Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2009

Santi Munez. Skromny, utalentowany chłopak z meksykańskich slumsów wspiął się na szczyt futbolowego rzemiosła. Upartość, wytrwałość, odporność psychiczna, umiejętność znalezienia się w nowym otoczeniu – nie każdy to potrafi. Santi wyznaczył sobie cel. Pokonywał własne słabości, starał się nadrabiać braki w możliwie najszybszy sposób. Z biednej dzielnicy, w której czyścił baseny trafił do samego Realu Madryt. Kariera-marzenie. Nie bez kozery nazywam serię Goal! „piłkarskim Rockym”. Ten sam schemat fabularny, ale dyscyplina sportu jakoś mi bliższa. Do tego umiejętne dawkowanie pozaboiskowymi realiami i fajne meczowe wstawki spowodowały, że dwie pierwsze części obejrzałem z ogromną przyjemnością. Nie są to genialne filmy, ale dla fana futbolu lektury obowiązkowe. Dlatego część trzecią przyjąłem z otwartymi ramionami.

gol3_1

I niestety poległem, bo najnowsze przygody Santiego… Jakie przygody? Ano właśnie. Santi usunął się w cień. A raczej zrobili to scenarzyści. Teraz bohaterami są dwaj Angole, pukający do drzwi reprezentacji – Charlie Braithwaite i Liam Adams. Chłopaki są życiowo ustawieni, grają w dobrych klubach, aczkolwiek przeżywają pewne problemy. Pierwszy cierpi na samotność, drugi właśnie popadł w alkoholizm. Wątki na tyle ograne, że nie rozumiem po co ta ogólna zmiana image’u. Zwłaszcza, że końcówka części drugiej zapowiada w karierze Muneza coś sensownego. Tak więc, Santi został zmarginalizowany na rzecz dwóch cieci błąkających się tu i tam, szlajających się po barach i szukających sensu życia.

Sam wygląd filmu znacznie odstaje od poziomu poprzedników. Nigdy nie były to drogie produkcje, ale siła Goal! leżała w scenach między meczami. Kiedy Santi trenował w Newcastle podczas deszczu, a potem zapieprzał po skałach poprawiając sobie kondychę aż czuło się dreszcze i emocje. Ładne ujęcia kamery i dynamiczny montaż przykrywały wady skromnego budżetu. Tu zatuszować braków już się nie dało. Reżyser serwuje standardową telenowelę, a że bohaterów jest dwóch to i smęcenia jest dwa razy więcej. Temat piłki wydaje się dodany okrutnie na siłę, byle doczepić znany tytuł.

gol3_2

Zmieniona obsada w sumie daje radę. Lwia cześć funduszy poszła zapewne na wynajem supermodelek, bo ładnych lasek w nowym Goal! jest bardzo dużo. Przynajmniej miłe wrażenie stara się robić nasza Kasia Smutniak. A co z gościnnymi występami gwiazd? Nędza Panie. Widzimy ich tylko na archiwalnych migawkach. To nie czasy kiedy Santi wchodził do szatni i przybijał piątkę Beckhamowi. Sam wybór tematu pod fabułę (Mistrzostwa Świata w Niemczech) jest słuszny, ale jego wykonanie żenujące.

Decyzja o wydaniu Goal! 3 bezpośrednio na DVD wydaje się rozsądna. Gdyby przyszło mi wydać na bilet kinowy kilkanaście złotych, po seansie ubiegałbym się o zwrot kosztów. W stosunku do poprzedniej części widoczny jest ogromny regres. Sam nie wiem co podkusiło twórców do zmiany historii i głównego bohatera. Można to było zrobić 100 razy lepiej za podobną kasę. Trzecia część do gniotek.

ocena15

P.S. Każda Szwedka w tym filmie to blondynka z dużym biustem. Do tego jedyna Niemka, którą możemy zaobserwować to pracująca za barem zjawiskowa kobieta… także z dużym biustem.

