Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2010

Blood Creek

Joel Schumacher prawdopodobnie niedługo odejdzie na emeryturę. Jego filmy jak na złość omijają sale kinowe i lądują na półkach zapyziałych wypożyczalni. Z Blood Creek było dokładnie tak samo. Poszło o kasę i pomysł. W rezultacie obraz stracił na mocy marketingowej jeszcze przed premierą. Aby w ogóle wygrzebać o nim jakieś ciekawe informacje należy uruchomić szeroko pojmowane kontakty operacyjne w sieci. Mamy więc historyjkę o nazistach i okultyzmie. A te dwa elementy połączone ze sobą tworzą ciekawą otoczkę i przyczynek do dyskusji nad rzekomymi zapędami Trzeciej Rzeszy do panowania nad światem.

Blood Creek zaczyna się od klimatycznej, czarno-białej wstawki. Jest rok 1936. Na farmę w stanie Virginia przyjeżdża niemiecki naukowiec, który z polecenia fuhrera zamieszkuje u rodziny Wollnerów – emigrantów mieszkających w USA od kilku miesięcy. Facet wykazuje się ponadprzeciętną inteligencją i nadzwyczajnymi zdolnościami ożywiania martwych zwierząt. Akcja przenosi się do współczesności, w której poznajemy sanitariusza Evana. Ten od 2 lat zajmuje się samotnie chorym ojcem, gdyż jego brat Victor zginął w okolicznym jeziorze. Okazuje się jednak, że denat wcale denatem nie jest, odwiedza Evana w nocy i prosi o broń oraz amunicję. Zero pytań, zero odpowiedzi. Obajwyruszają ku krwawej zemście, aczkolwiek tylko jeden wie o co tu naprawdę chodzi.

Niedomówienia są tu tylko pozorne, bo gdy bohaterowie spotykają na swojej drodze tak samo młodą jak w 1936 roku rodzinę Wollnerów widz podejrzewa, że vendetta to tylko skromny wycinek z właściwej intrygi. I tak faktycznie jest – bracia rozprawiają się z familią szybko i beznamiętnie. Tylko, że przy okazji wybudzają ze snu niby-martwego niemieckiego szarlatana, który w swoim klasycznym wehrmachtowskim płaszczu wygląda jak nazi zombie. I gdy wydaje się, że akcja rozkręci się na dobre, a napięcie będzie stopniowo rosnąć, cały ten nadmuchany okultystycznym tlenem balon pęka.

Jak powinno się kręcić gatunek z nazistowskimi zdechlakami pokazał Wirkola w Dead Snow. Schumacher chciał swój film zrobić na poważnie, z jednym, na maksa przegiętym antagonistą z nadprzyrodzonymi mocami. Wyszedł z tego średnio strawny kisiel obarczony tandetnymi efektami i karkołomnymi założeniami zwłaszcza w warstwie „demoniczno-realizacyjnej”. Zombiak (w osobie skądinąd znakomitego Michaela Fassbendera) duka do siebie jakieś starogermańskie frazy i raczej nie straszy wyglądem zamaskowanej mumii pałętającej się po podwórzu. Na dokładkę otrzymujemy również fatalnie zachowujących się herosów, którzy przy byle okazji utrudniają sobie walkę  z opętanym SS-manem.

Obraz Schumachera na wielkim ekranie raczej nie zdobyłby uznania publiczności. Jest źle wyważony, niezamierzenie śmieszny, nie dostarcza nawet podstawowych emocji. Poczynania aktorów obserwuje się bez większego zaangażowania. Nie rozumiem tylko co tu robi Fassbender, który w ostatnich kilku filmach był prawdziwym objawieniem. W Blood Creek nie odstawia fuszerki, ale do zachwytu droga daleka i wyboista. Niech lepiej wraca do ambitnych produkcji.

