Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2009

Francuski ruch oporu działa!

Inspiracje amerykańskim kinem lat 80. i 90. są zawsze mile widziane we współczesnej kinematografii. Spowijana mrokiem, syfem i realizmem rzeczywistość ustąpiła wypucowanym i ugrzecznionym do granic produkcjom wychodzącym prosto z MPAA. Dlatego takie filmy jak The Nest łykam bez najmniejszego oporu. Posiadają wady, parę scenariuszowych głupot, ale przynajmniej mam pewność, że nikt nie sprzedaje mi fałszu prosto w ryj.

thenest2

The Nest to francuski akcyjniak z 2002 roku, opowiadający losy broniącej się w magazynie przeładunkowym przed falami przeciwników jednostki antyterrorystycznej. Obraz raczej zapomniany przez widzów, bo i nie wszedł do kin, a na DVD wyrwać go jest ciężko gdziekolwiek. Nie mniej pozycja Florenta Emilio Siri to kawał fajnego filmu, uszytego z klasycznego materiału. W powietrzu czuć zapożyczenia z Ataku na posterunek 13. Całość okraszona  świetnymi zdjęciami i wieloma trikami operatorskimi sprawia bardzo dobre wrażenie.

Reżyser ponadto maczał swoje palce przy Splinter Cell. I to widać. Antagoniści niczym Sam Fisher korzystają z wypasionych noktowizorów, a brak źródeł światła staje się dla jednym atutem, a dla drugich dyskomfortem w działaniach. Pomimo dość standardowego motywu „Last man standing” historia wciąga, głównie dzięki ciekawym patentom fabularnym. Wczuciu się w atmosferę osaczenia pomaga umiejętnie dobrana obsada, w której nie zabrakło zarówno zakazanych mord jak i walecznych kobiet. Jedna z nich – kierująca oddziałem – mogłaby być siostrą Vasquez z Aliens.

thenest1

Podsumowując, The Nest to sprawne dziełko. Francuskie, bo francuskie, ale miejscami tego nie czuć. Jest tu trochę banału, niekonsekwencji i naiwności. Dla wielu widzów finał może być rozczarowujący. Ale krew jest, wulgaryzmy są, ofiary są – dla mnie to wystarczający powód do pochwały.

ocena35

P.S. Zwróćcie uwagę dla kilka sztuczek z przejeżdżającą przez przeszkody kamerą 🙂

Read Full Post »

Avatar’s Day czyli…

Na ten dzień czekała chyba połowa obecnej populacji Ziemi. Tygodnie oczekiwań, wszechobecny hype, rewelacje wyniesione z Comic-Con, systematycznie ujawniane nowinki, wywiady z reżyserem oraz aktorami… Dnia Avatara nie można było przegapić. Pojawił się zwiastun. Ludzie rzucili się na niego tak, że zlagowali sieć, a ściągnięcie filmiku promującego w HD graniczyło z cudem. Czyhałem kilka godzin na stronce Apple co jakiś czas odświeżając jej zawartość i licząc, że magiczny licznik zamieni się w baner reklamujący główną stronę z teaserem. No i doczekałem się tej chwili.

avatarpic19Sam Worthington w wersji avatarowej

Skrypt Avatara przeleżał w szufladzie Camerona dość długo. Podobno twórca Terminatora chciał się zabrać za projekt po nakręceniu Prawdziwych kłamstw w 1994 roku, ale na przeszkodzie stanęła mu technika, a właściwie jej brak. James czekał przez kolejne lata w międzyczasie zgarniając Oscary za Titanica i eksperymentując z filmami 3D o życiu w głębinach oceanu co wiązało się z przygotowaniem gruntu pod nowy film. Warto wspomnieć, że Avatar pobił rekord długości postprodukcji – według niektórych źródeł prace nad szlifowaniem efektów specjalnych trwają od 4 lat. Pomimo licznych obowiązków aktorzy wielokrotnie stawiali się na planie filmowym na tzw. dokrętki gdyż to co reżyserowi i specom od technologii podobało się w 2006 niekoniecznie pasowało kilka miesięcy później.

