Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2009

Zabójcze ciacho

Mokry sen gimnazjalisty spełnia się. Megan Fox dostaje pierwszoplanową rolę, w sam raz uszytą na miarę jej talentu. To jest tak jak z hamburgerami na wynos – zamawiasz, płacisz, odbierasz. W Zabójczym ciele Meganówna wciela się w najładniejszą dziewczynę w szkole. Proste? A jak! To jeszcze nie koniec. Meganówna robi za diablicę i zabija kolegów! Już czujecie te wewnętrzne podniecenie? Tak? Tak? Nieeeeeeeeeee.

jennifersbody1

Gdzieś tam w kuluarach mówi się, że Fox posiada nieprzeciętne zdolności komediowe. Być może jakieś ma, ale z trudnością przychodzi jej przeniesienie tego przed kamerę. Jeżeli oceniać Jennifer’s Body pod katem żarcików i czarnego humoru to jest to film bardzo nieudany. Co więcej, mam wrażenie, że potencjał postaci granej przez Fox został gdzieś umoczony. A przecież takie zwroty jak „diablica”, „szatan”, „szkoła” winny gwarantować pieprzność obrazu. Wszystkiego jest tu zdecydowanie za mało, gdyż fabuła ma tendencję sinusoidalną – obok scen całkiem fajnych jest mnóstwo przedziwnych eksperymentów montażowych jak choćby przebitka mordu z próbą nałożenia prezerwatywy. Give me a break…

Przez cały seans nie opuszczało mnie wrażenie, że Jennifer’s Body to tak naprawdę kolejna próba promowania pierwszej celebrytki Hollywoodu. Wszystko jest tu dopasowane do niej – kołkowaci partnerzy, mniej atrakcyjna przyjaciółka, rozmaite ujęcia Fox w negliżu itd. Zabrakło jednak rzeczy najważniejszej – kontrowersyjności. Gdyby nie krew i parę fucków w dialogach spokojnie poleciłbym wizytę w kinie nawet 12-latkowi. W filmie Karyn Kusamy nie ma ani jednej sceny, motywu o którym chętnie porozmawiałbym później przy piwie.

jennifersbody2

Mimo dość lekkiego klimatu (jak na tematykę) nie jest to wielka tragedia made in USA. Film ogląda się całkiem nieźle, choć do końca nie wiadomo czym Zabójcze ciało ma być. Horrorem? Komedią? W obu przypadkach poczułem się mocno rozczarowany. Chyba tylko fani Megan Fox podejdą do tego bezkrytycznie. Bo fajne, kobiece kształty to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Rrrrrrrr.

ocena2

Reklamy

Read Full Post »

2009_moon_004

Miliony dolarów budżetu, niepohamowana akcja, tysiące wybuchów, przełomowe efekty specjalne, katastrofy największych metropolii na świecie, rozwałka, miliard kul wystrzelonych z karabinu, największe gwiazdy Hollywood… Tego w filmie Duncana Jones’a nie uświadczycie. Moon to zadziwiająco skuteczny powrót do starego, dobrego kina science-fiction. Na taki obraz czekałem od dawna. Obraz którego centrum i jedyną namacalną jednostką jest człowiek.

Przyznam się bez bicia, że pierwsze minuty spędzone nad dziełem Jones’a były bardzo zaskakujące. Jak na debiutanta wprowadzenie we właściwą cześć fabuły prezentuje się niezwykle dojrzale, jakby kręcił to jakiś stary wyga chcący godnie odejść z branży. Pełne poszanowanie dla rozwoju głównej postaci, zaznajomienie widza z księżycowymi realiami, w końcu ukazanie mechanizmów pracy astronauty na ziemskim satelicie – no co tu gadać, po prostu czad i masakra zarazem jak kilka drobnych zabiegów może zbudować klimat.