Reklamy

Read Full Post »

Antychryst

Będzie ostro. Dlaczego? Zaliczyłem wreszcie Antychrysta. Owa prowokacja w wykonaniu Larsa von Triera ma swoje dobre i złe strony. Po jej obejrzeniu wiem, że facet jest artystycznym zerem i genialnym manipulatorem, który mami widownię tanimi sztuczkami. Niestety, aby się o tym przekonać musiałem poświęcić 90 minut, które mógłbym spożytkować na coś pożyteczniejszego. Lars po prostu sobie ze mnie zakpił i ja mu stawiam krzyżyk na drogę. Niech sobie kręci co chce, jego wybór. Szkoda, że Antychrystem prawdopodobnie wykopał sobie grób.

Żeby nie było, że po zadufanym w sobie Larsie (Jestem najlepszym reżyserem na świecie – autentyk!) jadę bezgranicznie to może ten akapit rozpocznę pochwałą. Von Trier zmierzył się z bardzo ciekawym tematem. Konfrontacja człowieka z naturą, człowieka z człowiekiem, kobiety z mężczyzną i wreszcie natury biologicznej z naturą wewnętrzną człowieka – wszystkie te aspekty w Antychryście są ze sobą zawiązane z niesamowitą siłą. W filmie mamy tylko dwóch aktorów i to wokół nich reżyser zbudował  psychologiczną grę, w której jak mniemam miał wziąć udział również widz. Rzecz dotyczy rozbitego małżeństwa, które po stracie dziecka wyrusza do domu w lesie, aby tam znaleźć spokój i ukojenie, a przede wszystkim wyleczyć się z depresji. Mąż, znany psycholog, rozpoczyna terapię i urządza seanse hipnozy mające na celu wydobyć z umysłu żony (jako matka najbardziej przeżywa śmierć syna) strach oraz ból, uwolnić ją od cierpienia.

Brzmi intrygująco? Niekoniecznie. Para jest absolutnie bezbarwna, szara, smutna, pod wieloma względami minimalistyczna w działaniach, przypomina łażące manekiny. Dialogi nie są może jakąś tragedią, ale same w sobie nie eksponują bohaterów, a o grzechach przeszłości dowiadujemy się z kilkuminutowego prologu z kopulacją w roli głównej. Przez resztę seansu nie jest wcale lepiej. Schemat „smęcenie, leżenie, rżnięcie” miesza się z idiotycznymi wstawkami ukazującymi biegającą sarnę wraz z wystającym płodem, a także gadającym lisem. Aby w pełni ogarnąć tak wykwintne pomysły reżysera należałoby się nieźle upalić. Niestety, narkotyków nie uznaję, więc sekwencje na łonie natury traktuję jako wytwór chorego umysłu Larsa von Triera. Aczkolwiek pierwsze 45 minut trzyma jakiś tam klimat, mamy do czynienia z kilkoma ciekawymi zabiegami (np. rękę w kleszczach) i pełną ascezą na ekranie. To co dzieje się później przejdzie do historii taniego porno.

Lars w końcówce funduje widzom kolejną część Piły połączoną z tanim erotykiem. Specjalnie dla Was streszczenie grande finale w wykonaniu von Triera: żona postanawia wyjść z domu i urządza pod drzewem masturbację, znajduje ją mąż i rozpoczynają akt miłosny. Po powrocie do chatki partnerka uderza go łopatą, zdejmuje spodnie, wali konia (z penisa tryska krew!), jeszcze raz uderza. Facet traci przytomność. Następnie żonka bierze wiertarkę, przebija mu nogę i montuje coś na wzór obciążnika, aby nie mógł się poruszać. Kobieta wychodzi z domu, a mąż odzyskuje przytomność i postanawia uciec. Znajduje schronienie w lisiej norze, zamieszkiwanej akurat przez jakiegoś ptaka. Gość bierze kamień i próbuje go zabić, ale dziwnym trafem po kilkudziesięciu uderzeniach zwierzak wciąż żyje. Żona bierze łopatę i zaczyna lać mężczyznę zasypując go w tej norze. Potem pomaga mu się wydostać z dziury. Akcja przenosi się do domku. Kobieta układa gościa na podłodze, bierze nożyczki i momentalnie odcina sobie łechtaczkę (wszystko widać…niestety). Mężczyzna wyciąga sobie z nogi pręt wraz z obciążnikiem, bierze żonę i spala ją na stosie. Koniec!

