Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2009

Wreszcie obejrzałem Basterdsów. I nie żałuję, bo to kawał dobrego kina, a przede wszystkim najlepszy film Tarantino od czasów… chyba Pulp Fiction. Nie to, że inne obrazy Quentina mi się nie podobały, ale faktem jest, że nigdy do tak wysoko przez siebie postawionej poprzeczki jeszcze nie doskoczył. W ostatnich 12 miesiącach widziałem sporo dobrych produkcji. Bez kitu, 2009 to niezły rok: Dystrykt 9, Watchmeni, Moon, Public Enemies. Obok nich śmiało mogę dopisać Bękartów wojny.

Wymieniłem kilka ciekawszych tytułów na początku, ale już teraz znowu muszę przytoczyć dwa następne: Tylko dla orłów i Złoto dla zuchwałych. Basterdsi czerpią z nich pełnymi garściami, zżynają nawet całe sceny, ale to dobrze. Quentinowi udało się nakręcić film wojenny bez wojny, śmieszny bez dowcipów i pokrętny z chronologicznie poprowadzoną fabułą. Tarantino bawi się historią, nie szasta wątkami, nie burzy układanki. Wszystko przebiega według typowego Tarantino-style, z setką wydłużających się dialogów, podejrzliwych spojrzeń, kilkusekundowych momentów, kiedy nie pada ani jedno słowo, szept czy inny dźwięk.

Inglorious Basterds to fajny ukłon w stronę klasyki, która z racji bycia klasyką jest dzisiaj raczej nieprzystępna dla młodego widza wychowanego w erze Matrixa. To przede wszystkim pastisz wszystkiego co związane z kinem wojennym lat 60. i 70. ubiegłego wieku – stopniowanie napięcia, szacunek do budowy charakterów oraz morderczy i efektowny finał, stanowiący doskonałe zakończenie przygód głównych bohaterów. Równie dobrze Quentin mógłby to nakręcić w 1972 roku – nikt nie zauważyłby różnicy, z małym wyjątkiem. Bo tak naprawdę reżyser przemycił do nowego filmu wszystko to za co uwielbia go świat od blisko 2 dekad, a mianowicie przerysowaną przemoc. Bez niej Bękarty nie byłyby tym czym są – powiewem świeżości.

Krew, pot i łzy Tarantino na nic by się nie zdały gdyby nie brawurowa obsada. Pitt jako Aldo Raine kopie nery zdrowo, że hej. Fajowo zaprezentował się znany choćby z Eden Lake Michael Fassbender jako Archie Hicox. Ale i tak każdą scenę kradnie Christoph Waltz w roli piekielnie inteligentnego, szczwanego lisa SS, łowcy Żydów Hansa Landy. Każda sekunda z jego facjatą na ekranie powoduje szarganie nerwów i obgryzanie paznokci widza. Ma on w sobie coś z demona i wesołka, coś czego nie potrafię dokładnie opisać. To trzeba zobaczyć. Jak i cały film zresztą.

Read Full Post »

Wront Turn at Tahoe

Kurna, mam dziś dobry dzień bo obejrzałem dobry film. Wrong Turn at Tahoe to klasyczne do bólu kino sensacyjne. Mało oryginalne, ale za to pełnokrwiste. Na 100% ominie nasz piękny kraj. Ja generalnie lubię takie dyrdymały niesilące się na letnią przygodę w zestawie Happy Meal. WTaT nie ma w sobie nic ze szpanerstwa, a wciąga jak cholera.

Rzecz rozgrywa się zimą w jakiejś mało znanej mieścinie. Chłód, ciemność, zadupie – trzy cechy charakterystyczne dla tego dziełka. Dwójka goryli pałęta się po ulicach i zbiera zaległe pożyczki z procentem od klientów ich szefa, Vincenta. Trafiają do znajomego informatora. Gdy dowiadują się, że niejaki Frankie Tahoe nosi się z zamiarem zaje*ania Vincenta ruszają do swojego bossa i organizują mały najazd na siedzibę Tahoe. Jakie to fajne i prawdziwe.