Ale nie samym klimatem żyjemy. Moon to inteligentnie poprowadzona historia Sama Bella, który będąc na trzyletnim kontrakcie pilnuje maszyn wydobywających surowiec energetyczny. Fucha nadzorcy jest całkiem spoko, ale nie w tym środowisku. Sam bowiem jest jedynym homo sapiens w bazie, a towarzyszy mu tylko robot GERTY (notabene mówiący głosem Kevina Spacey’a – kolejny plus). Ze sztuczną inteligencją o czymś innym niż o pracy i stanie zdrowia nie porozmawiasz. Otaczająca pustka i brak bratniej duszy doprowadza bohatera do mentalnej rozsypki, mimo, że do powrotu na Ziemię zostało mu kilkanaście dni.

Moon każe zastanowić się nad dzisiejszym pośpiechem w rozwijaniu technologii. Sytuacja, gdy maszyna zastępuje człowieka nie jest skrajnie niebezpieczna. Gorzej gdy to właśnie człowiek staje się maszyną, trybikiem w całym systemie, który w razie awarii może zostać wymieniony na nowy. Jones w jasny sposób przedstawia etap dehumanizacji jednostki myślącej i odczuwającej. Redukcja wartości życia ludzkiego doprowadza do motywu zamkniętego koła – twoje nadzieje, chęci i plany mają się nijak do zamiarów decydentów. Ty dla nich jesteś zwykłym robolem. I będziesz nim nadal, czy tego chcesz czy nie.

Po kilku godzinach snu i przemyśleń  nie widzę żadnych większych skaz w obrazie Jones’a. Żałuję tylko, że tak utalentowany gość zbierający na swój projekt (Moon to produkcja niezależna) kasę przez kilka lat musi walczyć o seanse na zamówienie. Liczę, że odbije to sobie na rynku DVD.  Gratulacje należą się również Samowi Rockwellowi, który wcielając się w rolę Bella dał wielki popis swoich nieprzeciętnych umiejętności. Warto wspomnieć, że autorem muzyki jest Clint Mansell. Niespokojna nuta jeszcze bardziej roztacza nad fabułą aurę pełną dwuznaczności i sekretów bazy. A mi pozostaje jedynie ów film gorąco polecić – nie zawiedziecie się.

ocena5

Read Full Post »

Animka na poziomie

Pixar już dawno przekroczył magiczną barierę dzielącą dziecięcą rozrywkę i świat dorosłych. Między innymi dzięki takim animacjom jak Potwory i spółka, Auta i Wall-e rodzice nie muszą traktować wycieczki do kina w kategoriach odbębnienia żądań dzieciaka. I oni znajdą w tych fantastycznych produkcjach coś dla siebie. Po zeszłorocznym hicie z samotnym jak palec robotem przyszedł czas na przygody pewnego staruszka. Odlot trafił do Polski z półrocznym opóźnieniem. Lepiej późno niż wcale.

pixarup1

Motywem przewodnim omawianej animki są marzenia. Nieważne kiedy, nieważne jak. Pixar udowadnia, że każda chwila, moment jest odpowiednia na ich realizację. Carl Fredricksen to poczciwy, aczkolwiek nieco zrzędzący starzec, który po śmierci żony postanawia nadrobić stracony czas i odwiedzić tajemniczą krainę w Ameryce Południowej. Pech chciał, że do odlatującego (dosłownie) na balonach z helem domu Carla doczepił się pewien skaucik z nadwagą imieniem Russell. Powyższy duet to mieszanka rutyny z młodością i konserwatyzmu z otwartością na świat. Obaj nie wiedzą jednak, że będą mieć na siebie bardzo mocny wpływ, który zmieni ich postrzeganie na pewne sprawy i pozwoli zrealizować…marzenia.

