Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Lipiec 2009

Gińcie, przepadnijcie, pijcie ocet, wpieprzajcie sól. Najlepiej idźcie sobie. Tak moi drodzy dystrybutorzy. Życzę wam jak najgorzej. Skoro nie szanujecie mnie, to ja nie będę szanował was (celowo z małej litery). Uczciwa wymiana, nieprawdaż? Nie wiem o co wam chodzi, czym się kierujecie, co robicie w wolnym czasie. Ale powiem wam o co mi chodzi. Dość tej zlewki! Nie róbcie sobie z ludzi jaj. Świat dookoła ślepy nie jest. On obserwuje i wytyka błędy. Ale świadomie, nie specjalnie – bo chce, aby coś w tym kraju się polepszyło.

2009_district_9_002

Rzecz rozchodzi się o 3 filmy science fiction, które jeszcze w tym roku wkraczają do kin… na całym globie. No prawie. Wszędzie, tylko nie u nas. Już zdążyłem zapomnieć jak zrobiliście w bambuko ludzi przy okazji Zapaśnika (pół roku opóźnienia), Zack i Miri kręcą porno (rok) oraz 30 dni mroku (półtora). To nie było śmieszne, to było smutne. Na tyle, że wielu widzów rozkładało ręce przed kasami i klnęło „K… przecież my to już widzieliśmy 2 miesiące temu na DVDrip!”. Nie wierzycie? To spójrzcie na frekwencje owych filmów w polskich salach.

Nie będę pisał jak mi jest przykro. Nie dam wam tej satysfakcji. To nie jest jakiś apel, prośba czy rozkaz. Jeżeli jednak nie przyłożycie się do roboty, którą wykonujecie – wysadzą was z siodła inni. Energiczni, młodzi, którym zależy. Na czymś. Bez niepotrzebnej „maniany”. Drodzy dystrybutorzy – ja wierzę, że kiedyś ockniecie się z tej padaki i wreszcie ruszycie cztery litery. A jak nie.. no cóż, nie znacie siły narodu. Jeszcze.

2009_moon_013

Tak więc po kolei: Moon Duncana Jones’a zawitał do Stanów całkiem niedawno i spotkał się z bardzo pozytywną opinią zarówno krytyków jak i widzów. Kosztująca niespełnia 5 milionów dolarów, niezależna produkcja opowiada losy Sama Bella – astronauty, który po 3 latach pracy w jednoosobowej bazie księżycowej postanawia wrócić na Ziemię. Coś postanowi pokrzyżować jego plany. Według fanów filmik trzyma w napięciu do samego końca i jest to jedna z najlepszych gatunkowo pozycji w tym wieku. Data premiery w Polsce: NIE WIADOMO.

District 9 – wspólny projekt Petera Jacksona (tak, tego od Władcy Pierścieni) i młodego reżysera z RPA Neilla Blomkampa, kosztujący 30 milionów dolarów. W slumsach Johannesburga osiedlili się kosmici. Po 28 latach pokojowo nastawieni obcy wydają się być dla Ziemian problemem. Specjalnie powołana organizacja ma za zadanie zdobyć technologię i broń przybyszów. Ale do jej aktywacji potrzebne jest specjalne DNA. Film otrzymał kategorię R i wydaje się niezwykle ciekawym obrazem, który do amerykańskich kin wchodzi lada dzień. Data premiery w Polsce: NIE WIADOMO.

Avatar – o nowym filmie Jamesa Camerona napisano już tyle, że powielanie pewnych informacji byłoby z mojej strony nonsensem. Skupię się na dacie premiery. Nie mam nic do małych opóźnień – tydzień, kilkanaście dni, to mogę jeszcze zrozumieć. Śmieszy mnie jednak argumentacja, z jaką CinePix postanowił przekonać widzów do swoich racji. Otóż 7-dniową obsuwę dystrybutor tłumaczy przedświąteczną gorączką zakupów, podczas których mało kto miałby w głowie wizytę w kinie. Dlatego zamiast 18 grudnia Avatar obejrzymy…25 grudnia, czyli w pierwszy dzień świąt. No zapewne, wtedy przy rodzinnej kolacji będę marzył o odwiedzeniu pobliskiego multipleksu… Gratuluję Cinepix ciętego humoru i wielkiej wiary. Dołączyliśmy tym sposobem do Trynidadu i Argentyny, gdyż reszta świata premierę ma zgodną z planem.