Wront Turn At Tahoe to żaden hit, czy arcydzieło. Pokazuje za to jak dobre może być kino gdyby przetrzebić je ze zbędnego ugrzecznienia dla niemowlaków. Ludzie krwawią, bluzgają, strzelają sobie kompot w żyłę, a na końcu posuwają młodsze o 20 lat żony. Samo życie, do tego idealnie skrojone na zdjęciach, od których bije zimnem na kilometr. Ktoś powie, że przesadzam. Ja myślę, że odrobina przesady we współczesnej kinematografii może jej wyjść tylko na dobre.

Aha jak na filmik, który ledwo trafił na półki w wypożyczalniach DVD to obsada naprawdę daje radę: Cuba Gooding Jr, Miguel Ferrer i Harvey Keitel wprawdzie nie otrzymali czeków z okazałą kwotą, ale odwalili kawał dobrej roboty. Ale i tak najlepszą partię odegrał niejaki Johnny Messner jako Mickey. Palce lizać!

Read Full Post »

Robert Zemeckis był kiedyś dobrym reżyserem. Od momentu kiedy zaufał technologii motion capture stał się groteskowym odbiciem samego siebie z dawnych lat, kiedy jako świeżak produkował obrazy na wskroś oryginalne, pomysłowe i rozrywkowe. Opowieść wigilijna to kolejny przykład na to, jak Zemeckis pogrążył się w nijakości, bo ile już ekranizacji powieści Dickensa powstało? 50? 100? Czy kolejna – tym razem trójwymiarowa – wersja coś zmienia?

Co nowego w historii zgorzkniałego starca Scrooge’a…. Przede wszystkim mroczny klimat. Obraz ocieka wręcz posępną atmosferą, pełną ciemnych zaułków Londynu i wiszącą w powietrzu zapowiedzią śmierci. Mało tu radosnych chwil i momentów uwiecznionych zabawą i hulankami przy jasnym świetle. Z czasem Zemeckis przegina i funduje małoletnim widzom horror z duchami w roli głównej. Ja tam od byle czego na siedzeniu nie skaczę, ale przyznam, że motyw odwiedzin Marleya poprzedzony jest hardcore’owym wręcz niepokojem.

Myśl przewodnia Opowieści wigilijnej pozostała nienaruszona. Kolejne zjawy mają za zadanie znaleźć w chłodnym Scrooge’u ludzkie ciepło i dobro. Zabierają więc staruszka w przeszłość, teraźniejszość, a następnie w przyszłość, która okazuje się być decydująca dla ostatecznej decyzji zgreda. Wszystko podane w nowoczesnym trójwymiarze, który uwypukla kolejne triki operatorskie Zemeckisa. Największe wrażenie robią naturalnie przeloty kamery między budynkami i małymi detalami. Szkoda tylko, że za tak sprawnie wykreowanymi krajobrazami nie mogą nadążyć postacie, które wyglądają w najlepszym przypadku zaledwie poprawnie. Oczywiście chodzi o głównego bohatera – na twarzy Scrooge’a każda rysa, zmarszczka i włos idealnie podkreślają wiek. Pozostałe persony już takiego wrażenia nie robią, ba, kobiety wyjęto prawdopodobnie z pierwszej części Shreka, co filmowi z 2009 roku silącego się na jakiś tam realizm nie przystoi.

Nowy obraz Zemeckisa to solidna animacja, bez specjalnych fajerwerków. Największą jej wadą jest z całą pewnością odtwórczość, ale to wina  wyeksploatowanego materiału wyjściowego. Wątpię również, czy kiedykolwiek do niej wrócę (tak jak wracam często do Powrotu do przyszłości). Swoje pociechy warto jednak zabrać zwłaszcza na seans 3D, do którego Opowieść wigilijna jest wręcz stworzona. Liczy się przecież morał, a ten jest jeden – święta już za pasem.

