Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2010

Taki film! na Twitterze

Drobny news blogowy – Taki Film! sTwitterował się na dobre. Jeżeli chcecie poczytać moje komentarze na temat wydarzeń ze świata filmu polecam zaglądać w ten adres – http://twitter.com/takifilm. Generalnie będę pisać tam o wszystkim czego nie ma sensu upychać tutaj.

Read Full Post »

Praca nad Wilkołakiem przypominała nieco pobyt wśród trędowatych. Nikt nie chciał tykać kultowego oryginału z 1941 roku, wymieniano reżyserów, członków ekipy technicznej, przepisywano scenariusz, w końcu kilka razy przekładano datę premiery ze względu na konieczność przemontowania filmu. Ostała się tylko obsada. W sumie obraz ten powstał jedynie dzięki kilku życzliwym osobom. Jeżeli wierzyć wszystkim oficjalnym jak i nieoficjalnym doniesieniom z planu to obawa o ostateczną jakość Wilkołaka była jak najbardziej uzasadniona.

Zaskakujące, że film Joe Johnstona okazał się być lepszym stuffem niż oczekiwałem. Traktując całość jak obrzyny z większego stołu producenckiego nie sądziłem, że będę na Wolfmanie tak się dobrze bawić.  Z grubsza chodzi o to, aby podejść do seansu jak do niechcianego dziecka, bo fabuła nosi tu znamiona ostatniego ratunku na stole montażowym. Historia nadzwyczajnie oryginalna nie jest (co przewidywałem), nie ma też dopracowanych bohaterów na szczeblu psychologicznym (o co i tak się obawiałem), ale ma za to kozacką akcję i tytułowego zwierza, który rozszarpuje swoje ofiary z gracją pijanego drwala (na co czekałem z niecierpliwością). Obraz nie został w żaden sposób ugrzeczniony, więc krew tryska często i gęsto asystując wypadającym z tułowia jelitom. Nie ma zmiłuj, włochate bydlę nie szczędzi śledczym kłopotów.

Trochę szkoda, że cała para poszła w skądinąd znakomite sekwencje akcji, a zabrakło siły aby wcisnąć w dzieje Lawrence’a Talbota odrobinę dramatyzmu. Postać syna marnotrawnego, który przy pełni Księżyca zmienia się w bestię niespecjalnie grzeje serca widowni. Jest taki..no..taki zwykły, nie wybijający się z tłumu. To samo dotyczy inspektora Scotland Yardu. Hugo Weaving pojawia się i znika, to znowu pojawia, by znowu wyparować. Taki aktor zasługuje na większy czas ekranowy, zwłaszcza, że oprócz Hopkinsa tylko on posiada dialogi pozbawione drewnianego kołka w tyłku.

Wilkołak jest filmem przeciętnym w warstwie pozalikantropicznej, ale w pełni akceptowalnym w kategorii „rozrywka na weekend”. Szkoda, że spotkał go taki los, ale dobrze, że w końcu zawitał do kin. Polecam wybrać się na seans z dobrym nagłośnieniem, bo przy kilku scenach można nieźle podskoczyć na siedzeniu i usłyszeć pierwszorzędne, niepodrabiane wycie na tle Księżyca. Auuuuuuuuu!

Read Full Post »

Autor widmo

Roman to ma problemy. Amerykańskie urzędasy nie dają mu spokoju, zakładają kajdany, każą siedzieć w domu i czekać na ekstradycję. Ja tam nie wiem czy Polański jest winny czy nie, wolę oglądać jego filmy. Osądzi go Bóg lub Jankesi, jeżeli zdążą. Młodym chłopcem nie jest, ale odpukać – trzyma się nieźle jak na swój wiek. Jego ostatni film – Ghost Writer – zdobył na Berlinare niemały rozgłos, ba, nasz rodak otrzymał (rzecz jasna na odległość) statuetkę za najlepszą reżyserię. Z takim bagażem niusów wybrałem się na seans i oczekiwałem wysokiej klasy filmidła.