Podejrzewam, że jestem za głupi na to, aby dostrzec w stymulowaniu pochwy i trzepaniu kapucyna wielką sztukę i drugie dno. Niemniej Antychryst jest dla mnie gniotem wymykającym się jakimkolwiek granicom dobrego smaku. Znamienne jest, że takie slashery krytykuje się za bezsensowną przemoc i okrucieństwo, a kiedy podobne inicjatywy wysuwa Von Trier z miejsca okrzykuje się jego dzieła mądrymi i posiadającymi ukryte znaczenie. Antychryst przypomina nieco patelnię z przykrywką – podnieś ją, a ujrzysz zwykłą jajecznicę lub kawał mięcha. Z usmażonych jajek wyczytać mogę tylko usmażone jajka. Tak samo w zaserwowanej przez Larsa taniej prowokacji widzę tylko tanią prowokację. A przecież to mógł być film zgoła inny, ciekawszy, po prostu lepszy.

Read Full Post »

„Niestrawny miszmasz” to chyba najlepsze określenie dla Człowieka, który gapił się na kozy. Ni to komedia, ni nie wiadomo co. Właściwie to nie widzę w tym konkretnego celu, do którego zmierzał reżyser. Pomysł na fabułę wyrósł na niezwykłych przeżyciach żurnalisty Jona Ronsona, który swoje wspomnienia z wojny przelał na książkę. Na dokładkę mamy George’a Clooneya, Ewana McGregora, Kevina Spaceya i Jeffa Bridgesa w rolach głównych, a więc potencjał aktorski był ogromny. Szkoda, że zmarnowano go w tak kiepski sposób.

Historia obraca się wokół dziennikarza Boba Wiltona, który przygnieciony życiowym nieszczęściem (odejściem żony do kalekiego przełożonego) postanawia wyjechać do Iraku. Na miejscu spotyka intrygującego Lyna Cassidy, który zdradza pismakowi, że jest na tajnej misji… i zabiera go ze sobą. Dziwnie zachowujący się jegomość wyznaje, że jest byłym uczniem New Earth Army – propacyfistycznego programu do treningu żołnierzy posługujących się zdolnościami paranormalnymi. I tak,  jednostki potrafią przenikać przez ściany, przewidywać przyszłość, czytać w myślach wroga, generalnie robią wszystko, tylko nie strzelają z broni. Oczywiście całość podlana jest groteskowym sosem i czarnym humorem. Nie ukrywam, że do tak wysublimowanego stylu wybrałbym na stołek reżysera braci Coen. Oni by wycisnęli z tej materii wszystkie pozytywy. Tymczasem ekranem włada tylko chaos i fabularna, niezrozumiała plątanina.

Film przez to traci na wartości i pewnej integralności. Mimo ciekawych postaci na pierwszym i drugim planie historia wydaje się wyjęta z umysłu jakiegoś naćpanego wojaka, który całe dnie spędzał na czyszczeniu broni i podawaniu butelek z wodą na stołówce. Naturalnie czuć tu inspirację Wietnamem i Pustynną Burzą (już sama postać Billa Django to wypisz-wymaluj kwiat amerykańskiego społeczeństwa lat 70.), ale gdy dochodzimy do finału tej opowieści nietrudno zapytać „O co tu chodziło?”. Bo jak wspomniałem, fabuła to jeden wielki bełkot.

Człowiek, który gapił się na kozy broni się praktycznie tylko w kilku fragmentach – wariującym po LSD garnizonie, szkole tańca New Earth Army oraz wszystkich scenach z generałem Hopgoodem. Reszta pomysłów wydaje się spalona. Nawet niezłe kreacje Clooneya i Spaceya nie są w stanie wyciągnąć obrazu z marazmu i nijakości. Wyszła taka w sumie cienizna o niczym, którą radzę omijać.