P.S. Sponsorem seansu był trójwymiarowy, najnowszy zwiastun Avatara. Film będzie znakomity. Rzekłem wszem i wobec.

Read Full Post »

2012_2

Kupując bilet na nowy film Rolanda Emmericha wiedziałem czego się spodziewać. Niemiec udowodnił, że talent do ukazywania masowej destrukcji nie idzie mu w parze z pisaniem dobrych scenariuszy. Dla niego aktorami są eksplozje, a dialogami chaos i zniszczenie.  Pojutrze, Dzień Niepodległości i nieszczęsna Godzilla to jego znaki firmowe na światowej mapie kina. Nie jest tajemnicą, że ludzie szaleją na punkcie tego typu rozrywki, bo są złaknieni nie tylko rozpierduchy, ale przede wszystkim szczęśliwych zakończeń, a u Rolanda są one wyjątkowo częste. Dlatego też zamiast krytykować 2012 z góry do dołu opiszę co z seansu udało mi się wynieść:

1. USA są tak naukowo zacofane, że nie potrafią wykryć najdrobniejszych zmian w skorupie ziemskiej. Dlatego muszą ufać swoim przyjaciołom m.in Indiom.

2. Skoro nie zostałeś znanym pisarzem to zawsze możesz zostać kierowcą limuzyny jakiegoś obrzydliwie bogatego Rosjanina, który później okazuje się ostatnią deską ratunku w przetrwaniu kataklizmu.

3. Tylko obrzydliwie bogaci Rosjanie mogą rozmawiać z bokserami tuż przed gongiem rozpoczynającym walkę o mistrzostwo świata. Trener musi w tym czasie siedzieć cicho.

4. Do sportowego Bentleya w ciągu kilkunastu sekund spokojnie upchniesz 7 osób.

5. Mimo, że Kalifornia jest długa i szeroka spękania ziemi pojawiają się dokładnie w tym samym miejscu co główni bohaterowie. Jeżeli jedziesz samochodem – ziemia zapada się zawsze za twoimi plecami dając Ci czas na ucieczkę.

6. Nawet jeśli samochód w którym jesteś spada w otchłań wypełnioną magmą , masz szansę się uratować – wystarczy zrobić cięcie montażowe i pokazać Ciebie wdrapującego się na kawałkach asfaltu.

7. Trzęsienie ziemi rozpoczyna się w momencie, gdy gubernator zapewnia o całkowitym bezpieczeństwie mieszkańców. Dlatego nie warto ufać politykom.

8. Po kilku lekcjach jesteś w stanie latać awionetką. Po kilku godzinach lotu awionetką masz predyspozycje do pilotowania maszyn o znaczeniu militarnym.

9. Jedyny dostępny na świecie Antonov wyprodukowany przez Rosjan w trakcie zimnej wojny znajduje się w hangarze na lotnisku w Las Vegas.

10. Jeżeli widzisz tabliczkę „Wstęp wzbroniony” dajesz dzieciom dobry przykład i ignorujesz zakaz.

11. Jeżeli twoja książka rozeszła się w 500 egzemplarzach to zawsze możesz być pewny, że otrzymał ją najważniejszy geolog w kraju, który zdradzi Ci tajemnice państwowe.

12. Jeżeli stoisz przy ważnej budowli/zabytku, możesz być w 100% pewien, że to spadnie na Ciebie przy pierwszym, mocniejszym trzęsieniu ziemi.

13. Będąc prezydentem USA nie możesz sobie pozwolić na skorzystanie z usług Air Force One. Zostajesz więc z normalnymi obywatelami, którzy czekają na pewną śmierć przy Białym Domu.

14. Rząd USA ma głęboko w poważaniu swoich obywateli i zamierza zakomunikować im o końcu świata w odpowiednim momencie (czyt. kiedy wszystko pójdzie się je*ać).