O czym właściwie ma opowiadać Avatar? Cameron nigdy nie krył wielkich tajemnic fabuły i zdradzał kawałek po kawałku swoim fanom czego należy się spodziewać. Mamy więc sparaliżowanego komandosa Marines  Jake’a Sully który wyrusza na zamieszkiwaną przez prymitywną rasę Navi planetę Pandora. Tu również znajduje się placówka militarno-badawcza ludzi. Sully otrzyma od losu niebywałą szansę – technologia przyszłości pozwala na połączenie DNA ludzkiego i Navi oraz na transfer świadomości do nowego ciała. Tym sposobem żołnierz zyska nadludzką siłę oraz zręczność, aczkolwiek kosztem wyobcowania, gdyż resztę życia spędzi w dżunglach Pandory. Cameron zapowiada epicko zrealizowane widowisko, prawdziwą przygodę i czysty fun w trakcie seansu. A wszystko to dzięki nowatorskim metodom tworzenia materiału zdjęciowego. Podobno „bajerów” ma być od cholery i jeszcze trochę.

avatarpic4Krajobraz Pandory – wow!

Avatar od początku tworzony jest dla seansów 3D. To ma być ten tytuł, to dzieło, ten obraz, który ostatecznie przekona filmowców do kręcenia w trójwymiarze. Oczywiście nie każdy gatunek skorzysta z dobrodziejstw wynalazku Camerona, nie mniej przyszłość kina jaką obwieszcza sam reżyser brzmi ciekawie, a przede wszystkim realistycznie. Zmienić się musiała również mentalność właścicieli kin, którzy zainwestowali potężne pieniądze w nowe ekrany obsługujące format IMAX oraz 3D Dolby Digital Cinema. Avatar takim bodźcem właśnie się stał. To dla niego ludzie pójdą do kin po raz pierwszy ze specjalnymi okularami na nosie. To nie ulega wątpliwości. Na drugim biegunie znajdują się jednak sceptycy, którzy po obejrzeniu zwiastuna kręcą nosem.

Okazało się bowiem, że nie taki „awesome” ten Avatar jest jak z zapowiedzi wynikało. Odezwały się głosy, że dostaniemy (i tu cytuję) „podrasowanego Pixara”, „nowe Final Fantasy”, „intro z gry”, „dodatek do World of Warcraft” czy nawet „bajkę dla dzieci”. Cóż, nie wysuwam pochopnych wniosków, bo oczekuję po prostu wypasionej przygody z pomysłem. Na pewno Jamesowi nie można odmówić wizjonerstwa – świat Pandory został zaprojektowany co do piksela. Fruwające kawałki lądu, dziwne stwory, bujna roślinność, a w tle rozgrywający się konflikt. Przynajmniej na papierze wygląda to już megadobrze. A co z wykonaniem?

avatarpic39Na to czekam najbardziej

Jeszcze 2 lata temu byłem święcie przekonany, że Avatar porozstawia po kątach konkurencję. Dziś tak różowo nie jest. W międzyczasie pojawiły się Transformers, Benjamin Button, które podnioły poprzeczkę w korzystaniu z dobrodziejstw CGI. Nic dziwnego, że Cameron studził zapały. Jak się okazało – słusznie. Bo On celuje w coś innego. Zwiastun naturalnie pokazuje efekty bardzo dobrej, wręcz znakomitej jakości (jest to zapewne współczesny top możliwości stacji graficznych). Ale nie rewolucyjnej. Kompy na dzisiaj nie są w stanie idealnie zastąpić żywych aktorów. CGI pozostanie CGI, zwłaszcza gdy imituje coś skrajnie nierealnego – w tym przypadku kosmitę. Cameron mimo wszystko buduje na fundamentach technologii całą historię, aktorów przemienia na błękitnych ufoków o kocim spojrzeniu i umieszcza w renderowanych zaroślach. Trzymam kciuki, abym to kupił w grudniu.