Read Full Post »

Głód

Właśnie obejrzałem wielki film w reżyserii debiutanta. Utarło się, że każdy żółtodziób niesie ze sobą bagaż typowych wpadek narracyjnych czy realizatorskich. Tym razem jest dokładnie odwrotnie. Głód to obraz ociekający surowizną i mistrzowskim operowaniem formą. To przykład kina, które ma szokować i to robi, do tego we właściwy sposób – atakuje fizycznością, realizmem, odwagą . Ale tu z kolei wkracza kolejny dylemat widza – brak wyraźnego podziału na złych i dobrych, przyjaznych i wrogich. Z jednej strony mamy sadystycznych strażników więziennych pracujących dla nacjonalistycznego aparatu państwowego, z drugiej członków kontrowersyjnej organizacji IRA, która swoje niezadowolenie sytuacją polityczną wyraża buntem i terrorem. Steve McQueen z zimną krwią zostawił mnie pośrodku tego konfliktu.

Burzliwe realia roku 1981 w Irlandii Północnej zostały przez brytyjskiego reżysera sportretowane dość skromnie, co zresztą idealnie wpisuje się w cały styl opowieści. To co najważniejsze, rozgrywa się za murami więzienia. Grupa przetrzymywanych członków IRA pod przewodnictwem Bobby’ego Sandsa rozpoczyna protest mający na celu uzyskanie statusu więźniów politycznych i polepszenie warunków. Kiedy zawodzą podstawowe środki, Sands wraz z innymi zaczyna stosować coraz drastyczniejsze metody – mazanie ścian kałem, wylewanie moczu przez drzwi na korytarz czy też kompletny brak higieny. Naczelnik mamra nie pozostaje dłużny i urządza osadzonym hardkor-bitkę i osobistą rewizję połączoną z penetracją… dobra, ten kto ma mocne nerwy ten dotrwa do tego fragmentu.

Realizm w rękach McQueena to doskonała broń do ukazania pewnych niezaprzeczalnych faktów, w tym tytułowego głodu, który staje się ostatecznym ruchem Sandsa ku walce o pewne idee. Michael Fassbender wyrasta na jednego z lepszych aktorów swojego pokolenia, a ten film jest tego dowodem. Wychudzona sylwetka bohatera i ciężkie spojrzenie hipnotyzują i jednocześnie podrażniają wzrok (coś na wzór Bale’a z Mechanika). Ale największe wrażenie ów aktor robi w długiej, nieprzerwanej przez montażowe cięcia scenie rozmowy z księdzem, która trwa dobre 20 minut.

Ilekroć sobie przypominam sekwencje znęcania się nad więźniami i realizatorską perfekcję, nachodzi mnie myśl, że McQueen zrobił film mocarny od każdej strony. Tu wszystko ma swoje uzasadnienie. Każde słowo, każdy gest, każdy cios pałą i każda kałuża moczu. Całość dopieszczona do ostatniego szczegółu pozostawia interpretację postaci Sandsa widzom. Ale tylko tym, u których nieprzyjemny widok robaków wyłaniających się z zepsutego żarcia nie wywołuje uczucia złego smaku.

Read Full Post »

Kryzysowo w chmurach

Jason Reitman urządza Amerykanom prawdziwą drogę przez mękę. Jego filmy przesiąknięte cynizmem i czarnym humorem (jak choćby Dziękujemy za palenie) przedstawiają pokolenie z przetrąconym kręgosłupem obyczajowym i bólem, którego jakoś nie chcemy odczuwać licząc, że ktoś poda dłoń i pomoże wyjść z życiowego zakrętu. W ten pogłębiony przez nieporządek koszmar twórczość Reitmana wgryza się wyjątkowo skutecznie. W chmurach rozprawia się z tym, czym Ameryka żyje od roku – wszechobecnym kryzysem, będącym skutkiem nieudolnej polityki pieniężnej i dekadenckiego stylu życia.

Główny bohater to spec od zwalniania ludzi. To nietypowa fucha wymagająca odpowiedniego podejścia, aczkolwiek obarczona pewnymi zasadami. Kontakt z delikwentem kończy się na wręczeniu folderu z ofertą kariery na przyszłość. Zero rozmów prywatnych, pełna bezwzględność wobec zainteresowanego – jesteś zwolniony, nie ma Cię, nara. Ryan Bingham lata po całym kraju (lata to mało powiedziane, zobaczycie film to zrozumiecie:)), wchodzi do firm i przekazuje złe wieści pracownikom. Kryzys gospodarczy to dla niego raj. Gdy inni kończą pracę, on dopiero zaczyna. Reitman po raz kolejny wkracza na delikatny grunt i traktuje temat z pewną lekkością. Ryan Bingham o twarzy George’a Clooneya to idealny przykład faceta, który całe życie spędził na walizkach nie zauważając, że na polu prywatnym przeżywa nie mniejsze porażki niż odprawiana z kwitkiem siła robocza.