Na najnowsze dzieło twórców Wall-ego czekałem z utęsknieniem. Tym bardziej, że w kraju dolara i ciemnoskórego prezydenta obraz stał się prawdziwym hitem i niemal pewniakiem do Oskara. Po seansie mam jednak co do tego spore wątpliwości. Moim skromnym zdaniem Odlot jest tylko i aż  solidną animacją. Tam gdzie Wall-e i Monsters Inc. zachwycały poziomem wykonania, tam film Pete’a Doctera ociera się zaledwie o poprawność. Żaden bohater – czy to pierwszoplanowy czy drugoplanowy – nie posiada odpowiednio wysokiego pokładu miodu tzn. ciężko przychodzi mi na myśl o ewentualnej „wspomince” najlepszych tekstów z Odlotu za kilka lat. Do dziś bawią mnie dialogi z Yetim w Potworach czy też proste jak drut wymiany zdań między Evą, a Wall-em. A tu? Jest… za bardzo standardowo jak na możliwości Pixara.

pixarup2

Nie ulega również wątpliwości, że charaktery zostały dopasowane tak, aby pod koniec bajki (no powiedzmy, że to jeszcze bajka:)) widz wyniósł jakiś morał. Carl jest bowiem niespełnionym ojcem (polecam dokładnie przyjrzenie się wstępowi, który jest piorunujący), a Russell szuka sposobu na zdobycie ostatniej wymaganej odznaki. Jeżeli nie zaczną współpracować – nie zdobędą tego czego chcą. Ponadto Odlot nakreśla młodym widzom bardzo ważną kwestię współczesnych autorytetów. Idole nie są do końca kryształowi jakby się to mogło wydawać.

Na Odlocie najmłodsza widownia będzie czuć się odlotowo. Doskonałe wykonanie techniczne, muzyka i dużo akcji zapewni dzieciom niezapomniane 90 minut. Gorzej natomiast z osobnikami powyżej „nastego” roku życia. Nowy Pixar jest za mało sugestywny i zabawny, nie czuję tu frajdy z tworzenia przez grafików świata i postaci. Scenariusz jest za bardzo upchany schematami, co kłuje i boli w zestawieniu z takim Wall-em, w którym brak dialogów i początek dawały nieźle po garach.

ocena35

Read Full Post »

Po dłuższej przerwie wygrzebałem coś z horrorów. Zapraszam do oglądania. (więcej…)

Read Full Post »

Zanim powstało „Milczenie Owiec” Hannibal Leckter już zabijał – taką prawdę głosi tagline na okładce polskiego wydania DVD Łowcy w reżyserii Michaela Manna. Cóż, ja też lubię sobie pofantazjować, zwłaszcza gdy trzeba przyciągnąć lud na zakupy. Tymczasem film, który udało mi się po raz pierwszy obejrzeć w domowym zaciszu okazał się być czymś innym, znacznie lepszym niż oczekiwałem – do bólu dowalonym do pieca thrillerem kryminalnym, jednym z lepszych w ogóle.

manhunter1

manhunter2

Mann z żelazną dla siebie konsekwencją prezentuje historię Willa Grahama – funkcjonariusza specjalizującego się w poszukiwaniach psychopatów, morderców i innych przedstawicieli marginesu społecznego. W odróżnieniu od innych Graham posiada niezwykłą zdolność wczucia się w psychikę przestępcy i znalezienia tym samym właściwego tropu dla śledztwa. No co tu dodać, po prostu genialny pomysł. Jako, że człowiek jest w centrum uwagi nie można pominąć książkowej ekspozycji charakterów. Mann tradycyjnie nakazuje swoim bohaterom dokonać wyboru. W Manhunterze Graham kroczy między lojalnością wobec rodziny, a chęcią oczyszczenia się z traumy po schwytaniu Hannibala Lecktora (bo tak brzmi nazwisko sławetnego kanibala z późniejszych filmów). Ów dylemat wypisany jest na twarzy bohatera bardzo wyraźnie. Z jednej strony pałą chęcią dopadnięcia sprawcy, z drugiej widać u niego zmęczenie i nie do końca wyleczoną przypadłość.

