Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Wrzesień 2009

1. Obiecujesz, że twój film opowie o czymś co poprzednie części ledwie liznęły w temacie. To nic, że w żadnej sekundzie nie sięgniesz klimatu poprzedników. Masz przecież na usprawiedliwienie kilkadziesiąt minut, które musisz jakoś wypełnić.

2. Obiecujesz, że zrobisz kontynuację w duchu poprzedników. Dlatego 90% akcji kręcisz zza dnia.

3. Skoro w poprzednich częściach pierwsze skrzypce grała ikona kina akcji Ty także musisz o to zadbać. Dlatego zatrudniasz aktora, na którego widok większość widzów zaczyna spawać. Poza tym dajesz mu najnudniejszą rolę w jego dotychczasowej karierze i każesz chrząkać, bo w sumie wszyscy polubili Batmana.

4. Idziesz do pomysłodawcy serii z prośbą o „błogosławieństwo”. Dostajesz odmowę, ale nie robisz z tego tragedii. W końcu rozmawiałeś z guru.

5. Ciągle tłumaczysz się jak to wytwórnia chce niższej kategorii wiekowej, a ty chcesz wyższą. Dlatego wycinasz z filmu całe dwie sceny odpowiedzialne za niespokojny sen dzieci  i przystajesz na propozycję włodarzy.

6. Jedziesz na konwent fanów i pytasz się czy chcą zobaczyć na ekranie cycki, jakby ich odpowiedź miała jakiekolwiek znaczenie…

7. W zwiastunie umieszczasz dobrze znaną muzę, tylko po to, aby ludzie poszli do kina myśląc, że usłyszą ją w filmie.

8. Budujesz napięcie informacją o problemach technicznych przy doklejaniu głowy Gubernatora Kalifornii. Jeszcze 2 tygodnie przed premierą filmu nie jesteś pewien czy wszystko zapięte jest na ostatni guzik. Dlatego umieszczasz w kinowej wersji niedopracowanego emo-kulturystę, który chcąc zabić Jedynego Przywódcę Ludzkości targa nim o ścianę zamiast przebić na wylot jak to robił 25 lat temu.

9. Włączasz do filmu kilkanaście głupich nawiązań do poprzednich części i kopiujesz całe dialogi, tylko po to aby podkreślić, iż zrobiłeś coś w zgodzie z uniwersum.

10. Obiecujesz 30 minut wyciętych scen na DVD i Blu-ray aby udowodnić, że w reżyserskiej wersji całość będzie bardziej spójna. Po namyśle decydujesz się jednak na 3 dodatkowe minuty i tylko na „niebieskim” krążku.

===================================================

Powyższy poradnik powstał w oparciu o dogłębne śledztwo produkcji nowego Terminatora, a także informację o bankructwie dwóch kretynów, którzy dopuścili się zbrodni i wypuścili te gówno do kin. Nie ma to jak strzelić sobie w stopę i narzekać, że Cię boli.

Read Full Post »

Funkyzeit mit Brünooo

Sam nie wiem czemu, ale każdy film Sachy Barona Cohena kompletnie mnie rozkłada na łopatki. Poziom humoru serwowany przez brytyjskiego komika w skeczach nie jest może zbyt wysoki i inteligentny, nie mniej obnaża on ludzkie słabości w nowoczesnym świecie. Niezwykle udana satyra na amerykańską ignorancję i konserwatyzm ukazana w Boracie przełożyła się na kolejny odcinek z cyklu „z kamerą w Ameryce”. Tym razem Cohen udaje austriackiego geja, który poszukuje sławy.

Cohenowi po raz kolejny udaje się widza rozśmieszyć. Pozornie dowcipy sprowadzają się do pokazania dziwnych przyzwyczajeń i zachowania homoseksualistów. Z drugiej strony jest to decyzja w pełni słuszna, albowiem Brüno to wypisz wymaluj typowy gej, zakorzeniony w głowach mało rozgarniętych ludzi. Lśniące ciuchy, farbowane włosy, zadbana cera, cienki (ale bez przesady) głos to cechy charakterystyczne dla wyobrażenia szarego Kowalskiego o przedstawicielu homoseksualnej społeczności.