Główny bohater filmu tzw. ghostwriter to pisarz, który za kasę sprzedaje prawa do swojego materiału. Postaci granej przez Ewana McGregora nadarza się znakomita okazja spisania wspomnień byłego premiera Wielkiej Brytanii Adama Langa. Sowite wynagrodzenie wydaje się wystarczającym magnesem. Ale problem rodzi się już na starcie – poprzednik został znaleziony martwy na plaży, a poszlaki niekonieczne sugerują samobójstwo… Polański oparł fabułę filmu na bestsellerze autorstwa Roberta Harrisa. Książki nie czytałem, więc nie wiem jak mocno obraz trzyma się względem oryginału, aczkolwiek podstawa do zawiązania intrygi jest silna i trzyma się na klasycznych fundamentach. Klasycznych tak bardzo, że reżyser stara się wzbogacić historię dość sporą dawką ironii i współczesnych problemów, często dotyczących jego osoby.

Z powyższego wynika pierwszy problem Autora widmo – przez żonglowanie konwencjami niezwykle trudno utrzymać powagę całości. Niektóre gagi, mimo, że kierują widza w meandry sprawy sprawiają wrażenie nieprzemyślanych (zwłaszcza scena z GPS-em w samochodzie). Średnio trafionym pomysłem jest zrobienie z ghostwritera życiowej niedorajdy i frajera, który ni stąd ni zowąd postanawia przespać się ze średnio atrakcyjną żoną premiera (skoro już jesteśmy przy kobietach to Kim Cattrall wygląda jakby urwała się z kolejnego Austina Powersa). W jednej scenie facet ma wyraźnie problemy z jazdą na rowerze, by w następnej uciekać przed prześladowcami niczym mistrz le parkour. Moim zdaniem trochę tego za dużo. Pal licho, żeby jeszcze początek był naszpikowany humorem. Ale kiedy w środku historii rozgrywają się takie numery, zaczynam się niepokoić. To w końcu polityczny thriller.

Polański wykreował kilku wyrazistych bohaterów, między którymi toczy się gra przepełniona niedopowiedzeniami i nieufnością. Obok tytułowego pisarza jest charyzmatyczna para, blond-sekretarka oraz grupa postaci drugo i trzecioplanowych. Każdy ma w sobie ogromne pokłady energii i ekranowej werwy. I trochę szkoda, że film wydaje się miejscami przegadany i wyprany z emocji. Niektóre gadki prowadzą donikąd, mógłbym przysnąć na 30 minut a i tak wiedziałbym kto z kim, jak, dlaczego i gdzie. Po prostu pewne fakty są tu przerabiane nawet po kilka razy. Są momenty kiedy Roman wspina się na wyżyny swojego rzemiosła, buduje niesamowite napięcie, potrafi przyłożyć soczystym dialogiem by za chwilę paść na ryj i wyłożyć się nawet na najprostszych rzeczach. Przykładowo, dlaczego agenci CIA tak łatwo dali się wymanewrować zwykłemu pisarzowi? Takie coś mógłby zrobić Bay, Emmerich, Boll, ale kurna Polański?

Na szczęście Autor widmo wraca na właściwe tory w ostatnich 20 minutach. Polański z matematyczną precyzją buduje emocjonalną bombę. Właśnie wtedy intryga rozkręca się na dobre, czuć osaczenie oraz społeczny terror, a bohaterowie dają fabule niesamowitego kopa. Gdyby cały film był tak konsekwentnie zbudowany prawdopodobnie zobaczylibyście pod spodem 5 gwiazdek. Niestety do czasu rozwiązania tajemnicy należy się nieco przemęczyć, posiorbać colę z kubka, ewentualnie podziwiać świetne zdjęcia autorstwa Pawła Edelmana. Gdzieś tam w tle odbija się echo Chinatown i Frantic, ale tylko odbija i uchodzi jak powietrze z dętki. Klasyczny, aczkolwiek bardzo nierówny thriller – po Polańskim spodziewałem się więcej.

Read Full Post »

Ostatnio trafiłem w sieci na ofertę następnej kolekcji filmów Warnera sprzedawanych za 3 dychy w kioskach (normalnie za 29.87 zł, ale te 13 groszy nikogo nie zbawi więc zaokrąglam). Seria nazywa się Wybrańcy Mocy i nietrudno zgadnąć, że chodzi różnorakie produkcje z superbohaterami i ich super umiejętnościami w rolach głównych. Od razu rzuciło mi się kilka rzeczy w oczy, aczkolwiek na wstępie wspomnę, że Warner kiedyś stosował na swoich DVD naklejkę promującą program „Tego filmu nie znajdziesz w gazecie”. Już teraz powinna Wam się zapalić czerwona lampka, że coś z Wybrańcami Mocy jest nie teges. Nie teges i to bardzo.

