Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2009

2010 – co nas czeka?

Kiedy przychodzi mi spojrzeć na kończący się rok 2009 to nasuwa mi się tylko jedna myśl – to był w cholerę dobry rok dla kina. Zaskoczyli nas Watchmeni, nadzieję na odrodzenie science-fiction w nasze serca wlali Blomkamp (Dystrykt 9) i Jones (Moon). Kolejnym ważnym wydarzeniem był nowy film Manna – Wrogowie publiczni. Ponownie klasę udowodnił Cameron swoim Avatarem, na który tak wszyscy czekali. Triumfalnie przez sale kinowe przeszedł nowy obraz Quentina Tarantino. Pojawiły się też super niespodzianki, o których istnieniu dowiedziałem się przypadkowo – The Hurt Locker, 500 days of Summer. W gatunku komedii zarządził świetny Kac Vegas. Oczywiście zdarzały się też zakalce pokroju Terminatora: Ocalenie i 2012, ale kto o nich będzie pamiętał? 2010 rok zapowiada się niezgorzej. Nie wierzycie?

Koniecznie do obejrzenia:
Wyspa skazańców – za kamerą Martin Scorsese, w roli głównej Leo di Caprio. Historia oparta na bestsellerowej powieści Dennisa Lehane’a.
Green Zone – tandem Greengrass-Damon zabiera nas do Iraku. R-rated kino wojenne w stylu trylogii Bourne’a.
Inception – nowy film Chrisa Nolana. To zawsze brzmi intrygująco.
Tron Legacy – Tron wraca po 28 latach przerwy! Do tego w 3D!
Robin Hood – kolejna wariacja Janosika z lasów Sherwood, ale warta przyjrzenia się z bliska z błahego powodu: reżyseruje Ridley Scott, a w roli głównej wystąpi Russel Crowe.

Warto czekać:
Clash of the Titans – mitologia grecka z Liamem Neesonem, Samem Worthingtonem oraz Izą Miko (w małej roli).
The Expendables – Stallone zaprasza gwiazdy kina akcji lat 80. do wspólnej rozwałki.
Parnassuss – ostatnia rola Heatha Ledgera oraz zwariowany świat Terry’ego Gilliama. Da radę?
Edge of Darkness – wielki powrót Mela Gibsona.
The Road – brudna, brutalna, pozbawiona nadziei postapokalipsa na podstawie książki Cormaca McCarthy’ego.

Wielka niewiadoma:
Wolfman – mnóstwo reshotów, dokrętek i problemów na planie, wymiana reżysera również. Co z tego wyjdzie?
A-Team – jak ja bym chciał, aby im się udało…
Predators – jak przeczytałem skrócony opis scenariusza to mnie skręciło. No ale to Rodriguez.
Toy Story 3 – ile można? Choć to wciąż Pixar.
Prince of Persia: The Sand of Time – zwiastun oraz główny bohater nie przypasili mi za bardzo, ale to wciąż może być fajna przygoda.

Oczywiście powyższa lista jest mocno uszczuplona. Na 100% pojawią się równie ciekawe, trochę niszowe pozycje o których jeszcze się nie mówi lub są w fazie wczesnej produkcji. Tak czy siak życzę sobie i Wam, aby kolejny rok nie był gorszy od poprzedniego. Ahoj!

Read Full Post »

Cameron i jego Avatar

4 lata – tyle czasu minęło od chwili, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Project 880, przemianowanym później na Avatar. James Cameron czekał z realizacją tego filmu kilkanaście lat. Gdy przyszedł do decydentów Foxa w 1995 roku z gotowym scenariuszem Ci odesłali go z kwitkiem. W rezultacie James otrzymał 11 Oskarów za Titanica, zgarnął spory procent z prawie 2-miliardowego zysku z box office i wycofał się z branży. Puste lata przeznaczył na dopracowanie technologii 3D, której systematycznie używał w dokumentach o morskich głębinach. Anegdota głosi, że po zobaczeniu postaci Golluma w Dwóch Wieżach odkurzył swoje marzenia o Avatarze. W końcu w 2005 roku ruszyły pierwsze prace nad filmem, a w 2007 właściwe zdjęcia. Resztę skrywano skrzętnie przed ciekawskimi.