Obraz Manna zapoczątkował serię związaną z Lecterem. Tu jednak jest to postać drugoplanowa, mało widoczna, choć w ostatecznym rozrachunku ważna dla fabuły. Wszak to on pomaga Grahamowi rozwikłać zagadkę seryjnych mordów. Ciekawostką jest fakt, że scenariusz filmu nie do końca zrzuca obowiązek ciągnięcia intrygi na barki głównego bohatera. Reżyser  dość zgrabnie rozdaje elementy fabularne między kolejnymi postaciami, doprawia, buduję mroczną atmosferę śledztwa, a w połowie…obnaża głównego złego. Żadna to tajemnica, bardziej sensacja. Zwłaszcza, że o psycholu Mann potrafi coś sensownego opowiedzieć, a nie tylko odwalić symboliczne „To on zabijał” w finale.

manhunter3

manhunter4

Manhunter to również kultowa stylistyka lat 80. połączona z maestrią realizacyjną twórcy późniejszej Gorączki. Świetnym ujęciom (często niestandardowym jak na tamte czasy) towarzyszy elektroniczny ambient autorstwa Michela Rubiniego, wprowadzający niezwykle mroczną aurę w wydarzenia na ekranie. Mann zadbał również o odpowiednie nasycenie barw w zdjęciach nocnych, które potrafią nawet dziś robić świetne wrażenie. Jeżeli dodam, że za kamerą stanął doświadczony Dante Spinotii to już wiecie czego należy się spodziewać.

Podsumowując, Łowca to świetny film. Wciągający, mroczny, z dużą liczbą genialnych, pojedynczych ujęć. Z doskonałym Williamem Petersenem w roli Willa Grahama (niestety dopadł go syndrom Michaela Biehna) i całkiem przejmującym Brianem Coxem w skórze Lecktora. Gęsty klimat, nieszablonowość – to cenię w filmie Manna najbardziej. Gorąco polecam.

ocena45P.S. W Polsce film znany jest jako „Czerwony smok”, który to tytuł koliduje z rimejkiem Manhuntera z 2002 roku w reżyserii Bretta Ratnera. Dlatego używam oryginalnego przekładu.

Read Full Post »

Życiowa łajza – Bobby Funke – marzy o karierze dziennikarza. Gdy w katolickiej szkole wybucha afera związana z zaginięciem testów egzaminacyjnych chłopak poczuwa się do rozwikłania zagadki i znalezienia złodzieja. Jego zapędy podsycane są przez piękną Franceskę – szprychę najlepszego sportowca i jednocześnie szefa rady szkolnej  Paula Moore’a. Wielkie wyzwanie to jednocześnie wielka odpowiedzialność. Zwłaszcza w zawodzie dziennikarza, kiedy wszystkie informację muszą być rzetelne i sprawdzone. Jak ciężko z tym bywa przekonacie się w przewrotnej komedii zakrapianej nieco czarnym humorem – Assasination of High School President.

2008_assassination_of_a_high_school_president_004

Funke (jak fajnie wymawia się to nazwisko dowiecie się z filmu) wygląda jak typowy frajer – zaniedbane włosy, dość standardowe ciuchy nie sprzyjają w nawiązywaniu kontaktów. Jego siłą jest natomiast odwaga. Przełamując kolejne bariery wkracza w świat intryg, wewnątrzszkolnych układów i zakrapianych alkoholem imprez, których tak wcześniej unikał. Należy dodać, że Funke jest bardzo zdolnym uczniem. Nie ma problemów ze zdawaniem sprawdzianów, szanuje własną pracę i jednocześnie nie cierpi odpisywania notatek i zadań domowych. Jego najbliższe otoczenie jest równie pokręcone i mało lubiane w szkole.

Assasination of High School President mimo, że wesoły z założenia staje się lustrzanym odbiciem współczesnej, amerykańskiej edukacji wśród młodzieży. Liczne podziały, lanserstwo, rozpuszczone dzieciaki, czy nawet wspomniane wyżej afery zataczające już nie tylko hermetyczny krąg w przebieralni po zajęciach w-f umiejętnie ukazują to co w dzisiaj w tym wielkim kraju najgorsze – pociąg do nadmiernego materializmu służącemu jedynie typowej pokazówce przed innymi.