Read Full Post »

Po Terminatorze, Parku Jurajskim i 300 przyszła kolej na następne zrywające beret, niesamowicie klimatyczne reklamy filmów. Zapraszam na część drugą. (więcej…)

Read Full Post »

Bądźmy szczerzy – kariera Jasona Stathama znajduje się obecnie na zakręcie. I to takim ostrzejszym niż zazwyczaj. Mam szacunek do Van Damme’a, Seagala czy tam Lundgrena, bo oni już swoje zarobili. Ale Statham to jeszcze młody chłoptyś z kultowym, angielskim akcentem i do tego solidnie uzdolniony. Problem w tym, że jego agent prawdopodobnie tego nie widzi (albo nie chce widzieć) i przydziela mu role w coraz to bardziej skrzywionych pod kątem sensu i logiki produkcjach. A pamiętam jeszcze ten tego.. no Snatch Guya Ritchiego, gdzie Jason wypadł fajnie i ze smakiem. Ostatnie lata nie są jednak dla niego łaskawe, można wręcz mówić o fatalnej passie. Dungeon Siege, Death Race, Transporter 3 – to kino nawet nieambitne, co po prostu debilne i zbędne jak dieta dla posłów. Gdzieś tam przebija się przyjemny Bank Job, ale co z tego skoro potem widzę go w gniocie Uwe Bolla? Czy to koniec? Nie. Kumacie, że Statham postanowił zagrać w tym:

crank2_poster

Zmierzch kina nadchodzi, albowiem Dungeon Siege czy nawet Death Race to przy Crank 2 przejaw scenariuszowej maestrii. Fabuły nie ma tam ŻADNEJ, aktorstwo jest ZNIKOME, a całość każe się zastanowić czy tzw. exploitation movies powinny gościć na wielkim ekranie. Adrenalina 2 takim tytułem właśnie jest – przekracza granice dobrego smaku co 5 sekund.  Czy jest to wciąż film, czy też gra komputerowa? Oglądając czołówkę mam coraz większe wątpliwości.

Jason gra tutaj Cheva Cheliosa – faceta, który w wyniku upadku z helikoptera trafia pod nóż Azjatów i zostaje pozbawiony serca. Mili skośnoocy (a przy okazji zazdroszczący Chevowi wielkiego penisa) zostawiają w jego klatce elektryczny akumulator. Aby przeżyć, Jason musi co jakiś czas go ładować, a gdy zostaje pozbawiony baterii…Uffff. Po co ten opis? W skrócie wygląda to tak, że Statham przez 90% filmu biega, zapieprza, skacze po maskach samochodów, ulega wypadkom, aby w przerwie „popieścić się” kolejnym źródłem elektryczności. Jeżeli gustujecie w kinie nonsensu i zakręconych jak słoik pomysłów to Adrenalina 2 będzie dla was jak jazda na rollercoasterze.