Zanim przystąpię do recenzowania Avatara wspomnę, że Cameron to jeden z moich „bardziej” ulubionych reżyserów. To na jego filmach wychowałem się, to jego filmy ukształtowały mój gust odnośnie kina akcji, wreszcie to jego oba Terminatory należą do systematycznie odświeżanych przez ze mnie pozycji. Dlatego też na Avatara szedłem z głęboką nadzieją, że Jim pomimo 12-letniej przerwy nie zatracił formy i podarował widzom kawał fajnego widowiska, które będzie równie rozpoznawalne co Obcy: decydujące starcie, Titanic czy Prawdziwe kłamstwa, że też o przygodach zabójczego Arnolda w LA nie wspomnę.

Bez zbędnego pier….nia – Avatar wbija w fotel. Od pierwszego ujęcia powala wizjonerstwem i pomysłowością. Pod względem realizacji nowy obraz Camerona robi to dla kina XXI wieku co Terminator 2 dla lat 90 – rozszerzył znaczenie efektów specjalnych do miana środków przekazu, a nie ozdobników. Film został zrealizowany w proporcjach 40% live action – 60% CGI i uwierzcie mi – jest to pierwszy taki przypadek, kiedy obie metody doskonale się uzupełniają i przenikają. Sztucznie wykreowane środowisko Pandory, flora i fauna oraz postacie Navi prezentują niewiarygodny poziom realizmu. Dokładając do tego fenomenalne oświetlenie (sceny nocne!) otrzymujemy tętniący życiem świat, który traktujemy jak prawdziwy. To ogromny sukces Camerona jak i speców od efektów specjalnych. Secundo, od lat animacje ludzi, czy też kosmitów borykały się z problemem mimiki twarzy. Avatar przekracza tę granicę i ustala nowy standard. Po raz pierwszy bohaterowie wykreowani w stacjach graficznych potrafią przekazać widzom jakieś emocje. Po pewnym czasie przestałem traktować Navi jak wytwór umysłu Camerona. Stali się prawdziwymi aktorami z charakteryzacją.

Nie zawodzi również dynamika filmu. Należy pamiętać, że dzisiaj widownia zapamiętuje głównie to co łatwe, szybkie, błyskające i głośne. Cameron na szczęście pozostał dobrym story-tellerem i potrafi sprzedać fajnie również to, co z pozoru wydaje się jedynie uzupełnieniem historii. Reżyser przedstawia bowiem proces szkolenia Jake’a na prawdziwego Navi oraz powolne zaognianie konfliktu między tubylcami, a przybyszami. Jawi się tu oczywiście plagiat Tańczącego z wilkami oraz Pocahontas, aczkolwiek przypomnijmy sobie z jakimi historiami miał do czynienia James wcześniej – prostymi, przewidywalnymi, poprowadzonymi od punktu A do B. Avatar nie jest wyjątkiem, a bardziej sprawdzonym schematem zbudowanym z trochę innych niż zwykle klisz.

Mimo, że seans Avatara trwa prawie 3 godziny to jednak czuję w nim pewne braki i niedociągnięcia. Na pierwszy rzut idą postacie – bardzo standardowe i przedstawione trochę po łebkach. Każdy z aktorów odgrywa swoją partię na tyle, na ile pozwala mu czas ekranowy. Jest dobry Jake (Worthington), jest niespełniona matka-naukowiec Grace (Weaver), jest nerdowski asystent Norm, zły Quarritch, bohaterska Trudy i Neyriti – przedstawicielka Navi. Najbardziej odczuwalny jest brak trochę szerszych relacji między poszczególnymi bohaterami. Widoczne jest to zwłaszcza w postaci Jake’a, z którego można było wycisnąć coś więcej aniżeli kalekiego żołnierza rozdartego między lojalnością wobec RDA, a miłością (w tym przypadku bardzo delikatnie poprowadzoną) do księżniczki Navi. W niektórych momentach wydaje się, że film jest troszkę rwany (zwłaszcza na początku) co jest zapewne winą montażu na potrzeby wersji IMAXowej. Na szczęście płynność fabularna zostaje później zachowana. Mimo sztampy historia wciąga.