bruno-01

Schemat fabularny pozostał niezmieniony. Początek filmu ukazuje żywot bohatera w ojczyźnie, jego środowisko i najbliższe osoby. Koniec końców ląduje on w Stanach Zjednoczonych i rozpoczyna przygodę jakiej nie powstydziłby się sam Forrest Gump. Brüno tak naprawdę stoi od razu na straconej pozycji bo jego skądinąd gejowski gust nie może wpasować się w społecznościową szarzyznę, która często prezentuje kontrowersyjny stosunek do osoby o odmiennej orientacji seksualnej. Przykładowo w takiej Alabamie homofobia jest na porządku dziennym, a dzielny Austriak postanawia zawitać i tam. Te aspekty Cohen przedstawił dość oszczędnie w stosunku do Borata. Więcej tu zwykłego rechotania się z rzeczywistości, aniżeli wyniesionych z seansu mądrości. W rezultacie finał całej historii jest dość rozczarowujący i banalny.

Na nowym filmie Cohena można się jednak bardzo dobrze zabawić. Kilka scen konkretnie rozrusza mięśnie brzuchów fanów twórczości Brytyjczyka i doprowadzi do łez (tych pozytywnych). Reszta, nie do końca przekonana do jego stylu może spokojnie odpuścić Brüno, albowiem nie jest to nic innego jak kolejny Borat ubrany w nowe szaty.

ocena35

Read Full Post »

district-9-poster

Po polskiej przedpremierze najnowszego filmu Neilla Blomkampa rozgrzały dyskusje czy nie jest to czasem typowy „ślepak”, który napędzany ciekawą kampanią marketingową zyskał odpowiedni rozgłos. Mimo, że właściwa premiera w Polsce dopiero 9 października postaram się w 10 pytaniach (bez zdradzania elementów fabuły, wielkich spojlerów… ograniczę się może do ogólnodostępnego zwiastuna) zachęcić miłośników science-fiction i nie tylko do odwiedzenia kina. Albo i nie. (więcej…)

Read Full Post »

Rzadko trafia się film, który jest poprowadzony przez 120 minut z żelazną konsekwencją i pomysłem. Film, który szanuje własną historię i niesilący się na szukanie kompromisu. Ostatnim obrazem, o którym mógłbym tak napisać jest Aliens Camerona – arcydzieło kina akcji science-fiction. Przesiąknięty testosteronem wymiatacz mistrza nie posiadał drugiego dna, gdyż miał za zadanie dostarczyć wysokiej klasy rozrywkę dla nieco starszej gawiedzi. Po 23 latach od wydania Aliens miło mi poinformować, że do kin zawitała podobna perła. I choć Blomkamp nowym Cameronem jeszcze nie jest to ma wszelkie zadatki, aby przez następne dekady rozdawać karty w Hollywoodzie.

2009_district_9_018

Południowoafrykański reżyser przenosi widza do współczesnego Johannesburga, nad którym w wyniku braku paliwa od 20 lat stacjonuje ogromny statek kosmiczny. Jego pasażerowie – 1.8 miliona obcych przypominających krewetki – zamieszkują biedne dzielnice miasta i stanowią poważny problem dla tutejszych obywateli. Specjalnie powołana jednostka MNU ma za zadanie przesiedlić kosmitów do stworzonych obozów koncentracyjnych. To zadanie zostaje zlecone wybijającemu się urzędnikowi – Wikusowi van de Merwe.

Wikus jest produktem naszych czasów. Niepozorny karierowicz z ukrytym charakterem bydlaka i chama. Kiedy przychodzi co do czego nie mięknie i spala barak pełen jaj, z których wykluwają się obcy, a następnie opisuje dźwięk pękającej pod wpływem wysokiej temperatury skorupy. Wikus ma swoje sposoby na przekonanie krewetek, aby podpisały się pod nakazem eksmisji. Niemniej to właśnie jemu przyjdzie stanąć po obu stronach barykady w wyniku nieszczęśliwego wypadku.

Blomkamp nie owija w bawełnę. Tworzy prawdziwy, namacalny klimat wydarzeń. Reporterski styl z użyciem tradycyjnych ujęć oraz kamer ochrony i telewizji potęguje wrażenie realizmu – to może dziać się naprawdę! Na drugim biegunie mamy bardzo dobre efekty specjalne, które nie wybijają się na pierwszy plan, a pomagają w opowiadaniu historii. Forma jaką przybrał D9 jest niewątpliwie bardzo atrakcyjna dla widza i mimo 30 milionów dolarów budżetu tandety realizacyjnej na ekranie nie widać.