Nie widzę potrzeby zbytniego rozwodzenia się nad tym jak „reżyser umiejętnie zapożyczył elementy z Godzilli”, czy „aktorzy spisali się nad wyraz dobrze, świetnie odnajdując się w niecodziennej konwencji”. Nie. Crank 2: High Voltage to pozycja najprostsza z najprostszych, nie wymagająca od widza w zasadzie niczego poza znalezieniem zgodnego z biletem miejsca i obserwacją jak antagoniści zwracają się do Cheva per „Fu** you Chelios!”.

ocena3

Read Full Post »

Podczas gdy w kinach grają co grają (oprócz świetnego Public Enemies), ja przeglądałem sieć w celu przypomnienia sobie najmiodniejszych zwiastunów filmowych. Tak sypałem tytułami i przeglądałem materiały z nimi związane w przerwie między pracą, domem, a posiłkiem, że zgromadziło się tego aż tyle i jeszcze więcej… Dzisiaj część pierwsza mojej najobiektywniejszej listy superanckich reklamówek kinowych hitów wraz z uzasadnieniem. A jak ktoś się nie zgadza ten nie ma racji! (więcej…)

Read Full Post »

Historia amerykańskiego gangstera Johna Dillingera idealnie nadawałaby się na mocno zakorzeniony w tradycyjnej, wygładzonej formie prezentacji serial. Traf chciał, że za dzieje słynnego bandziora wziął się mistrz kina sensacyjnego Michael Mann, który w ostatnich latach dość mocno eksperymentował z technologią kręcenia filmów. Mann jak nikt inny ufa tzw. cyfrze. Praca kamery, której finalnym rezultatem jest maksymalnie surowy materiał rodem z dokumentów telewizyjnych wydawała się zgubnym pomysłem dla odzwierciedlenia epoki lat 30. ubiegłego wieku. Nic bardziej mylnego.

publicenemies2

Zanim przejdę do wychwalania Wrogów Publicznych muszę napisać coś ważnego – nowy film Manna może obejrzeć absolutnie każdy (pomijając małą widownię, gdyż obraz jest miejscami bardzo krwawy). Twardziele wychowani na Chłopakach z ferajny Scorsese docenią pieczołowitą realizację strzelanin na ulicach Chicago. Wymiany ognia są bardzo żywiołowe i realistyczne, a ofiar w ludziach nie brakuje. Na kinie Manna dobrze bawić się będą również kobiety. To dla nich bowiem przed kamerę sprowadzono czarujący duet Depp-Bale.

Ale żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – Wrogowie Publiczni to wciąż pozycja na wskroś gangsterska, twardo stąpająca na przygotowanym przez reżysera gruncie. Fabuła jest wręcz banalna, ale odpowiedzialni za skrypt ludzie zadbali, aby widz nie poczuł „że już to gdzieś widział”. Jest rok 1933. Nastała złota era dla amerykańskich oprychów, przede wszystkim dla Pretty Boya Floyda, Baby Face Nelsona i Johna Dillingera właśnie. Mimo, że cała trójka trzęsie przestępczym światkiem, to Floyda poznajemy u kresu jego kariery. Natomiast Dillinger stawia pierwsze kroki w zakładzie karnym, by w błyskawicznym tempie zwiać i rozpocząć nowe życie.

Wyznaczony do schwytania Dillingera agent Purvis w krótkim czasie obejmuje stanowisko szefa nowego, prowizorycznego biura do walki z przestępczością zorganizowaną o nazwie FBI. W tym momencie zaczyna się klasyczna zabawa w kotka i myszkę. Purvis wraz z innymi agentami poluje na Dillingera, a Dillinger w tym czasie okrada banki, zdobywa miłość i zmienia miejsce pobytu. Gangster zyskuje jednak w społeczeństwie status legendy, albowiem nawet w trakcie rabunku wykazuje się szlachetnością i zasadami (nie bierze pieniędzy od biedaków).