Słówko o 3D, bo na taki seans zakupiłem bilet. Trójwymiar w wykonaniu Camerona kopie tyłek. Znakomita głębia obrazu w połączeniu z wyeksponowanymi sylwetkami bohaterów na pierwszym planie daje złudzenie uczestniczenia w środku sceny. Jest to coś innego niż tradycyjne 3D nastawione bardziej na wyskakiwanie pojedynczych elementów z ekranu. Avatar to prawdziwe okno na świat Pandory i jej środowiska. Warto było czekać na tą mityczną jakość i w sumie mogę tylko podpisać się pod stwierdzeniem, że obraz Camerona to realizacyjna rewolucja i niezwykłe przeżycie.

Paradoksalnie nie jest to najlepszy Cameron z jakim miałem do czynienia w swoim życiu. Avatara stawiam minimalnie wyżej niż Titanica, ale poprzeczki Terminatora i Aliens nie przeskakuje w żadnej sekundzie. To wizualny majstersztyk jakiego jeszcze świat nie widział, ale fabularnie jest to obraz odtwórczy, choć dziwnie wciągający i fascynujący. Jeśli przymknie się oczy na pewne niedociągnięcia to wyjdziemy z seansu pozytywnie nakręceni. Jeżeli po coś stworzono kino rozrywkowe, to jest to właśnie Avatar. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Read Full Post »

Saper myli się tylko raz

Każdy ma swoje hobby. Jedni lubią łowić ryby, drudzy nie mogą opędzić się od wizytacji stadionu przy okazji meczu, trzeci lubią wypić sobie piwko przez telewizorem, jeszcze inni bawią się numizmatyka. Mówi się, że dodatkowa pasja podgrzewa w człowieku chęć do życia. Ja się z tym zgadzam w całej rozciągłości. Niestandardowe zajęcia odrywają Nas od codziennej rzeczywistości, przepełnionej kibelkowatą szarzyzną. Po obejrzeniu The Hurt Locker zjawisko pasji docenicie jeszcze bardziej.

Główny bohater filmu jest saperem, który przyjeżdża do Iraku na ostatnie trzydzieści-kilka dni służby amerykańskiej kompanii Bravo. Codzienność w Bagdadzie pozornie nie różni się od tego co widzimy przy okazji relacji telewizyjnych. Ot jakiś wybuch, śmierć kolejnego żołnierza, akcje na tyłach wroga o których dowiadujemy się po fakcie itd. A jednak The Hurt Locker robi z tego w-y-d-a-r-z-e-n-i-e i jakkolwiek byłem przygotowany na zestaw film wojenny + tematyka bliskiego wschodu to jednak po zobaczeniu napisów końcowych poczułem gorzki smak niewiedzy. Bo THL uświadomił mi, że gówno wiem o tym co się tam naprawdę dzieje.

Wracając do naszego sapera… To super kolo, bardzo naturalnie zachowujący się chłop. William James to typowy amerykański obywatel wywodzący się małomiasteczkowego środowiska. Ma jednak niezaprzeczalną zaletę – lubi to co robi. Rozbrajanie bomb to jego życiowy ogień, coś bez czego nie może egzystować. Podczas gdy inni na widok IEDa srają w majty on przywdziewa swój kewlarowy kombinezon i dumnie kroczy środkiem ulicy. Przy czym jego działania nie mają charakteru komediowego. W każdym geście, kroku i ruchu ręką oddano prawdziwą moc charakteru i pewność siebie. James ma skłonności do egoizmu, ale jest to egoizm bardzo pożyteczny. Jak sam mówi w beznadziejnym przypadku samochodu-pułapki – „Jeżeli mam zginąć to chcę czuć się przynajmniej komfortowo”, po czym zdejmuje uwierający go w jaja strój i przechodzi do akcji w żołnierskim mundurze.