Większe zdziwienie ogrania mnie kiedy czytam forum na IMDB. W jednym z odcinków kapitalnego College Humor usłyszałem piosenkę We Didn’t start a Flame War. Ona idealnie obrazuje syf jaki się tam wytoczył. Wyzwiska, tysiące dowodów na fotorealizm CGI, Avatards, nerds, rozczarowanie, rzucanie mięsem, nienadążająca moderacja… Ludzie poczekajcie na film. To naprawdę nie boli 🙂

Read Full Post »

Wreszcie! Po kilku latach niepowodzeń Amerykanie (a także My!) doczekali się całkiem udanego rimejka! Shutter, oba Ringi, Teksańska Masakra, Piątek 13-tego, The Grudge, Dark Water – te filmy osiągnęły co najwyżej przeciętny poziom grozy oraz wykonania, a miejscami sięgały po prostu dna. Dzisiaj będzie inaczej, lepiej, może nie idealnie, ale przede wszystkim zachęcająco. Do polskich kin wkracza nieco spóźniony Ostatni dom po lewej, czyli nowa wersja obrazu Wesa Cravena z 1972 roku.

lhontl2

Na wstępie wspomniałem, że remake to udany i warty przyjżeniu się mu z bliska. Ba, w wielu kwestiach jest po prostu lepszy od oryginału, który mocno dołował w elementach technicznych oraz fabularnych. Scenariusz do Domu AD 2009 został poddany sporym modyfikacjom, aczkolwiek nie zatracił on sensu i czucia oryginału. Akcja dzieje się więc dzisiaj. Mamy typową amerykańską rodzinkę (całkiem nieźle ustawioną), która wybiera się na wakacje do swojego domku nad jeziorem. Jedyne dziecko państwa Colingwood postanawia wyruszyć samochodem do pobliskiego miasteczka, aby spotkać się z koleżanką. Ta z kolei oferuje młodej Mari palenie zielska. Obie trafiają pod strzechy nowo poznanego Justina. Zabawę młodzieży przerywa wejście ojca chłopaka wraz z dwójką przyjaciół. Tatuś oraz jego kompani (w tym jedna laska) okazują się być mocno pieprznięci i poryzani na umyśle. A później jest już tylko gorzej…

Zgodnie z tendencją gatunku, głównej bohaterce musi stać się krzywda. Ale wybicia zębów czy kopania po żebrach nie zobaczycie. Twórcy poszli na całość i zaaplikowali bardzo MOCNĄ scenę znęcania się nad młodą Mari. Jest to sekwencja tak intensywna, że włos się jeży, a szczęka opada. Te kilkanaście minut, które poświęcił reżyser na wykreowanie tzw.  clou filmu powoduje, że główni antagoniści zyskują u widza status prawdziwych popaprańców. Zresztą cała banda została nieźle przedstawiona i zagrana. Znany z Kronik Sary Connor Garret Dillahunt stworzył niesamowitą postać szefa grupy – Kruga. To facet, któremu sam bym udzielił pomocy i schronienia, bo wydaje się sympatycznym człowiekiem.

lhotl1

Remake w porównaniu z oryginałem jest również lepiej nakręcony i wyważony pod kątem brutalności. Jest krwawo, ale bez przesady. U Cravena odgryzane były członki, a kończyny odcinano piłą mechaniczną co przypominało bardziej komedię gore, aniżeli poważny dreszczowiec. W filmie Illadisa jest nieco lżej, ale wciąż mrocznie. Rzeź przez cały czas wisi w powietrzu i czeka na punkt kulminacyjny. Przemoc podana jest ze smakiem (jakkolwiek to brzmi) i tylko w jednym momencie niebezpiecznie zbliża się do groteski.

Ostatni dom po lewej to bardzo fajny, wciągający film. Szkoda, że na jeden raz. Dobrze dobrana obsada aktorska, porządna realizacja oraz trzymająca w napięciu historia stanowią za główne plusy obrazu Illadisa. Nie jest to oczywiście szczyt szczytów kinematografii, ale i tak warto z rimejkiem się zapoznać. To w gruncie rzeczy pierwszy od Eden Lake thriller, który mi się naprawdę spodobał.

ocena4

Read Full Post »

Awitaminoza łączy

Co wydarzy się w Vegas, zostaje w Vegas – z taką dewizą wyrusza do stolicy grzechu 4 kumpli, którzy postanawiają zorganizować jednemu z nich wieczór kawalerski. Po upojnej zabawie budzą się na przeraźliwym kacu i z przerażeniem stwierdzają, że pana młodego gdzieś wcięło, a w łazience czai się tygrys. Po kilku próbach zaczerpnięcia świeżego powietrza postanawiają pokusić się o przypomnienie wydarzeń z poprzedniej nocy, a przede wszystkim znalezienie zaginionego kolegi. Szaleństwo!