Oczywiście Ryan na swojej drodze musi spotkać piękną koleżankę po fachu, a także zmagać się z nową generacją pracowników, która stawia bardziej na technologię niż konfrontację face-to-face. Ten precyzyjnie skonstruowany trójkąt bohaterów dostarcza wielu ciekawych obserwacji i wniosków. Nawet najlepiej wyedukowana młodzież nie może zastąpić doświadczenia wyrafinowanymi środkami, a poświęcenie życia osobistego kosztem zarobku kończy się wewnętrzną pustką – nie ma nawet o czym porozmawiać z rodziną, bo widzisz ją tylko kilka dni w roku. A gdy dojdzie do Ciebie, że kilkadziesiąt lat zmarnowałeś na tułaczce za nie wiadomo czym może już być za późno.

Reitman podszedł do kryzysu amerykańskiego tak, że mucha nie siada. Nie zastosował tanich chwytów wywołujących potok łez nad rozlanym mlekiem. W chmurach to obraz grający na emocjach sinusoidalnie. Jest słodko i romantycznie, innym razem gorzko i pesymistycznie. Ten miks gatunkowy wypada bardzo dobrze i co najważniejsze – wiarygodnie. Ilu tak wyrachowanych drani jak Clooney jest na świecie?

Read Full Post »

Matt Dillon, Laurence Fishburne, Jean Reno, 42 miliony dolarów, kradzież. Armored na papierze wygląda bardzo obiecująco. Jeszcze ciekawiej wygląda przypadek reżysera Węgra Nimroda Antala, który wychowany na kinie europejskim zaczyna mącić w Ameryce i aktualnie kończy prace nad długo wyczekiwanym Predators. Taki wabik działa na mnie jak płachta na byka, bo klimat heist-movies (czyt. filmów o rabowaniu) łykam jak natchniony i nie daruję jeżeli jakiś element produkcji po prostu zawodzi.

W przypadku Armored elementów doprowadzających do pokebabowej zgagi jest kilka. Kuleje przede wszystkim powaga sytuacji, a raczej jej brak. Uczestnicy rabunku (ochroniarze pancernego furgonu) to dojrzali mężczyźni z wypisanym na twarzach doświadczeniem w zawodzie. Jednocześnie to prawdziwi harcerze – nie klną nawet w sytuacjach tego wymagających, zwłaszcza gdy akcja i jej przebieg NAWALAJĄ po całości. Nasze druhy lubią też stawiać siebie w naprawdę ekstremalnych okolicznościach, bez ingerencji osób trzecich. Ale tak naprawdę zawodzi sam koncept – jaki jest sens werbować do kradzieży świeżego, krystalicznie czystego kolesia? Nie lepiej zawinąć dolary i 2 tygodnie później później przekazać kilkanaście tysięcy baksów kumplowi w prezencie pod pozorem wspólnej zrzutki, kredytu etc.? Jeżeli w ramach przeciwwagi dla „złych chłopców” wrzuca się do historii taką postać, to niech chociaż będzie ona należycie rozbudowana i umotywowana. A co mamy w Armored? Totalne spłycenie emocjonalne i nijakiego bohatera pozytywnego.

Przy tak na maksa wypaczonym przez głupotę scenariuszu ciężko zawiesić oko na aktorstwo. Dillonowi brakuje kilkudziesięciu soczystych fucków w wypowiadanych kwestiach, zachowuje się jak nastoletni grzdyl z zarostem…tfu cofam to, nastolatki potrafią przeklinać lepiej niż dorośli. Kompletną pomyłką jest występ Jeana Reno, a Fishburne tuła się po ekranie jak pajac, cieszy się jak dziecko, a w decydujących momentach trzyma poziom totalnego amatora. Bym zapomniał – ostatnie 25 minut tego łajna to megakuriozum, którego nie wymyśliłby nawet przeciętny analfabeta z gimnazjum. Dochodzi nawet do jednego bezsensownego samobójstwa, po którym złapałem się za głowę i zacząłem odliczać minuty do napisów końcowych. Ktoś w ogóle myślał jak pisał ten skrypt?