15. Tylko Tybetańczyk może wejść za darmo na pokład nowoczesnej arki.

16. Jeżeli jesteś doradcą prezydenta USA nie musisz wiedzieć co jest najwyższym szczytem na Ziemi.

17. Jeżeli jesteś głową państwa i masz 15 minut na uratowanie siebie oraz cywili zażądasz głosowanie w imieniu swoim oraz innych państw. Do pionu postawić Cię musi geolog-wybawca.

18. Silniki w nowoczesnych statkach mają odpowiednią blokadę – póki nie zamkniesz głównych drzwi będziesz dryfować do usranej śmierci. No chyba, że masz na pokładzie Johna Cusacka i jego rodzinę.

19. Tylko John Cusack jest w stanie przeżyć apokalipsę.

20. Apokalipsa wybiera swoje ofiary! Nie dotyka biednych państw i nie buszuje po zadupiu.

I mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Tylko po co? 2012 to i tak o wiele lepszy film niż bezjajeczny i denny 10000 B.C. Nowy obraz Emmericha gwarantuje bogate doznania wizualne (efekty specjalne są całkiem w dechę) i od groma komicznych akcentów. Ciekawy jestem, co nawiedzony Niemiec sprezentuje Nam w kolejnym dziele. Bo jakby nie patrzeć, w 2012 pojechał ostro po bandzie i materiału do rozwałki pozostało doprawdy niewiele.

ocena2

Read Full Post »

paranormal-activity-header

Wartość słowa „horror” upada coraz niżej, podobnie jak znaczenie „kultowości”, które w obecnym kinie pojawia się przy co drugim filmie. Na nieszczęście oba terminy rezerwowane są dla Paranormal Activity – obrazu, który z miejsca stał się hitem i jednym z najbardziej przerażających dreszczowców w historii. Bla, bla, bla. Zaraz obalę tę teorię, aczkolwiek dodam od siebie, że gdyby nie zrobiono z tego komercyjnego widowiska dla ubogich pochwaliłbym nawet twórców za realizacyjną sprawność i wykonanie.

Paranormal Activity dowodzi niezbicie jednego – amatorskie, spontaniczne produkcje rozciągnięte w czasie projekcji tracą na walorach. To jedna z głównych wad omawianego horrorku. Raz, że fabuła rozkręca się bite 30 minut, a dwa, że w końcówce zabrakło ewidentnie pomysłów godnie zwieńczających trudny żywot bohaterów w nawiedzonym domu. Kolejnym elementem, którego nie kupiłem są wszechobecne klisze – reżyser nawet nie silił się, aby akcję choć częściowo przenieść w inne rejony domu na dłużej. Wygląda to mniej więcej tak – parka leży sobie w łóżku, do sypialni wpada niewidzialny demon, zaczyna rozrabiać, następnie ucieka. Chłopak z dziewczyną zaczynają z przerażeniem łazić pod domu w poszukiwaniu stręczyciela. Po kilkuminutowym spacerze i stwierdzeniu „ok, niczego tu nie ma” wracają do łoża i zaczynają się pocieszać. I tak w kółko Macieju… Co ja bym zrobił? Napiszę co bym zrobił – zadzwonił po pierwszej nieciekawej nocy do specjalisty do którego dostałem numer telefonu kilkanaście godzin wcześniej od innego specjalisty. No ale wtedy nie byłoby Paranormal Activity 🙂

Sceny straszenia w filmie Orena Peli skupiają się na tym co słychać, a czego do końca nie widać w ciemnym pomieszczeniu. Zabieg choć banalny i w sumie wymuszony skromnym budżetem, jest w tym przypadku słuszny i miejscami nieźle rozwiązany. Niestety tylko miejscami. Choć realizacyjnie całość się jako tako broni to do sfery rozrywkowej wkradło się za dużo nudy, monotonii i lekkiego fałszu, bo śmiało mogę stwierdzić, że 95% motywów jest tak oklepanych, że bardziej już być nie może.