Pierwsze co rzuca się w oczy to realizacja. Filmu nie mogę porównać z klasyką gatunku z prostego powodu – obraz Manna porzuca wszelkie maniery tradycyjnego kina gangsterskiego z epoki. Cyfrowa kamera szusuje między postaciami, by w wielu momentach uwypuklić różne detale (ot choćby strzelbę Purvisa) i skupić się na szczegółach postaci znajdującej się w centrum ekranu. Pozornie całość nie wygląda pięknie, ale w rzeczywistości kryje się za tym żelazna, matematyczna precyzja operatora. Jest we Wrogach publicznych kilka takich sekwencji, które przyprawiają o dreszcze i nie są to wcale strzelaniny, a sceny przyciszone, budujące klimat i atmosferę napięcia.

publicenemies1

Mann trafił również z obsadą. Depp ewidentnie bawi się postacią Dillingera, ale nie jest to niekontrolowana parada na ekranie. W końcówce aktor daje prawdziwy popis swoich umiejętności ukazując emocje wzrokiem. Ani słowa, zdania czy dialogu. Sama mimika. Christian Bale również podołał zadaniu, ale jego bohater nie należy do wesołków czy ludzi pogodnych. Agent FBI to chłodna osoba polegająca na własnym planie schwytania bandyty i kalkulacjach. Reszta obsady sprawuje się bez zarzutu – Cottilard, Ribisi, Dorff oraz Crudup tworzą udany drugi plan.

Nowy film Michael’a Manna to obraz bardzo udany, czerpiący garściami z klasyki gatunku, ale jednocześnie podążający własnym stylem. To ważne, gdyż idąc do kasy po bilet drogi czytelniku musisz zdać sobie sprawę, że z takimi pozycjami jak Ojciec Chrzestny czy Nietykalni nie ma za wiele wspólnego. Mann pokazuje rzeczywistość bezkompromisowo, w sposób wręcz namacalny i mało wygodny. Albo się to kupuje, albo nie.

ocena45

Read Full Post »

Kod da Vinci, jeden z najbardziej oczekiwanych filmów Roku Pańskiego 2006 okazał się porażką. Medialny szum wywołany antyklerykalnym wydźwiękiem książki Dana Browna przerósł faktyczną wartość obrazu wyreżyserowanego przez Rona Howarda. Howard musiał później nieźle się tłumaczyć popełnionym gniotem producentom, ale przetrwał trudny okres. Co więcej, jego Frost/Nixon walczył o statuetkę na tegorocznej gali oskarowej, a więc nie zapomniał jak kręci się dobry film. Tymczasem znowu skonfrontował swoje siły z twórczością Browna. Uprzedzam – książki nie czytałem.

2009_angels_and_demons_017

Anioły i Demony to typowy, podgrzany przez tematykę religijną akcyjniak. Całość rozgrywa się w jeden wieczór, co jest zasadniczo plusem całej produkcji. Tempo akcji nie zwalnia ani na moment, muzyka dynamizuje sceny pościgów, a bogate w informacje i ciekawostki gadki głównego bohatera wprowadzają namiętnie widza w intrygę. Aczkolwiek to właśnie w Langdonie i intrydze tkwi największy szkopuł. Bo gdyby obedrzeć tak historię z całej masy strzelanin, pościgów i tryskających energią sekwencji otrzymujemy napompowanego balona pełnego dziur logicznych. Sam bohater filmowi nie pomaga. Jest niewiarygodnie jednowymiarowy, ot mądry, oświecony profesorek.

Howard ogranicza jego relacje z innymi postaciami do niezbędnego minimum. Wszystkie dialogi dotyczą głównej intrygi, która notabene przez jeden element zbliża się niebezpiecznie do miana bajki dla dużych dzieci. Jeszcze gorzej wypada partnerka ekranowa Langdona – ładna pani-fizyk Vetra, posiadająca nie mniejszą wiedzę na temat sztuki, historii i symboli od samego profesora. Sęk w tym, że postać ta przyczepiona jest do bohatera granego przez Toma Hanka niczym rzep, a sama niewiele robi.

2009_angels_and_demons_005

Sporo mówiło się również o antykościelnej wymowie filmu Howarda. I tu reżyser poszedł na kompromis, albowiem kwestia zbrodni kościelnych jest tu odstawiona niemal na bok, a najważniejsza broń przeciwko klerowi okrojona do zaledwie ewentualnych domysłów. Fani książki z pewnością wiedzą o co chodzi. Tak czy inaczej reżyser obdarł swój film z jedynego wartościowego składnika, fundamentu, na którym stała twórczość Browna. Kinowe Anioły i Demony w kategoriach kontrowersyjnych są wyjątkowo nieinwazyjne.