2009_district_9_014

Dystrykt 9 jest nieco innym kinem akcji. W odróżnieniu od takich Transformersów potrafi zagrać na ludzkich emocjach i zmienić pogląd widza na dany element fabuły. Największy twist dotyczy oczywiście Wikusa. Postać z początku wzbudzająca śmiech i wrogość, z czasem staje się bohaterem tragicznym, rozdartym między światem ludzi, a światem obcych. Podjęte decyzje wychodzą z sytuacji, których Wikus miał okazję zaznać. Oczywiście nie będę zdradzał niespodzianki (same zwiastuny też niewiele w tej kwestii mówią), ale zaznaczam, że kilka scen chwyta za serce, ale nie są to momenty rodem z Harlequina.

Blomkamp robi jednak wszystko, aby przerzucić tempo filmu na szybsze tory. Druga połowa to istna rozpierducha z fruwającymi kawałkami ludzi i krwią zabrudzającą obiektyw kamery. Finał zaś jest małym, technicznym majstersztykiem. Pada pytanie – czy aby czasem reżysera nie poniosło? Ja pomysł Blomkampa kupuję bez wahania, bo sam temat (pomijając formę realizacji) mógłby nadawać się na parodię, a nie na poważne kino science-fiction. Tymczasem autor wychodzi z opresji z tarczą, a na dodatek dostarcza kosmicznych wrażeń wizualnych.

Dystrykt 9 to z pewnością ważne wydarzenie w światku filmowym. Sukces za oceanem potwierdza, że ludzie są złaknieni hardkorowych rozwiązań, które kiedyś były normalką, a dziś stanowią przejaw szaleństwa. Blomkamp swoją szansę wykorzystał. Teoretycznie można zarzucić jego produkcji naprawdę sporo, ale odmówić jej polotu i finezji realizacyjnej już nie. O niepoprawności politycznej nie wspominając…

ocena45

Read Full Post »

Wyśmienity kicz

Nie będzie o nowym Tarantino, ale o czymś starszym. Rzecz tyczy się Verhoeven’a i jego Żołnierzy kosmosu. Nie wiem po raz który obejrzałem ten film, ale przy każdym seansie znajduje w nim coś nowego, co wcześniej umknęło mojej uwadze. To taki science-fiction flick pokryty lekkim kurzem, aczkolwiek co jakiś czas odświeżany i budujący wokół siebie otoczkę kultu. Nie znam równie fajnego dzieła. Nawet Terminator siada przy obrazie Verhoevena w kategoriach rozrywkowych.

starshiptroopers2

Starship Troopers to baaardzo dziwny miks, właściwie wszystkiego co da się wrzucić do scenariusza. Fabuła jest prosta jak linijka, nie zagłębia się w portrety psychologiczne bohaterów, nie kryje żadnych wartości i przesłań. A mimo to kino wojenne powinno zmuszać do refleksji. Nie tym razem. Troopersi tak naprawdę nie muszą udawać, że są czystą rozrywką. Bo nią są. Ale w przeciwieństwie do współczesnego stylu chaosu i ekranowej anarchii na bazie filmów Michaela Baya tu wszystkie składniki są ułożone inteligentnie i bez zbędnych ceregieli. To tak jak z gotowaniem zupy. Jest przepis, a przyprawy mają tylko podreperować jej smak pod gust smakosza.

Verhoeven nikogo nie oszczędza. Zrywa z tendencją dążenia do kompromisu i wali w oczy w pełni autorskim pomysłem. Bohaterowie (a jest ich sporo w całej historii) zostają rozrywani na strzępy. Jeden po drugim. Kończyny latają, ciała są przebijane przez robale, amunicji w magazynkach ubywa z każdą sekundą, a wojna trwa w najlepsze. Reżyser wiedział co robi, bo aktorów tak naprawdę na planie nie miał. Wszyscy są piękni i młodzi. Ale grać nie umieją. Dlatego giną. I to jest piękne.

starshiptroopers1

Od Żołnierzy Kosmosu zalatuje wręcz komiksowym sznytem. Coś w tym jest. Niektóre kadry wręcz proszą się o „chmurki” z dialogami i przypisem. Dodajmy do tego przerywniki z najświeższymi wiadomościami ze świata polane groteskowym sosem absurdu i luzu. Pełne pompatycznych treści wypowiedzi dowódców to kolejny dowód na to, że Verhoeven kręcił całość z przymrużeniem oka. Ale gdy przychodzi co do czego skóra cierpnie na widok egzekucji ludzi.