Reasumując, film poległ już na etapie scenariusza, a nienadzwyczajna reżyseria Antala tylko pogrzebała Armored na dobre. Jedyną zaletą jest tu dość krótki czas projekcji i niezłe zdjęcia. Nie mniej szkoda, że fajny pomysł wyjściowy zmienił się w nieoglądalny szajs. Obraz Antala irytuje nie tyle irracjonalnym zachowaniem bohaterów co ogólnym wpasowaniem się w progimnazjalny nurt sensacyjny, który nigdy nie sprawdzi się jako poważne kino.

Read Full Post »

Mimo, że nie zostałem zwalony z nóg i pozostawiony z opadniętą szczęką to i tak darzę Terry’ego Gilliama ogromnym szacunkiem, a jego najnowszy film polecam. Były członek ekipy Monty Pythona zmagał się przy produkcji Parnassusa z rozmaitymi kłopotami, w tym śmiercią Heatha Ledgera, która wymusiła zmiany w scenariuszu. Na całe szczęście projekt został uratowany (a był bliski kasacji) i nawet ma on ręce oraz nogi. Godnie wieńczy karierę nieżyjącej gwiazdy Mrocznego rycerza i udowadnia, że Ledger miał niezwykły talent, który wymagał jedynie wolności twórczej.

Parnassusowy epizod Ledgera należy więc zapisać po stronie zalet obrazu Gilliama, bo Tony w jego wykonaniu to delikatnie zagubiony dżentelmen-krętacz z niezwykłym wdziękiem. A co ciekawe, pierwsza scena ze zmarłym aktorem przedstawia go wiszącego na szubienicy. Może i niezbyt to taktowne, aczkolwiek udowadnia, że reżysera nie obowiązują sztucznie nakreślone granice moralności. Robi po prostu swoje. Postać Tony’ego z początku jest chaotyczna i roztrzepana, potem powoli i mozolnie dochodzi do ładu, aż wreszcie zdobywa sympatię widza. To on wstępuje do abstrakcyjnej trupy artystycznej Parnassusa objeżdżającej Londyn, to on zachęca ludzi do oglądania dziwacznych spektakli. Wreszcie to Tony staję się ważnym elementem w zawartym przez Parnassusa pakcie z diabłem.

Pomijając walory fabularne natkniemy się tu na starego, poczciwego Gilliama. Pythonowski humor, filozofia życiowa, a nawet typowe dla niego eksperymenty mieszania archaizmów ze współczesnością wywołują może nie salwy śmiechu, ale delikatny uśmiech. Terry przedstawia rzeczywistość bardzo przewrotnie, z odwagą ukazuje nasze instynkty i marzenia. Stawiane na scenie  lustro pełni funkcję wrót do głowy doktora i jego fantazji. Tylko, że bilet do świata wyobraźni starszyzny nie uwzględnia sprzedania duszy. Dlatego wszyscy kończą jako szczęśliwi ludzie – wychodzą z tej ułudy bez poczucia sumienia.

Imaginarium of doctor Parnassus jest powrotem Gilliama do formy i jego artystycznych kaprysów. To film dziwny i przeznaczony dla wąskiego grona odbiorców, jednocześnie bardzo atrakcyjny wizualnie i aktorsko (zastępcy Ledgera wypadają solidnie). Z pewnością będzie polem do różnych analiz, gdyż nie sposób pojąć niektórych pomysłów za pierwszym razem. A tym, którzy uważają, że wiedzą o Parnassusie wszystko gratuluję – jesteście lepsi od samego reżysera.

P.S. W końcówce filmu Gilliam składa Ledgerowi mały hołd. Super sprawa.

Read Full Post »

Older Posts »