Reklamy

Read Full Post »

Bodajże na początku roku w światku filmowym wydarzyła się pewna wymiana zdań między Michaelem Bayem, a McG. Obaj w ramach promocji swoich letnich hitów spięli poślady i wytoczyli słowne armaty. Reżyser Terminatora: Ocalenie zapewnił, że to jego produkcja zdobędzie serca fanów. Bay w swoim stylu po prostu go wyśmiał stwierdzając, że film o wielkich robotach może być tylko jeden w tym roku. Transformers: Zemsta Upadłych to obraz ze wszech miar widowiskowy, wbijający gwoździa do trumny monsieur Mekdżi. Pomimo swojej przewidywalności i wykorzystania niemal wszystkich sprawdzonych środków z arsenału Baya bawiłem się na nim znacznie lepiej.

tf-rotf-2

Przede wszystkim idąc na seans nowego filmu Baya trzeba sobie zdać sprawę z tego, że nie jest to dzieło ambitne i skłaniające do jakichkolwiek przemyśleń. Scenarzyści oszczędzili nam scen dialogowych stawiając na akcję. A AKCJA to pierwszy, chyba jedyny przeczytany przez Baya rozdział z podręcznika początkującego reżysera. Dynamiki i chaosu w Zemście Upadłych jest od za przeproszeniem ch*ja. Projekcja trwa bite dwie i pół godziny, ale uwierzcie mi – nie są one zapełnione mędrkowaniem, tylko (po raz kolejny przepraszam) zapierdalaniem. Z miejsca na miejsce. Nie wierzycie? To uwierzycie.

Nasycenie, czy nawet przesycenie akcją ma swoje dobre strony. W końcu oczekiwałem rozwałki na całego. Po to kupiłem bilet i poszedłem na „film Michaela Baya”. Druga strona medalu mówi mi jednak, że w Transformersach drzemie spory potencjał, którego zwyczajnie nie wykorzystano. Nie piszę tutaj o mocno poważnym kinie science-fiction utrzymanym w mrocznej tonacji. Mam wrażenie, że Bay jest tak naprawdę 10-latkiem w skórze dorosłego typka, który bawi się żołnierzykami i sięga po kretyński humor uważając, że jest to cool. Nadzorujący pracę srogi, tradycyjny nauczyciel temperowałby jego zamiary co 3-4 minuty. Dlaczego? Bo nowe Tranformersy to generalnie komedia z wypasioną akcją. A można z tego wycisnąć coś więcej!

Humor to zresztą bolączka Zemsty Upadłych. Miejscami spełnia swoją rolę i fajnie zgrywa się z obrazem, ale czasem miałem go serdecznie dosyć. W wielu scenach przeholowano z komizmem postaci (kto zobaczy robocika-perwercika ten skuma). Dlaczego obraża się mój umysł dowcipem polegającym na ukazaniu posuwających się psów? Że niby to śmieszne jest? Żal mi ludzi, którzy cenią kinową kloakę. Nie trafiły do mnie też pojedyncze pomysły na nowe modele robotów. Ewidentnie widać, że poświęcono jakość na rzecz ilości. Bo maszyn jest tu mnóstwo. Ale żaden nowy Autobot bądź Deceptikon nie robi odpowiedniego wrażenia. Dobra, Devastator miażdży, ale tylko on.

tf-rotf-1

Za to realizacja..tfu, tfu… oj przepraszam ekhmmm. Jeszcze raz. A więc… REALIZACJA jest mocarna. Jedynka przy sequelu wymięka w przedbiegach i wydaje się smętną telenowelą. Już pierwszą sekwencją rozgrywającą się w Szanghaju twórcy dają do zrozumienia, że film będzie wielkim wodotryskiem efektów specjalnych. I tak jest do końca. Każda rozpierducha okraszana jest wybuchami i pojedynkami robotów (polecam walkę w lesie!), a całość prezentuje niewiarygodnie wysoki poziom. Tak wysoki, że do grudniowej premiery Avatara zmysły wzroku i słuchu mamy zaspokojone. A na dokładkę mamy ładniutką jak zawsze Megan Fox i luzackiego Shię Labeouf’a.

Taka właśnie jest Zemsta Upadłych. Głupia, kretyńska, naiwna w ciul, ale jednocześnie potężna, widowiskowa, efektowna i szybka jak TGV z Paryża do Marsylii. Wychodząc z sali kinowej nie poczułem rozczarowania, bo już od roku wiedziałem co kręci Bay i na co go stać. Bawiłem się dobrze, ale z 1/2 komediowych scen wyje*ałbym w cholerę bo są niepotrzebnie żałosne. Czekam również na wydanie DVD, bo myślę, że na odpowiednim zestawie kina domowego wrażenia będą mimo wszystko pozytywniejsze, a i akcję ogarnę bez problemu. Warto obejrzeć, ale tylko formie widowiska.

ocena3

Read Full Post »