Osobiście nic nie mam do takich zagrywek, o ile prezentują sobą wysoki poziom dobranych materiałów. Przykładowo kolekcja filmów Clinta Eastwooda to najlepsza rzecz jaka ukazała się w kioskach na przestrzeni ostatnich lat. Nawet ja od czasu do czasu biegam po kobiece Naj za 6.99, odklejam kopertę z płytą, a pisemko spuszczam w kiblu. To nie żaden wstyd Panowie (i Panie:)), tak działa nasza duma i instynkt samozachowawczy. Niestety Wybrańcy Mocy nie nadają się nawet na potajemny kurs do kioskarza, bo raz, że to zwykłe nabicie klientów w butelkę, a dwa – 30 złotych za jedną część uważam za kradzież w biały dzień. Nie wierzycie?

Stronka z kolekcją niewątpliwie zachęca do wysupłania gotówki. Ładne okładki, opisana zawartość, rozkład wszystkich książeczek i daty wydania oraz pierwszy zgryz… Jakże ważny dla mnie dobór filmów prezentuje się dziwacznie, jakby Pan Staszek z magazynu rzucił tekstem „a dajmy to, bo nie zeszło jak było w Tinie”. Ale po kolei, co my tu mamy? 8 filmów z Batmanem (w tym 2 animacje) oraz 5 z Supermanem. Ponad 50% kolekcji zdominowana przez dwie postacie. A dalej nie jest lepiej bo jest jeszcze trylogia Blade’a oraz jakieś od czapy wrzucone ogórki nie pasujące do całości (300, Jestem Legendą). Jeżeli już jesteśmy przy samych filmach to takiego rozstrzału jakościowego dawno nie widziałem. Na przykład obok Batmanów Burtona i Nolana postawiono (uwaga, fanfary!) Super Girl – totalnie nieudany ripoff przygód człowieka ze stali – oraz Kobietę Kota – 7 nominacji do Złotych Malin jest piękną rekomendacją. Przy takich rodzynach klęka nawet Batman i Robin.

O liście i sensie wyboru tytułów do kolekcji już się wyraziłem. Największy ból to jednak cena tego zestawu. I tu należy podejść do sprawy dwojako. Jeżeli pokusimy się o prenumeratę to za jedną sztukę zapłacimy średnio 22.68 zł. Czyli wielkiej tragedii nie ma (co nie znaczy, że dystrybutor dalej jest wobec Nas ok). Załóżmy jednak, że na prenumeratę Nas nie stać, bo dzisiaj trudno wywalić 5 stów w błoto. Kupujemy więc filmy wyrywkowo i pojedynczo, czyli dalej wtapiamy te 30 zł. Co dostajemy za 30 złotych? Wykastrowane, jednopłytowe wydania, które w normalnej postaci, czyli typowym boxie z okładką walają się po półkach Media-Markt i Empiku za około… 20 złotych. Ostatnio widziałem wszystkie Supermany na wyprzedaży za dosłownie grosze i nie rozumiem podejścia Warnera. Chociaż nie, rozumiem. Tu chodzi o wycyckanie niekumatych z kasy. Wystarczy przejść się do pierwszego lepszego sklepu i poświęcić 2 minuty. Oszczędzicie przy kilku filmach nawet i 40 zł! Leniwym pozostaje Allegro i na przykład takie aukcje jak ta – normalne, dwudyskowe wydanie Superman: Powrót za 17.90 (z przesyłką circa 25 zł). A co robi Warner? Jeden krążek DVD wykastrowany z dodatków + jakaś książeczka z tekstem spisanym prosto z Trivii na IMDB. Czujecie ten szwindel w powietrzu? Za 30 złotych można również dostać Mrocznego Rycerza na 2 płytach. To samo z Jestem Legendą (klik). Zastanawiam się czy ruch Warnera to przejaw wyjątkowej inteligencji marketingowców, którzy dostali nakaz oczyszczenia magazynów, czy też normalny złodziejski proceder degradujący znaczenie DVD przy obecnym wzroście nośników Blu-ray. Na pytanie czy wszystkie filmy na liście można dostać taniej w sklepie, odpowiadam TAK. A jeżeli nawet cena jest na podobnym poziomie (lub minimalnie wyższa) to otrzymacie pełnowartościowy produkt z materiałami dodatkowymi i standardowym boxem, który spokojnie zmieści się na półce z kolekcją filmów.