kacvegas2

Kac Vegas (angielski tytuł to The Hangover) to jeden z największych hitów tego roku w Stanach i film, który jeszcze przed premierą okrzyknięto najlepszą komedią od lat. Czy Todd Phillips podołał zadaniu? Generalnie  spodziewałem się czegoś znacznie lepszego (jak na takie recenzje), ale to dalej kawał niezłego humoru. Problem Phillipsa polega na tym, że w jednej chwili trafia z gagiem jak mało kto, by później wywołać u mnie wzruszenie ramionami.

Nierówność Kac Vegas jest więc jego przekleństwem. Na całe szczęście scenarzyści nie poskąpili aktorom wolności, a Ci odnajdują w  granych przez nich 30-latków na dorobku totalny luz. Jest chemia, są świetne one-linery, a zwłaszcza nieskrępowana zabawa. Szkoda, że co jakiś czas reżysera zawodzi nos – mam tu na myśli motyw z chińskimi gangsterami. Jakkolwiek tych pozytywnych numerów jest i tak więcej, co wychodzi The Hangover na plus.

kacvegas1

Nie zostałem powalony na kolana, ale bawiłem się i tak nieźle. Co prawda do mojej uluionej trójcy AnchormanTalladega NightsWalk Hard obraz Phillipsa poziomem nawet się nie zbliżył, ale nie mogę mu odmówić pewnego uroku. Ile razy bowiem urwał nam się film i nic nie pamiętaliśmy z zeszłej nocy? To sprawia, że bohaterowie oraz historia wydają nam się całkiem bliscy.

ocena35

Read Full Post »

I kolejna już porcja najlepszych zajawek, tym razem wyrwana prosto z lat 80. (więcej…)

Read Full Post »

Egzorcyzmy Dorothy Mills to zdecydowanie chybiony tytuł dla tego filmu. Polski dystrybutor zrobił jednak co trzeba, aby przyciągnąć widzów umyślnie nawiązując do hitu Egzorcyzmy Emily Rose. Problem w tym, że żadnych liturgicznych obrzędów tu nie uświadczyłem, a całość ma zdecydowanie katolicki posmak z domieszką psychologicznego kina grozy. No dobra, czas przejść do tzw. mięsa, czyli co w Dorothy Mills jest fajne, a co złe.

dorothymills1

Na pierwszy rzut idzie aktorstwo. Zero gwiazd w obsadzie, skromność, umiejętnie dobrane twarze i przede wszystkim rzetelność. Obraz reżyserki Agnes Merlet broni się w tej kwestii całkiem znośnie. Z całej gamy postaci na pewno należy wyróżnić tytułową Dorothę Mills, która jak się okazuje – potrzebuje pomocy psychologa, gdyż cierpi na zwielokrotnienie jaźni (a już rozdwojenie to prawdziwa masakra!). Do tej roli potrzebna była młoda aktorka o anielskiej twarzy, ale diabelskim charakterze. Wybór padł na debiutantkę Jenn Murray. Decyzja ryzykowna, aczkolwiek słuszna. Dziewczyna poradziła sobie świetnie przynajmniej raz wkręcając mnie w typową psychologiczną fazę, po której odczuwam na plecach ciary. Równie wiarygodnie wygląda dalszy plan z mieszkańcami odizolowanej od świata wioski. Pełno tu typowo irlandzkich facjat, za które najchętniej skazałbym na 10 lat prac w kamieniołomach.

Plusem Dorothy Mills jest z całą pewnością umiejętnie zbudowany klimat balansujący między rzeczywistością, a jawą. Ładna pani psycholog z musu porusza się po zabłoconych drogach skrzypiącym złomem, a nad wioską Słońce ostatni raz zaświeciło pamiętnego poranka gdy stary wyga O’Connell złapał ważącego 3 kg dorsza na swoim zardzewiałym kutrze (czyli nie wiadomo kiedy). Do tego na wyspie non stop pizga, leje i generalnie jest chłodno. Taka aura sprzyja kreowaniu grozy, niepewności, a przede wszystkim nieprzewidywalności.