Jak to jest ratować świat? Superbohaterowie pokroju Supermana wiedzą najlepiej. Nicholas Cage właśnie poznaje smak tej przygody. W najnowszym filmie Alexa Proyasa pt. Zapowiedź wciela się w astrofizyka, który natrafia na ślad gigantycznej przepowiedni. Odkryta po 50 latach mała kartka wypełniona po brzegi liczbami przez małą dziewczynkę okazuje się być źródłem wiedzy na temat katastrof. Wszelakich. Większość z nich już się zdarzyła. Do końca pozostały jeszcze 3 wypadki. Czy Cage zdoła uratować Ziemię? Czy znajdzie klucz do przerwania łańcucha wydarzeń?

knowing1

Na wstępie zaznaczę, że gdy tylko zobaczyłem zwiastun filmu Proyasa niemal od razu skreśliłem go z listy oczekiwanych produkcji tego roku. Reklama wydawała mi się zdradzać zbyt wiele szczegółów z fabuły i kwalifikowała tytuł do miana odmóżdżacza, aniżeli poważnego science-fiction. Na szczęście omawiana pozycja broni się w tym aspekcie. Tempo jest żwawe, ale nie za szybkie. Poznajemy głównego bohatera, jego kłopoty, powód dla którego wychowuje samotnie syna. Prezencja postaci nie rozczarowuje.

Nieźle wkręca również główna intryga. Wydaje się ona banalna i prosta jak drut dla tak tęgiego umysłu jak Cage. Nie mniej ogląda się to z zainteresowaniem, bo fabuła nie szpanuje głupotą, tylko umiejętnie małymi kroczkami podąża do finału. Nie bez znaczenia są tu sceny katastrof, które wykonano porządnie jak na obecne czasy przystało. Przede wszystkim GINĄ LUDZIE, co ma niebagatelne znaczenie przy tak fatalnych przypadkach jak ostatni Terminator. Trup ściele się gęsto. Miodzio.

knowing2

Proyas zrobił ten film po swojemu. Brak ingerencji producentów widać choćby w zakończeniu. To jeden z najbardziej niehollywódzkich epilogów w ostatnich latach. W 100% autorski, w pewnych kwestiach oryginalny, zostający w głowie po seansie. Dobre wrażenie również robi sam Nic, który owszem, lata z porażeniem mięśni twarzy, ale nie irytuje. Kiedy ma być smutny, robi to wiarygodnie. Kiedy biega, przypomina sprintera-smutasa.

Zapowiedź ma kilka słabszych momentów, ale w gruncie rzeczy zapewnia wysokiej jakości rozrywkę. Nie jest to przełamujące schematy dzieło do którego wracać będę 10 razy, ale mimo wszystko podsumuję seans złym do bólu, wyświechtanym stwierdzeniem – „miło się rozczarowałem”.

ocena35

Read Full Post »

Od kina martial arts oczekuję w zasadzie jednego – fajnie skręconych mordobić. Stylistyka może być dowolna. Trawię zarówno kozackie wygłupy Jackie Chana w Pijanym Mistrzu jak i realistyczne łamanie stawów w wykonaniu Tony’ego Jaa w The Protector (Tom Yum Goong jakby ktoś nie wiedział). Andrzej Bartkowiak wyszedł z założenia, że na tapetę wystarczy wziąć kultową grę komputerową i przyprawić ją odrobiną powagi i brutalności. Nowy Street Fighter to kosmiczna pomyłka na wszystkich frontach, począwszy od obsady po realizację walk.

Bartkowiak najwidoczniej nudził się przez ostatnie lata. Spróbował więc zreanimować trupa i nakręcić go od nowa, po swojemu. W rezultacie wyszła mu naburmuszona, niepotrzebnie śmiesznie poważna komedyjka z kopaniem w tle. Na pierwszy rzut idzie tragiczne odwzorowanie uniwersum kultowej serii Capcomu. Pozycja, w którą zagrywałem się jeszcze na automatach była niezobowiązującą i radosną zręcznościówką. Film zaś jest kompletnie inny. W fabułę starano się wpleść jakieś dramatyczne elementy, które niejako miały wzbogacić emocjonalnie rozgrywane co jakiś czas bijatyki.

streetfighter1

Street Fighter: The Legend of Chun-Li opowiada losy młodej niewiasty, która w wyniku dziwnych przemyśleń rzuca dotychczasowe zajęcie (grę na pianinie) i rusza do Bangkoku celem odnalezienia uprowadzonego kilkanaście lat wcześniej ojca. Chun-Li wpada pod strzechy niejakiego Gena. Nauki starego mistrza nie idą na marne – dziewczyna zdobywa wiedzę w zakresie techniki wushu, by później wykorzystać ją w walce z wrogiem. Ble ble ble, who fuckin’ cares?