2008_assassination_of_a_high_school_president_009

Nie sposób nie pochwalić młodej obsady, która absolutnie w każdej scenie wychodzi obronną ręką – humorem (nie kloacznym!), tekstami i zachowaniem idealnie przedstawiają zdemoralizowany świat dzieci bogatych rodziców. Nawet Bruce Willis się tu załapał. Choć jego postać jest drugoplanowa to uwierzcie mi – John McClane kopie w dupę po całości jak za starych, dobrych lat. Bardzo przyjemna jest też ścieżka muzyczna, w której sporo jest rocka, zarówno lżejszego jak i cięższego.

AOHSP tak naprawdę nie muszę rekomendować. Zrobili to za mnie krytycy na zeszłorocznym festiwalu Sundance. Dodam tylko, że dawno nie widziałem tak przyjemnej, niezgrzytającej komedii młodzieżowej. Kij ze schematami, o które się ten obraz czasem obciera. Liczy się miód, humor, zabawa i refleksja. I pamiętajcie – nawet najmniejszy włos łonowy może przeciągnąć statek przez pustynię 🙂 Kurna, czysta metafizyka!

ocena4

Read Full Post »

1 2 3 próba mikrofonu

Jezuśku drogi, zmiłuj się bo kolejny remake amerykańskiej klasyki prezentuje poziom miejscami co najwyżej przeciętny. Taking of Pelham 123 (w Polsce nazwany po prostu „Metrem strachu”) miał zadatki na całkiem emocjonujące kino ze średniej półki. Bo umówmy się – nie po to robi się rimejki, aby zgarniać Oscary. Tylko Scorsese tak potrafi. Nowa wersja Pelham w reżyserii Tony’ego Scotta udowadnia, że nawet najprostsze historie trzeba umieć jakoś opowiadać.

2009_the_taking_of_pelham_123_005

Scottowi trzeba oddać, że całą fabułę poprowadził dość konsekwentnie w swoim stylu, czyli szarpanego montażu i oczojebnych wstawek mających za zadanie przykryć nieco infantylność całego obrazu, a także pojawiające się pojedyncze niedociągnięcia scenariusza. Ta nowoczesność formy staje się jednocześnie wadą filmu, gdyż gadkom Travolty i Washingtona przydałaby się tradycyjna, lekka ekspozycja. Dialogi dwójki bohaterów przeprowadzane są na tyle dynamicznie, że zapomina się o czym właściwie owe postacie rozmawiają. W tej sytuacji konfrontacja słowna zamiast interesować każe zastanowić się czy ktoś, aby na pewno nie przegiął pały przy montowaniu ostatecznej wersji.

Żeby nie było – Denzel z Johnem nawijają nawet z sensem. Idealnie obrazują rzeczywistość, odkrywają prawa rządzące systemem, zaklinają władzę i sprawiedliwość. Znalezienie wspólnego języka pogłębia zaufanie wobec przeciwnej strony. A komuś takiemu jak Ryderowi uwierzyć jest nietrudno. Zwłaszcza gdy stawką jest życie zakładników nowojorskiego metra. Sama postać antagonisty wydaje się momentami za bardzo przerysowana i karykaturalna. Obok typowo męskich i stanowczych zachowań Travolta nadał swojemu bohaterowi cechy klauna. Biorąc pod uwagę średnio rozgarniętych kolegów asystujących przy uprowadzaniu śmiem wątpić czy taka grupka miałaby szansę na porwanie choćby samochodu-lodziarni.

2009_the_taking_of_pelham_123_004

Obraz Scotta przez pierwszą godzinę nawet daje radę, by w końcówce diametralnie przemienić się w typowe, hollywodzkie widowisko z bronią palną i bieganiem po mieście. Nie tego do końca się spodziewałem, ale trochę rozumiem reżysera. Dzisiaj łatwiej sprzedać trywialnie poprowadzoną akcję niż dobry dialog. Tylko czemu twórcy strzelają focha na logikę? Na pewne rzeczy nie znajdziemy odpowiedzi. Ale czy wszystko można zwalić na karb niedopracowanego scenariusza?

ocena25

P.S. Angielski tytuł oryginału również miał ciężkie życie w Polsce.

Read Full Post »

Older Posts »