Co mi pozostaje dodać? Warner zachował się chamsko. To już nawet nie amatorszczyzna, to złodziejstwo (nazywajmy rzeczy po imieniu). Proszę Was tylko o jedno – nie dajcie się nabrać, nie dajcie się nabić w butelkę, nie dajcie sobie w tak mało wyrafinowany sposób opróżnić portfela z ciężko zarobionych pieniędzy. 3 dychy piechotą nie chodzą. A jeżeli chcecie się skusić na reklamowanego po promocyjnej cenie Batmana: Początek to lepiej zainwestujcie w takie oto eleganckie wydanie wypełnione po brzegi dodatkami. Będziecie 10-krotnie bardziej zadowoleni niż z edycji Wybrańcy Mocy, które jak to zwykle bywa z normalnym wydaniem DVD ma niewiele wspólnego.

P.S. Podlinkowane aukcje Allegro służą tylko przykładem i nie czerpię z nich jakiegokolwiek zysku.

Read Full Post »

Planeta 51

W ramach walentynkowego tygodnia postanowiłem oderwać się od tradycji i nie poszedłem na seans jakiejś komedii romantycznej, tylko wybrałem animację dla dzieciaków. Co prawda wolałbym obejrzeć jakieś kino dla twardzieli z twardzielami w roli głównej, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma, nie? No więc (nauczycielka w liceum zawsze się wkurzała gdy rozpoczynałem zdanie od „no więc”) nowa baja od twórców Shreka gości na ekranach już od jakiegoś czasu. A, że autorów przygód zielonego ogra jest tyle ile ziaren ryżu w obiedzie typowego Chińczyka toteż należy ten chłyt marketingowy wziąć w gruby nawias i spuścić zasłonę milczenia na reklamę naszego kochanego dystrybutora.

Planeta 51 to przykład filmu na zamówienie, zrobionego według sprawdzonych wzorców. Jedynym ciekawym elementem z całej układanki jest motyw lądowania człowieka na tytułowej planecie. Z punktu widzenia mieszkańców jest on obcym, kosmitą. Dla Chucka Bakera ufoludkami są zieloni obywatele, których zastał po wyjściu ze statku. W tym momencie oryginalność ustępuje sztampie i wtórności. Wystarczy wspomnieć, że główny bohater o imieniu Lem jest uczniem zafascynowanym w badaniach kosmosu i jednocześnie podkochuje się w ładniutkiej (bo zielonej jak dojrzała grusza) córce sąsiadów. Ile to już razy przyszło nam oglądać wzdychających na widok fajnej laski herosów marzących o wyrwaniu się z miasteczka?

Ale Planeta 51 skierowana jest głównie do dzieci. I jeżeli chcecie wychować pociechy w duchu science-fiction to lepszej pozycji nie znajdziecie. Twórcy (Shreka hehe) naszpikowali prostą historię niesamowitą ilością nawiązań do klasyki gatunku. Od pojedynczych detali i imion, po różnorakie gadżety, postacie, aż po całe dialogi, czy nawet sceny. E.T., Obcy, Odyseja kosmiczna, Gwiezdne wojny… Kto widział ten co chwilę będzie wytykać palcami i gadać w stylu „O to było fajne, tamto też, a to było już u Lucasa” itd. etc. Tylko, że największy problem dotyczy właśnie zabawy konwencją. Scenarzystom zabrakło zdecydowanie wyobraźni, bo zamiast pchnąć skądinąd odtwórczą intrygę do przodu bawią się w kolejne odniesienia do arcydzieł. Czar prysnął – odczułem przesyt i monotonię.

Technicznie Planeta 51 jest bez zarzutu. Nie jest to Wall-e, czy też dowolny Pixar sprzed ostatnich lat, ale animacja do brzydkich nie należy. Szkoda zmarnowanego potencjału zielonych ludków. Na przykład Lem (bohater, a nie pisarz) to niesamowity nudziarz i nerdziarz do kwadratu. Broni się tylko astronauta i szalony doktorek. Ale wasze pociechy takie rzeczy łykają, więc nie odradzam, wręcz przeciwnie – polecam.