Jak prezentują się pojedynki? Słabo. Przede wszystkim głównej bohaterce brakuje naturalności w wyprowadzaniu ciosów. Pomijając fakt, że uroda Kristin Kreuk kompletnie nie pasuje do komputerowej Chun-Li, widać jak na dłoni, że aktorka ograniczana jest przez choreografię. Jej styl (pomijając ze 2-3 momenty) jest iście serialowy, pasujący bardziej do Strażnika Teksasu, aniżeli filmu martial arts. Jeszcze gorzej potraktowano Balroga (który jest tępą dzidą do kwadratu, a nie bokserem), a zwłaszcza Bisona. Ten to w ogóle rozbraja po całości. Z wyglądu przypomina jakiegoś biznesmenka spod Łodzi. Jako-tako broni się Vega, choć jego czas ekranowy jest krótki. Kretyńsko wypada za to Gen – gdzie ta broda i po co na siłę doklejona peruka?

streetfighter2

Największą zwałę zostawiłem na koniec. Nie wiem jak to możliwe, ale Bartkowiakowi się udało. W megapoważnym przecież filmie sensacyjnym przemycił najśmieszniejszego policjanta w historii. Nie potrafię opisać tego słowami, ale uwierzcie mi – Chris Klein sabotował produkcję i chyba specjalnie ukarał producentów tragikomiczną postacią stróża prawa. Dawno (i piszę to z całą stanowczością) nie widziałem tak źle zagranego bohatera. Niedaleko mu do inspektora Clouseau, aczkolwiek Clouseau był celowo zajebiście śmieszny.

Nie potrafię w tym filmie znaleźć jednej, naprawdę pozytywnej rzeczy. Bartkowiak – pisząc kolokwialnie – skopał po całości. The Legend of Chun-Li każe zadać pytanie: po co się kręci takie tytuły? Dla kasy? W box office Street Fighter zarobił tylko 8 baniek. Wyskakując z czymś tak miałkim do ludu trzeba się liczyć z niezłą krytyką. A gier komputerowych potrzebujących na gwałt adaptacji jest dużo. Czemu wybrano akurat tą?

ocena1

Read Full Post »

Cena VHS’u

Renny Harlin to przykład typowego loosera, który będąc na szczycie upadł niemal na samo dno. Autor „Szklanej pułapki 2” miał kiedyś okazję pracować z najpopularniejszymi aktorami globu. Seria artystycznych porażek zmusiła Fina do kręcenia rzeczy, które szybciej trafiają do wypożyczalni niż do kin. 12 rund, które akurat wchodzi na polskie ekrany to przejaw chwytania się brzytwy. Próba to średnio udana, bo jak każdy obraz Harlina – ma co najmniej 10 zalet i 11 wad.

Największym problemem 12 rund jest główny bohater – bohaterski policjant Daniel Fisher. Znany amerykańskim miłośnikom wrestlingu John Cena wcielając się w jego skórę chyba nie wiedział, że kino akcji również wymaga ukazania jakichkolwiek emocji. Tymczasem u Harlina robi za kołka. Owszem jest wysportowany, dobrze przygotowany fizycznie do ról twardzieli, ale w scenach dramatycznych kładzie niemal każdą kwestię. Żal, że zabrakło kasy na bardziej zdolnego aktora. Kontrapunktem dla Ceny jest dość groteskowy Aidan Gillen w roli Miles’a Jacksona – faceta, który mści się na Fisherze. Nie jest to Ledger, Spacey czy Hopkins, ale przy tak żałosnym herosie czarny charakter musi się podobać.

12rounds_1

Jest jednak coś tak fajnego w tym filmie, że nie mam ochoty po nim jechać beznamiętnie. Schemat fabuły został żywcem wyjęty z lat 80. Jest osiłek w roli głównej, jest jakaś intryga, padają strzały, mamy dużo kraks i co najmniej 20 nieprawdopodobnych sytuacji. Miejscami wygląda to jak jakiś C-klasowy VHS’owiec przywieziony z zachodnich landów. I ogląda się to sympatycznie. Jeżeli porównamy to do choćby „Commando” z Arnim to nie powinniśmy się zawieść – tu również stężenie infantylizmów doprowadza do śmiechu.