Z pewnością moje podejście do PA nie jest do końca właściwie. Bo ile można oczekiwać od filmu, który powstał dzięki dobrej chęci sąsiadów i Policji? Uważam jednak, że ów horror zrobiłby większą furorę jako materiał bootlegowy umieszczony w necie, za darmo, skrócony do 40-45 minut i bez durnego loga Paramount w czołówce. Strach się bać co jeszcze korporacyjna machina wielkich dystrybutorów wymyśli. Bo z wychwalaniem pod niebiosa Paranormal Activity to jednak ktoś zdrowo przesadził.

ocena2

Read Full Post »

Lekcja życia VI

Jigsaw chłopie, wyluzuj. Twoje ponure spojrzenie i filozoficzne gadki nie robią już na nikim wrażenia. Zamiast nadużywać słowa „życie” spocznij w grobie i daj ludziom odetchnąć w tym przeżartym przez kapitalizm świecie. Oszczędź sobie trudu i oddaj kasę żonie zamiast popychać swój niecny plan moralizatorski do przodu. Piła VI to kolejny już odcinek tortur spod znaku hektolitrów krwi i flaków. Specyfika tego dzieła każe zastanowić się nad gustem fanów serii, albowiem znowu podmieniono aktorów pozostawiając fabułę właściwie niezmienioną względem poprzednika.

saw6_1

Po ujrzeniu napisów końcowych zacząłem powoli doceniać pierwszą część cyklu, która mimo kretyńskich założeń i drewnianego aktorstwa była czymś świeżym na rynku gore-horrorów. Producenci podchwycili temat i postanowili uczynić misterny plan Jigsawa tasiemcem, który co roku nęka multipleksy. „Szóstka” nie wnosi do spójnej jakby nie patrzeć historii za wiele. Akcję napędzają wciąż te same postacie ze środowiska dziadka z głosem Batmana, który zza grobu przygotował kolejne pułapki dla nieświadomych swoich błędów, zepsutych ludzi biznesu. Tym razem dostaje się menadżerom ubezpieczeń i ich pomagierom, którzy (i tu cytuję) „nie docenili najważniejszego czynnika przetrwania – woli do życia”. Pretekst do nękania ludzi jest więc banalny. No ale jaki film – takie pomysły.

Piła VI niestety wypacza nieco sens działań Jigsawa, albowiem okazuje się, że poddane morderczym próbom osoby są związane z przeszłością umarlaka. Dlaczego więc staruszek mści się teraz kiedy wącha kwiatki od dołu i musi liczyć na lojalność żony? Scenarzystom ewidentnie zabrakło pomysłu również na pułapki, które są zaskakująco odtwórcze i nijakie. Brakuje tu jakichś emocji, suspensu, trzymania za gardło widza. Praktycznie tylko jedna scena (z karuzelą) trzyma poziom i skłania do jakichś-tam przemyśleń. Jeszcze większym grzechem jest marnej jakości twist fabularny pod koniec. Problem z nim jest taki, że co bardziej uważne osoby mogą przewidzieć go w połowie seansu, a to jak na standardy serii jest karygodne.

saw6_2

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na 100% powstanie część siódma, ósma i pewnie dziewiąta. Wszak naśladowców torturo-sado-masochisty nie brakuje, a pewnie kilkadziesiąt zbłąkanych duszek w dużym mieście się znajdzie. Szkoda, że nikt z góry nie zauważył, że formuła została wyczerpana, a kolejne odcinki są coraz śmieszniejsze. Marzy mi się sytuacja, kiedy producenci Piły zostają porwani przez prawdziwego Jigsawa i poddani rozmaitym zabiegom mentalno-oczyszczającym. To byłoby coś!

ocena1

P.S. Agenta Hoffmana czas się nie ima. W ciągu godziny może przemieszczać w błyskawicznym tempie między salami tortur, a posterunkiem Policji. I to wiele razy.

Read Full Post »