dorothymills2

Mimo wszystko film jest przewidywalny, co raczej nie przysparza mu zalet, a generuje kolejne wady. Obraz mógłbym podzielić na dwie części: przed fabularnym twistem i po twiście. Pierwsze 45 minut jest autentycznie solidne, dobrze wyreżyserowane i daje nadzieje na niezły finał. Ten rozczarowuje na całej linii. Czasem miałem wrażenie, że reżyserka stoi nade mną i pilnuje czy aby na pewno zrozumiałem kogo zabili, a kto zawinił. Bez jaj, to nie dramat filozoficzny a thriller! W rezultacie zakończenie jest nie tyle złe, co po prostu banalne. Reżyserka odkrywa wszystkie karty, powtarza to co już wiemy (a po co?) i  używa kretyńskich środków przekazu.

Ostatni akt kładzie całość na łopatki. Zupełnie niepotrzebnie, bo przez dobre kilkadziesiąt minut oglądałem dobry, zajmujący thriller z emocjami, zimnym klimatem i przyzwoitym aktorstwem. Co do polskiego tytułu, to oczywiście jest to skok na kasę. Błąd, bo pierwszy człon nazwy jest mylący i w sumie krzywdzący dla tej produkcji.

ocena2

P.S. W jednym z odcinków Pogromców mitów udowodniono, że wydostanie się z tonącego samochodu graniczy z cudem.

Read Full Post »

Na Alien Trespass zarzuciłem haka już jakiś czas temu. Jest 2009 rok, a tu nagle ktoś wyskakuje z filmem science-fiction, który wygląda niczym klasyka lat 50. i 60. Nie domaga tu w zasadzie wszystko – od aktorstwa po efekty specjalne. Ale to zabieg celowy, mocno stylizacyjny, który podparty ciekawym pomysłem i oddanym sercem reżysera mógł odnieść sukces w środowisku fanów niszowych, aczkolwiek jajcarskich produkcji. No właśnie. Czy Alien Trespass spełnia swoje zadanie?

alientrespass2

Odpowiem od razu – nie. Aczkolwiek to zły obraz nie jest. Szacunek twórców do kultowych pozycji z kanonu widoczny jest niemal na każdym kroku. Już sam pomysł wyjściowy na historię zahacza o niemal podstawy gatunku. W okolicy miasteczka Mojave rozbija się statek kosmiczny. Zbiegły z pokładu potwór Ghota stanowi zagrożenie dla mieszkańców, a w pościg za nim rusza kosmita Urp, który jednocześnie pożycza ciało od lokalnego naukowca – doktora Lewisa.

Oglądając Alien Trespass nie sposób odczuć specyficznego klimatu. Tu nic nie jest poważne – wygląd potwora śmieszy, postacie wygłaszają do bólu banalne kwestie, a aktorzy grają nadekspresyjnie. Nie brakuje sztandarowych elementów tego typu kina: młodego policjanta-harcerzyka oraz wiecznej dziewicy, która nie chce całować się z chłopakiem. No i oczywiście pojawia się ulizany kolega w skórze i nowym Polaroidem w dłoni. Większość akcji toczy się zza dnia, w barze, na posterunku policji i okolicznych pustkowiach. Wszystko jest na swoim miejscu.

alientrespass1

Problem Alien Trespass jest dość kuriozalny, albowiem nie wiadomo jaką ten film ma pełnić rolę. Jeżeli reżyser planował satyrę – wyszło mu to raczej słabo, a przede wszystkim zbyt przejrzyście. A może to jest komedia? Zaśmiałem się dosłownie 2 razy. Czy to utrzymany w duchu kina lat 50. pastisz? Zbyt oklepane, aby było prawdziwe. Nawet jeśli, to po co nam taki film w obecnych czasach?

Jedyną ideą, która na 100% wypaliła było zatrudnienie samego Roberta Patricka w roli stróża prawa. Gdyby nie pewne ramy konwencji facet ubliżałby ludziom w co drugim zdaniu, a jego pełne seksualnych podtekstów gadki przeszyłyby do historii. Tak czy siak występ nieco zapomnianego T-1000 przyjąłem z uśmiechem i niech tak pozostanie. Bo cała reszta jakoś mnie nie rozgrzała.

ocena25

Read Full Post »