To nie jest do końca zepsuty film. Wielu widzów doceni sprawnie zrealizowaną akcję, szybki montaż i niezłe efekty specjalne. W Watykanie pojawia się nawet na moment pewna polska stacja telewizyjna, relacjonująca wybory nowego Papieża. Takie detale cieszą, podobnie jak scenografia, albowiem ekipie filmowców zabroniono kręcić zdjęcia w kaplicach, kościołach i kryptach. Szkoda, że forma Howarda wygląda jak sinusoida. Na 3 tytuły przypadają 2 przeciętne pozycje.

ocena25

Read Full Post »

Rok 1995. Brad Pitt wraz z Morganem Freemanem ścigają groźnego mordercę, który zbrodnie przeprowadza według planu 7 grzechów głównych. Se7en z miejsca staje się hitem, głównie dzięki pomysłowej fabule i genialnemu klimatowi. Rok 2009. Dennis Quaid podąża tropem innego złoczyńcy. Grzechy, grzeszki, niesnaski rodzinne stają się pretekstem do wplątania wątku biblijnych Jeźdźców Apokalipsy. Horsemen to zrzynka, do tego słabiutka.

horsemen1

Film szwedzkiego reżysera Jonasa Akerlunda posiada nawet dobrą obsadę. Wspomnianemu Quaidowi partneruje na ekranie urodziwa Zhang Ziyi, etatowy „Rosjanin z Hollywood” Peter Stormare oraz cała gama wielokrotnie widzianych aktorów drugoplanowych np. Eric Balfour i Barry Shabaka Henley. Kłopot rozpoczyna się w momencie, kiedy owe postacie reżyser wprowadza przed widza. Żaden z nich (oprócz Quiada) nie może wzbić się wyżej niż scenariusz tego nakazuje. Ziyi jest za mało, Stormare pojawia na całe 30 sekund, a Balfour służy tylko i wyłącznie jako kawał mięsa.

Horsemen próbuje co prawda nadrobić owe braki wątkiem ojca samotnie wychowującego dzieci, ale również dostaje srogie baty. Relacje rodzica z synami są tragicznie nudne i sztampowe. A na pierwszym planie rozgrywa się właściwy wątek dotyczący śledztwa. O co dokładnie chodzi? Nieznany sprawca torturuje ofiary, przy okazji znacząc je symbolami religijnymi. Policji dość długo zajmuje znalezienie związku między tajemniczymi znamionami i napisami na ścianach co wpływa na odbiór produkcji – Horsemen ciągnie się jak roztopiony ser na pizzy.

horsemen2

W paru momentach twórcom udaje się jednak zaskoczyć widza. Ot choćby sceny niektórych egzekucji przyprawiają o gęsią skórkę. Nie ratuje to filmu Akerlunda przed katastrofą, którą jest zakończenie. Rozwiązanie historii wygląda na wymyślone w ostatniej chwili, albowiem kiedy wszyscy podejrzani wydają się czyści do gry wchodzi następny, którego za Chiny Ludowe nie podejrzewałbym o takie zbrodnie. Scenarzysta postąpił dość karkołomnie i pokpił sprawę. A Szwed to kupił.

Horsemen to mało wyrafinowany i angażujący thriller, którego najsłabszą stroną jest brak jakiegokolwiek oryginalnego pomysłu w fabule. To wszystko już gdzieś widziałem: tortury w Pile, gadki z podejrzanym w Milczeniu Owiec, a motywy religijne mordów w Siedem. Mieszanina wątków powoduje, że żaden z nich nie jest poprowadzony nawet poprawnie. Po prostu Jeźdźcy Apokalipsy nie straszą tak jak trzeba.

ocena15

Read Full Post »

Older Posts »