Ta jedna scena definiuje całość i staje się reklamą Starship Troopers. Lądowanie na Klendathu w rytm fenomenalnej muzyki ś.p. Basila Poledourisa. Pewność z jaką żołnierze wychodzą z transporterów jest tym bardziej przerażająca w kontekście finału sekwencji. Niemal 8 minut wyczuwalnego stylu Verhoevena. Chociaż nie, cały film jest iście verhoevenowy:

ocena45

P.S. Powstały również kolejne 2 części, jednak w opinii ludzi nie warto nawet na nie splunąć.

P.S.2 Efekty specjalne jak na 1997 rok wymiatają po dziś dzień. 2 lata później Lucas nakręcił Mroczne Widmo, które przy filmie Verhoeven’a wygląda co najwyżej średnio.

Read Full Post »

Paulo Coelho w Alchemiku zawarł bardzo mądrą sentencję – To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące. Niemal idealnie odwołuje się to do bohatera filmu „Observe and report”, który pracując jako stróż w hipermarkecie stara się nadać swojemu życiu jakiś koloryt. Tylko nie za bardzo mu to wychodzi. Reżyser Jody Hill chciał przemycić w swojej komedii nie tylko ostry dowcip, ale również jakąś nutkę do przemyślenia. To drugie nie do końca mu się udało.

observe1

Ronnie Barnhardt jest nieco gapiowatym ochroniarzem, który wraz ze swoimi opóźnionymi kolegami strzeże jednego z największych centrów handlowych w mieście. Czas w pracy upływa pod znakiem darmowej kawy w barze, wymianie nieuprzejmości z irackim imigrantem ze stoiska, a także na podglądaniu Brandi z działu perfum. Kłopoty zaczynają się w momencie, gdy hipermarket regularnie zaczyna odwiedzać pewien ekshibicjonista straszący klientów. Ronnie „czuje” misję wypatroszenia delikwenta.

„Observe and report” jak na wstępie wspomniałem to przede wszystkim komedia. Gagi przesiąknięte są wulgaryzmami do kwadratu. Praktycznie żadna wymiana zdań nie została pozbawiona co najmniej jednego wyrażenia na literę F. Mnie to w sumie rajcuje, bo Seth Rogen ma dar do takich tekstów. Poziom dowcipów nie jest szczególnie wysoki, ale kilka razy można konkretnie parsknąć. Postać grana przez Rogena to typowy niedorajda i nieudacznik szukający szczęścia i to na nim skupia się fabuła filmu.

observe2

Hillowi o wiele gorzej poszły elementy moralizatorskie. Kompletnym niewypałem jest tu matka Ronniego, wieczna alkoholiczka podrywająca szkolnych kumpli syna. Niewiele lepiej prezentuje się wątek romansowy, a w zasadzie jego namiastka (choć scena kolacji jest bardzo zabawna). W końcówce obraz ma tendencję do dziwnego przyśpieszania wydarzeń na ekranie. Intensywność finału powoduje, że przy napisach końcowych czujemy niedosyt.

Nowa komedia z Rogenem to takie sobie dowcipkowanie na temat ochroniarskiego fachu. Tematy braku perspektyw, stagnacji, kiepskich zarobków, a także niezbyt wysokiej inteligencji połączonej z pogonią za marzeniami zostały przez Hilla solidnie wyeksponowane. Z trudem przychodzi mi jednak zachwalanie „Observe and Report” bo niczym mnie on nie zaskoczył. Ale nie oznacza to, że nie można dobrze się przy nim bawić.

ocena3

Read Full Post »

Idol is back

Sezon ogórkowy trwa, ale nadal można się pośmiać. Choćby z tego:

17again

Jak dobrze, że District 9 zbliża się do Polski…

Read Full Post »