The Hurt Locker ponadto posiada absolutnie mistrzowskie sceny rozbrajania ładunków. Każda taka sekwencja nafaszerowana jest niesamowitym napięciem i sfilmowana została z niezwykłą precyzją. Włos staje dęba kiedy przychodzi James’owi zmierzyć się „ukrytą” bombą w zbombardowanym szpitalu. To właśnie wyróżnia dobre filmy od złych – czasem minimalizm środków generuje większe emocje niż przesyt detalami. Budżet 11 milionów dolarów w tym przypadku został zrealizowany wzorcowo. The Hurt Locker to jednak nie tani moralizator służący do potępiania wojny w Iraku. To przede wszystkim panaceum na cały chaos rozgrywający się wokół tego konfliktu. Historia amerykańskiego sapera pozwala widzowi zrozumieć, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Podczas gdy William w Bagdadzie musi na co dzień balansować między życiem, a śmiercią, My z dala od tego zgiełku decydujemy jedynie czy kupujemy płatki czekoladowe czy zwykłe musli. A to adrenaliny nam podnosi.

Paradoksalnie tak męski, brudny, przepełniony wojną obraz stworzyła kobieta – Kathryn Bigelow. Nie mam pojęcia skąd czerpała wiedzę na temat relacji między żołnierzami, ale uwierzcie mi – z zadania wywiązała się o wiele lepiej niż większość facetów na stołkach reżyserskich. The Hurt Locker w wielu momentach ociera się o geniusz, mimo wszystko za drobną wpadkę z epizodem detektywistycznym obniżam ocenę o pół oczka. Aczkolwiek to wciąż kino wyborne, żeby nie powiedzieć kopiące w światopoglądowy zadek.

Read Full Post »

W jednej scenie grany przez Nicolasa Cage’a detektyw przetrzepuje młodą parę w celu znalezienia narkotyków. Kiedy z kieszeni mężczyzny wypada fajka do palenia trawki zaczyna się ostra wymiana słów zwieńczona ulicznym seksem oficera Policji z kobietą. A wszystkiemu przypatruje się jej partner. Już kumacie te klimaty? Początek Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans jest bardzo obiecujący – zalany komisariat, za oknem wariujący huragan Katrina, tkwiący za kratami więzień, a nad nim dwójka stróżów prawa szyderczo odnoszących się do błagań gościa o ratunek. W końcu jeden z nich – Terrence McDonagh w osobie Nicolasa Cage’a właśnie –  skacze do wody i… kończy w szpitalu. Za odwagę zostaje jednak nagrodzony awansem na porucznika, przy czym promocja to dla niego początek problemów. Większym zmartwieniem jest uzależnienie od prochów i morderstwo senegalskiej rodziny.

Zły porucznik to inspirowany obrazem z 1992 o tym samym tytule film znanego i cenionego Wernera Herzoga, który od kilku lat kręci tylko w USA. Za główny punkt fabuły niemiecki reżyser obrał postać Terrence’a i jego problemy ze zwichrowanym postrzeganiem rzeczywistości. To właśnie detektyw staje się motorem napędowym wszystkich wydarzeń na ekranie. Jest to człowiek cyniczny, nieprzewidywalny, lubiący trochę „przygrzać w nos”, aczkolwiek skuteczny w swoich działaniach. Cała gama stanów emocjonalnych tej osoby to główny atut produkcji Herzoga. Nie trudno zgadnąć, że widz takiego policmajstra polubi, bo jest to idealnie skrojony bohater, w sam raz pasujący do mało poważnej sensacji.

Kiedy jednak ochłoniemy po wygłupach Cage’a dojdziemy do wniosku, że z filmu pozostało tak naprawdę niewiele. Główna intryga? Wątki rwą się w połowie. Ciekawy drugi plan? Background historii jest bardzo skromny, aby nadrobić scenariuszowe braki. W konsekwencji nie mam wątpliwości, że skrypt był pisany tylko i wyłącznie pod postać McDonagha – Cage to najciekawiej poprowadzony aktor w tym filmie, gdyż jest jedyną, pełnokrwistą jednostką. Cała reszta, na czele z szefami gangów (wśród nich Xzibit) zasługuje na ocenę mierną. No dobra, Eva Mendes jeszcze zaplusowała, ale z innych względów niż chodzący wiecznie na haju Cage z głupią fryzurą.

W rezultacie Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans wydał mi się filmem bardzo średnim. Nie pomogła tu całkiem ciekawa sceneria odbudowującego się po katastrofie Nowego Orleanu. Nie pomogły również różne liczne tropy i drugoplanowi bohaterowie. Nic oprócz jazd McDonagha nie jest warte przyjrzenia się obrazowi Herzoga z bliska. To miałka, źle wyważona opowieść sensacyjna. Ale z fajnym (wreszcie!) Cagem w obsadzie.

