacja od tylko jednej strony byłaby dla niego bardzo krzywdząca. Różnorodność motywów i gatunków oraz ich wzajemne przenikanie, mieszanie i poplątanie potwierdza kunszt reżyserski autorów Fargo i Big Lebowskiego.

W NCFOM pozytywnie rozwala dystans z jakim przedstawiona jest historia. Coenowie osadzają bohaterów gdzieś na pustkowiu, nieopodal meksykańskiej granicy i budują bardzo poważną intrygę nie zapominając jednocześnie o poluzowaniu sznurków w niektórych scenach. Zauważalne jest to zwłaszcza w wielu wybitnie dramatycznych, tudzież sensacyjnych wstawkach np. odbiorze walizki przez Mossa w obecności denata czy też pojedynku z psem. W normalnej komedii takie zgrywy miałyby rację bytu, u Coenów natomiast pełnią rolę ważniejszą – komentują absurdalność świata w jakim znaleźli się bohaterowie.

Wybór scenerii jest również oczywisty – reżyserzy podsuwają wskazówkę odnośnie kondycji światowego mocarstwa. Z jednej stroni normalni obywatele żyjący minimalnie przed marginesem, z drugiej sucha, pozbawiona walorów, wyjałowiona ziemia. W 2007 roku bracia wysłali w świat „mesydż”. Przepowiednia okazała się prawdziwa – kraj tonie dzisiaj w długach i z tego bagna wydostać się nie może. Ale szczyt coenowskiej groteski NCFOM osiąga w każdej scenie z Antonem Chigurhem. To postać wyjęta z innej rzeczywistości, nie pasująca do kowbojskiego, spalonego słońcem pejzażu El Paso. Chłodny, wyrafinowany morderca o głupkowatej fryzurze przybywa do miasteczka po konkretną rzecz. Swoje cele zabija w niecodzienny sposób – pistoletem do uboju bydła. To również ciekawy element filmu. Zwykły gnat w łapie Antona nie robiłby większego wrażenia, za to sprężarka… Zresztą, cały film jest oparty na grze detalem. Dlatego tak wyśmienicie chwyta się te wszystkie tropy.

To nie jest kraj dla starych ludzi jest jednym z niewielu obrazów, do których nie mam żadnych zastrzeżeń. To dzieło kompletne, przebogate w warstwie wizualnej, perfekcyjnie zagrane i wyreżyserowane. Coenowie biorąc się za sfilmowanie powieści Cormacka Mccarthy’ego wprowadzili od groma własnych pomysłów pozostawiając jednak szkielet fabularny nietknięty. Dzięki temu mamy dziś okazję obejrzeć piekielnie wciągającą historię ucieczki przed przeznaczeniem, gloryfikację przemocy, a przede wszystkim krytykę prawa i porządku. Pełne 5 gwiazdek, podparte 4 Oskarami – bez cienia wątpliwości.

Read Full Post »

HBO króluje. Nie ma bata na ich rozmach, plany i pieniądze. Ponad 180 milionów dolarów zainwestowanych w The Pacific wydaje się niezwykłym bodźcem. Ale budżet to jedno, a przecież stacja słynie z szacunku do wykreowanych bohaterów oraz olewania wszechobecnej poprawności. Pierwszy odcinek tylko potwierdza formę tej marki. Szykuje się naprawdę świetna przygoda, dość podobna do Kompanii Braci, a jednak inna, niekameralna, bardzo realistyczna i brutalna.

Spielberg do spółki z Hanksem postanowili oddać hołd poległym żołnierzom na froncie pacyficznym. Owocem tego jest porywająca, uszyta z najlepszych materiałów wojennych historia, w której nie brakuje pełnokrwistych bohaterów jak i prawdziwych emocji. Ale siła serialu tkwi nie tylko w soczystych sekwencjach batalistycznych. Grupa młodych aktorów od początku dźwiga na barkach olbrzymią odpowiedzialność. Muszą pozostać wiarygodni, inaczej całość przemieni się na imitację wojny. Na dzisiaj jest z tym więcej niż dobrze. Pomagają w tym zwłaszcza anonimowe twarze wcielające się w Sledge’a, Juergens’a i Corrigana. Zero gwiazd z pierwszych stron gazet, ale to standard dla HBO. Od kultowych ryjów wolą epę.