Read Full Post »

Split second

W 2008 roku Londyn uległ podtopieniu. Zalane ulice utrudniają życie mieszkańcom, a suche skrawki chodników zostały przejęte przez szczury. Na dodatek po metropolii grasuje mordercza bestia. Tajemnicza istota nie daje zasnąć oficerowi Stone’owi, który postanawia odegrać się w ramach zemsty za zabicie partnera. Uzależniony od kofeiny i tytoniu policjant wkracza do akcji po zmroku. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Huge fuckin’ thing, we need bigger guns – twierdzi po czasie Durkin, koleś z Oxfordu, typowy „garniak”, który na widok stwora zmienia się z pizdusiowatego adepta w brytyjskiego twardziela. A Stone tylko go nakręca.

Split second jest obrazem niesłusznie zapomnianym. To typowa dla początku lat 90. nieskrępowana moralnymi zasadami rozrywka na wysokich obrotach, pełna soczystych tekstów i one-linerów sypiących się co i rusz z ust bohaterów. A w głównej roli Rutger Hauer – kultowiec z kaset vhs chłepczący kawę za kawą (nawet zamiast drinków). Wyznacznikiem filmowego bad-assa są trzy rzeczy – wygląd, słownictwo i umiejętność posługiwania się bronią. Stone wszystkie te cechy posiada w nadmiarze. Czesze się kawałkiem miotły, do psa potrafi powiedzieć „Police, you dickhead.”, a o spluwie nie zapomina nigdy. Nawet gdy idzie się zdrzemnąć.

No i najważniejsze – klimat. Film nie ma jakiegoś rozdmuchanego budżetu, a mimo to nie miałem problemu z wczuciem się w tą zaszczurzoną, brudną, pesymistyczną atmosferę. Zalane piwnice, korytarze i klatki schodowe powalają swoją uproszczoną stylizacją. Zamiast milionów dolarów wylano tu po prostu kilka wiader z wodą więcej. Podobnie postąpiono z potworem. W pełnej krasie uświadczycie go dopiero pod koniec, co nie znaczy, że nie czuć napięcia i dreszczy związanych z atakami monstrum na bezbronnych ludzi.

Postać Stone’a przypomina nieco Duke’a Nukema – tak samo prosta w budowie charakteru i działaniu, tak samo efektywna. Różnią się tylko gabarytami. Nic nie poradzę, że ten film mi się po prostu podoba. Kiedy wracam do klasyki akcji lat 80. i 90. zawsze zostaję rozłożony na łopatki bezpretensjonalnością formuły jaką kierowali się ówcześni reżyserzy. Seans Split second kopie tyłek.

P.S. Bonusowo dorzucam jedną z lepszych scen. Po takich dialogach ręce same składają się do oklasków:

Read Full Post »

Sorority row

No i odbębniłem kolejny, nic nie wnoszący, spóźniony o jakieś 15 lat teen slasher. Ładne twarzyczki, obfite biusty i namiętne usta nie zdołały zamazać plamy po nijakości tegoż dziełka. Sorority row radzę omijać szerokim łukiem, nawet jeśli przygotowaliście na seans sześciopak piwa i szukacie okazji do uzupełnienia swoich żył o kolejne promile.

W zasadzie mógłbym zakończyć mój wywód tekstem „Widzieliście Krzyk lub Koszmar minionego lata? Sorority row jest niemal identyczne”. Jest sobie grupa niewiast z sisterhood Theta Pi. Dochodzi do pewnej tragedii (spowodowanej ostrym zapaleniem szarych komórek sprawców ewentualnie ich brakiem), mija kilka miesięcy i ktoś się zaczyna mścić. Nie trudno zgadnąć kim jest morderca, zwłaszcza, że fabuła sama wbija do pały właściwy trop. W nagrodę za poprawną dedukcję wynikającą z analizy dwóch scen dostajemy w finale do bólu oklepany standard, który ogląda się ze zmrużonymi oczami. Reżyser nawet nie silił się na oryginalność, tylko wyciął końcówkę Krzyku, podmienił postacie i vuala!

Nie miałem nawet na czym zawiesić oka bo panny jakkolwiek atrakcyjne i dobrze wyposażone (i tradycyjnie skserowane z innych slasherów) nie trafiły w mój gust estetyczny, a grały na serialowym poziomie. Tylko czekałem na ich egzekucję. Sorority row jest więc słabym obrazem, wypranym z podstawowego elementu typowego dla slasherów – suspensu. Jeżeli jarają kogoś biegające, przepocone dziołchy z amerykańskich collegów to droga wolna. Ale nie miejcie potem pretensji, że nie ostrzegałem.

Read Full Post »

Older Posts »