Read Full Post »

Wygodny fotel, paczka chipsów z Biedronki oraz chłodny browar – wymagane akcesoria do spędzenia wieczoru przy Virtuosity. Akcja filmu toczy się w przyszłości. Niezbyt dalekiej, obstawiam nawet, że tej bliższej niż dalszej. Organizacja LETAC pracuje nad systemem wirtualnego pola walki, który pozwoli wyszkolić oficerów Policji w walce z groźnymi przestępcami. Specjalnie na potrzeby treningu programiści tworzą komputerową jednostkę o nazwie SID 6.7, który staje się prawdziwą cyber-zmorą dla stróżów prawa w potyczkach z przestępcami. Jednym z użytkowników testowych jest odsiadujący wyrok były policjant-wdowiec, który stracił niedawno partnera właśnie w trakcie ćwiczeń w systemie. Tymczasem autorzy programu przypadkowo przenoszą SIDA 6.7  do rzeczywistości, a ten niepohamowany swoim syto zbudowanym z dwustu osobowości charakterem zaczyna masakrować wszystko dookoła i rusza na podbój Los Angeles. W ślad za nim podąża zresocjalizowany pies z gnatem w łapie i asystentką u boku.

Już sam pomysł przeniesienia wirtualnej jednostki do naszego świata zahacza o niewiarygodną wręcz głupotę. Reżyser zdaje się tak logicznych konfliktów nie zauważać i stara się oprawić genezę syntetycznego kryminalisty w jakieś sensowne argumenty. Po części to mu się udaje (android zbudowany z nano-robotów hehehe), ale i tak przegrywa ze zdrowym rozsądkiem. Jeżeli przebolejemy ten motyw to czeka Nas super zabawa.

Obsada Virtuosity to absolutny top jaki można sobie wymarzyć. W roli psychopatycznego zbrodniarza ujrzymy młodziutkiego Russella Crowe’a. Jeszcze nie splamionego Hollywoodem, na długo przed Gladiatorem, Oskarami i innymi bzdetami. Partneruje mu wiecznie spocony i zmęczony Denzel Washington. Obaj mogliby dzisiaj śmiało obejrzeć ten film razem przy szklance dobrej whisky i powspominać stare czasy, a przy okazji pośmiać się z kilku rzeczy. Nie zdziwiłbym się gdyby podczas seansu sypnęli dialogiem:

Denzel: Te Russell, spójrz w czym kiedyś zagraliśmy.
Russell: O kurwa…

Każdy ma swoje dobre jak i złe produkcje. Zarówno Crowe jak i Washington powinni Virtuosity wpisać po stronie tych najśmieszniejszych, albowiem przez bite 90 minut projekcji banan nie schodził mi z twarzy. A wszystko to przez dysonans zachowań bohaterów po obu stronach barykady: Denzel z bardzo poważną miną, biegający po mieście ze spluwą stróż prawa oraz Russel – pajac o zwichrowanej psychice, totalny socjopata i gbur.

Virtuosity jest jedną wielką kopalnią magicznych tekstów SIDA 6.7. Crowe bawi się rolą, czasem ją nadmiernie przerysowuje i wychodzi na klauna. Z drugiej strony spokój Denzela w prowadzeniu sprawy zdaje się obniżać humorystyczny wydźwięk fabuły. Mimo wszystko trudno nie zachichotać, gdy okazuje się, że jedna z osobowości zaprogramowanych w głowie antagonisty to sam Adolf Hitler 🙂 Tak… to jest ten film, który należy obejrzeć albo po procentach albo po czymś grubszym, lub po prostu potraktować jako absolutną zgrywę z cyberpunku. Polecam, a co!?!

Read Full Post »

Masakra, smutek, zgrzyt zębów, dół i jeszcze raz masakra – to były moje pierwsze odczucia po przeczytaniu kilku wyrywkowych opinii na temat nowego filmu Zombiego. Halloween 2 dostaje baty od widzów jak cholera, a jako obraz zebrał od krytyków soczystego buta w ryj, niczym jedna z ofiar Michaela Myersa. Ja kibicuję Robowi do końca, bo jako jedyny spróbował czegoś nowego, w 100% autorskiego. Halloween 2 bowiem to nie jest zwykły sequel moi mili, a przynajmniej nie tak standardowy jakby się mogło wydawać. Właściwie nie wiem jak określić to z czym wyskoczył Zombie w roku Pańskim 2009, bo chyba H2 przekroczył zarówno oczekiwania moje jak i fanów serii. To najambitniejszy slasher jaki kiedykolwiek widziałem.