Pierwszy odcinek podrażnia, każe czekać w niepewności na kolejne. Mimo, że dzieje się tu naprawdę sporo ciekawych rzeczy, a narracja zdaję się szalenie przeć do przodu to wiem, że w The Pacific tkwi potencjał, który może pomóc mu przeskoczyć poprzednie militarne arcydzieło tandemu Spielberg&Hanks. A jeżeli tak się stanie, będę wyć ze szczęścia.

Read Full Post »

Merantau

Żeby zlasować komuś ryło potrzeba umiejętności, zręczności i odwagi. Tej ostatniej może czasem zabraknąć, bo nie mamy pojęcia czy oponent nie prezentuje większej siły niż z pierwszych obserwacji wynika. Dlatego lepiej zachować się jak rasowy pacyfista i do rękoczynów dopuścić dopiero w ostateczności, kiedy zawiodą wszystkie elementy męskich negocjacji – kolejno przeprosiny, gorzała i kobiety. Inną religię wyznaje kino azjatyckie. Tam kopią i biją z klasą, artyzmem będąc jednocześnie na skraju wyczerpania. Merantau w tą konwencję wpisuje się idealnie i dlatego warto mu się przyjrzeć z bliska.

Indonezyjski obraz rasy martial arts pokazuje to co w gatunku mordobić najlepsze – tańce, kuksańce, krew, siniaki oraz odrobinę społecznego backgroundu. Ktoś kiedyś pisał, że z tego typu filmów wiele wycisnąć się już nie da. Ja pójdę dalej – po złotej erze mistrza Bruce’a Lee w scenariuszach do typowych martial arts movies zmienia się imiona bohaterów oraz miasto, lokację w której kręci się bitkę. Merantau oszczędza Nam kulturalnego bullshitu (znanego z produkcji z Tonym Jaa) na korzyść miejskiego smrodu.

Dżakarta pokazywana jest tu jako dynamicznie rozwijająca się metropolia. Z jednej strony szklane drapacze chmur, biurowce oraz powstające jak grzyby pod deszczu place budowy. Z drugiej reżyser dawkuje również klimat slumsów. Tu ulice pachną potem i dziwkami. W ogóle za strzał w dziesiątkę uważam zakorzenienie skądinąd megapretekstowej fabuły w temacie sutenerstwa i handlu kobietami. Jednej z nich bohater ratuje tyłek i staje się jednocześnie celem dla żądnych krwi bossów przypominających cwanych, wyrwanych z kapitalistycznego motłochu europejczyków. Nie liczy się tu drętwa i przerysowana gra młodych aktorów, nie liczą się nieudane gagi i słabe pierwsze 30 minut. Tu najważniejsze są walki, fantazja i ból, który odczuwamy wraz z młodym chłopakiem, wystawionym na test dojrzałości. Super, że nie jest robotem. Dostaje w mordę nie raz, ale wraca zawsze ze zdwojoną siłą i na pełnej kur**e.

Nie znam się na indonezyjskiej kinematografii, ale jeżeli Merantau jest zwiastunem nowej jakości to czekam z niecierpliwością na kolejne produkcji z nową nadzieją gatunku martial arts – Iko Uwaisem. Chłopak ma ogromny talent, tylko musi trafić pod skrzydła lepszego reżysera np. Prachyi Pinkaewa. Coś czuję, że to ledwie przedsmak powera jakim obdarzony jest ten młokos.

P.S. Jak na mordobicie to film akurat kończy się bardzo ambitnie!

Read Full Post »

Older Posts »