Zombie zmierzył się z legendą Carpentera już przy okazji pierwszej części. Nie skopiował pomysłów połączonych z odświeżoną realizacją tylko konsekwentnie zbudował otoczkę mordów Myersa po swojemu. Wielu widzom nie spodobał się styl Zombiego, tak mocno odbiegający od typowej, młodzieżowej sieczki. Rob bardzo dużo miejsca poświęcił bohaterom, ich psychice i zachowaniom. Nadał postaciom odpowiednią głębię, dzięki czemu z pozoru proste charaktery Michaela i jego siostry Laurie zyskiwały na wiarygodności. Szczegółowo zbudowana przeszłość seryjnego mordercy dawała tropy odnośnie motywów i celów działań kultowego rzeźnika. Wszystko to polane zostało charakterystyczną dla Zombiego klimatyczną zgnilizną i syfem oraz niewyszukanym językiem.

W Halloween 2 Zombie idzie o krok dalej. Mimo, że fabuła kontynuuje historię z poprzednika to całość prezentuje się pod kątem nastroju zgoła odmiennie. Reżyser bardzo płynnie balansuje między jawą, a snem nic nie sugerując widzowi, ale podrzucając kolejne wskazówki. Wskazówki, które stają się nierozerwalnym elementem psychiki bohatera. I to z pewnością jest główny powód porażki filmu za oceanem. Po prostu ludzie nie lubią komplikacji w czymś tak prostym jak filmowy ubój. Natomiast Rob wrzuca gatunek slashera na ambitniejszą półkę, nadając poszczególnym ranom kłutym artystyczny wydźwięk. Tak działali najlepsi mordercy w kinematografii – John Doe w Siedem, Ryder w Autostopowiczu czy Lecter w Milczeniu owiec. Mimo, że Myers stosuje prymitywne metody zabijania to  jest w tych zabójstwach coś potwornie magicznego i przemyślanego.

Zombie nie bał się również zerwać z tradycyjnymi elementami serii. Brak motywu muzycznego doskonale podkreśla autorską wizję reżysera i próbę oddzielenia swojego Halloween od Halloween Carpentera. Co więcej, niektóre pomysły wydają się szalone i przypominają stąpanie po polu minowym. Przykładowo, Myers od czasu do czasu zdejmuje maskę ukazując swoje prawdziwe oblicze. Jak odebrali ten koncept fani? Nie trudno zgadnąć – zrugali Zombiego. Tymczasem ja go pochwalę. Nie za odwagę (bo to byłoby proste), a za idealne wkrojenie tej idei w akcje Michaela, który nie jest już stąpającym po polach pajacem z nożem w łapie, a pełnokrwistym mordercą kryjącym twarz tylko w trakcie aktu przemocy. Niby normalka, a jednak kłóci się z kanonem Halloween, co w sumie mi zwisa i powiewa. Filmy Roba Zombie traktuję jako fantastyczny odłam.

Nie da się ukryć, że sam film skupia się na postaci Laurie Strode. To ją widzimy przez większość czasu, to wokół niej reżyser konstruuje historię i wreszcie to ona jest celem samego Michaela Myersa, który musi przebyć dziesiątki kilometrów, aby dorwać ofiarę. Problemy z jakimi zmaga się Laurie są typowe dla osób z traumatycznym przeżyciem – niepokojące sny, rozmowy z psychiatrą i brak szerszej akceptacji w środowisku tylko pogłębiają aspekt charakterologiczny. Zombie pocisnął po bandzie jak się tylko dało i rzetelnie podszedł do tematu niezrównoważonej psychicznie nastolatki. Dlatego jej historia jest fascynująca na tyle, żeby się nie zanudzić między kolejnymi scenami z lekcją anatomii człowieka. I co najlepsze – nie ma tu syndromu „nie zabiłeś mnie w poprzedniej części, to teraz pokażę Ci kto tu rządzi”. Gra wciąż toczy się pod dyktando Myersa.

Halloween 2 to bezsprzecznie najlepszy slasher jaki widziałem w ostatnich latach. Zgoła odmienny od schematu horrorów, gdzie grupa teen’sów pada ofiarą swojej głupoty. Zombie nie bał się zaryzykować i wprowadził wiele innowacji w skostniały gatunek. Oczywiście przegrał z kretesem bo żądająca posoki gawiedź oczekiwała czegoś znacznie prostszego niż rozbudowanej masakry o zabarwieniu poetyckim. Oba segmenty wyreżyserowane przez Zombiego tworzą jedność i nie trudno zgadnąć, że dla fanów twórczości tego pana są to pozycje obowiązkowe. Coś jeszcze dodać? Aha, jestem niemal pewien, że w Polsce H2 zostanie przyjęty tak samo „entuzjastycznie” jak w USA.

P.S. Przy napisach końcowych leci TEN kawałek. Miazga.

P.S. 2 Halloween 2 posiada najlepszą scenę mordu striptizerki w historii kina 🙂

Read Full Post »

Bardzo lubię filmową zemstę. Niby nic nowego nie da się z tej materii wycisnąć, ale każdy przypadek samotnej jednostki stawiającej opór grupie zdewaluowanych społecznie maliniaków spotyka się u mnie z wielką aprobatą. Jeszcze lepiej gdy za temat biorą się Europejczycy, którzy potrafią wstrzyknąć w skostniałą fabułę potężną dawkę energii. Tak było m.in. w wyprodukowanym za francuskie pieniądze Taken. Do grona kozackich mścicieli można więc śmiało dopisać brytyjskiego Harry’ego Browna.

Michael Caine to jeden z tych aktorów, których darzę szacunkiem i sympatią. Facet jest kameleonem, zagrał w swoim życiu już wszystko i sprawdził się w poszczególnych rolach co najmniej przyzwoicie. Dlatego jego kreację w Harry Brown przyjąłem z otwartymi ramionami i uśmiechem na twarzy. Oto bowiem starszy pan o dżentelmeńskich czynach i kulturalnym zachowaniu staje w szranki z grupą młodocianych bandytów. Zemsta w głównym bohaterze narasta stopniowo, poprzez nieprzyjemny widok z okna, śmierć żony, a w decydującym punkcie eksploduje w wyniku mordu jego bliskiego przyjaciela. Czyny pana Browna są więc solidnie umotywowane, podobnie jak jego umiejętności – to były komandos wojsk w Irlandii Północnej.

To czym mnie ujął Harry Brown to przede wszystkim realistycznie zakrojony obraz obecnej sytuacji na wyspach. A bądźmy szczerzy – napływ emigrantów do kraju funta i królowej (nie chodzi tylko o Polaków) powoduje coraz więcej patologii. Ci, którzy nie zasmakowali sukcesu sprzedają się tanio, popadają w alkoholizm, żyją w biednych dzielnicach i wpadają w nieciekawe towarzystwo. W takim środowisku odnajduje się główny bohater. Podwórko przesiąknięte jest smrodem i chłodem, spacery młodych par kończą się kopniakiem w brzuch, a wypad matki z dzieckiem jeszcze gorzej. Typowe angielskie osiedle, pełne ćpunów i dziwek. W momencie kiedy pewna granica zostaje przekroczona Harry łamie również swoje zasady. Tylko, że jest jeden problem – nie jest on niezniszczalny, ba, chwile słabości przytrafiają mu się nader często. I dlatego jest to postać maksymalnie wiarygodna. Nawet w kontekście motywu „starszy pan vs młodociany gang”.

Harry Brown to nic nowego w świecie filmu. To dobrze wyreżyserowany i nakręcony schemat, który jednak kupuję, bo nie wciska kitu i nie powoduje odruchów wymiotnych po 20 minutach seansu. Brytyjskie kino po raz kolejny wypuszcza obraz nie tyle niewygodny, co nawet przerażający. Nie sposób przejść obok niego obojętnie, a to jak ocenić ukazaną tam rzeczywistość pozostawiam Wam.

Read Full Post »

Older Posts »