12 rund to tak zły film, że aż fajny. Sęk w tym, że Harlin nie potrafił z tego materiału wycisnąć niczego więcej jak tylko poprawnej realizacji (w kontekście skromnego budżetu). Na ekranie dzieje się dużo, na tyle, że widz nie zwróci uwagi na żenujące dialogi i brak emocji. W Stanach zjechano ten film od stóp do głów. Po części słusznie, bo twórcy porwali się z motyką na Słońce licząc na pozytywny odzew fanów Wrestlemanii. A Ci nowe dzieło Harlina wyśmiali.

ocena25

Read Full Post »

O powrocie do świata filmu Jasona Voorheesa mówiło się od jakiegoś czasu. Po dziwnych eksperymentach (Jason X) i niepotrzebnych crossoverach (Freddy vs Jason) jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabójców wraca do Camp Crystal Lake. Okazja ku temu jest znakomita. Rozwydrzona młodzież przyjeżdża na weekend do położonego nad jeziorem domku. Grupa wyżelowanych chłoptasiów i przypudrowanych dziewczynek jeszcze nie wie, że staną się obiektem niecnych planów zamaskowanego mordercy.

Piątek 13-go niezwykle ciężko zakwalifikować do serii. Nie jest to ani sequel, ani prequel. Ciężko stwierdzić czy miał być to restart. Fabularnie (jakkolwiek to brzmi) nowy epizod porusza wątki poprzedników, ale wysuwa również własny pomysł genezy zabójcy w hokejowej masce. Tak czy siak, schemat jest bliźniaczo podobny do innych pozycji z gatunku. Reżyser Marcus Nispel nawet nie próbował igrać z widzem i postawił na sprawdzone wzorce. Wyszło mu to raz lepiej, raz gorzej.

friday13_1

Rezultat całej historii budzi mieszane uczucia. Początek nowego Piątku zapowiada całkiem pysznego slashera. Długi wstęp, podczas którego Voorhees wyżyna jakichś studenciaków nawet cieszy. Bo jak to Jason – on nie pieprzy się z nikim. Mija kilkanaście minut, ciach, ciach, ekran tytułowy, akcja zmienia miejsce. Obok przydrożnego sklepu zatrzymuje się grupa przyjaciół. Nie kumpli, gdyż relacje między nimi są dosyć chłodne, a widać, że zebrali się i wyjechali na wypoczynek spontanicznie. Spotykają niejakiego Claya, któremu 6 tygodni wcześniej zaginęła siostra. Początkowo odnoszą się do niego z pogardą, ale…

Później postanawiają połączyć siły. No może nie do końca, bo młodzi nie wykazują inteligencji i zamiast martwić się o niepowracających-po-kilku-godzinach znajomych zaczynają sami wystawiać się Jasonowi. A nasz czarny charakter wykorzystuje to perfekcyjnie. Sceny egzekucji są całkiem zadowalające, choć nie do końca tak krwawe jak w innych częściach serii. Sam arsenał Jasona nie budzi większych zastrzeżeń – do kasacji ułomnej młodzieży używa maczety, siekiery, haków i kijów. Wszystko znajduje na przyszłym miejscu zbrodni. No cóż, kultowym mordercom zawsze sprzyjał los.

friday13_2

Voorhees kosi młodych równo z ziemią tak szybko, że Nispelowi pod koniec brakuje już pomysłów. Ostatni akt cierpi na syndrom ciągłej bieganiny połączonej z ludzką głupotą. Nie ma komu kibicować, bo ci fajniejsi już nie żyją, a ci głupi zginą wkrótce. Sytuacji nie ratują pojawiające się tu i ówdzie dorodne biusty roznegliżowanych panien. Ostatnie 30 minut ciągnie się jak flaki z olejem. A wystarczyło skrócić nieco środkowy akt…

Nowy Piątek 13-go nie jest genialnym slasherem, ale powinien zadowolić fanów Jasona. Ci na pewno docenią tradycyjny styl reżyserii oraz niektóre pomysły śmierci bohaterów. Nie zawodzi także całkiem niezła muzyka autorstwa Steve’a Jablonsky’ego. Szybkie, elektroniczne rytmy podkreślają dynamikę pościgów i przyśpieszają bicie serca. Obraz Marcusa Nispela to przygoda zdecydowanie na jeden raz. Gdyby nie nudna końcówka ocena byłaby trochę wyższa.

ocena25

Read Full Post »

„A Boy and His Dog” to post apokaliptyczna opowieść rozgrywająca się po V wojnie światowej, a dokładnie w 2024 roku. Zapewne gdyby nie tematyka, nigdy bym po to nie sięgnął. Tymczasem okazało się, że film mało znanego L.Q. Jonesa dostarcza nie tylko niesamowitych wrażeń przypominających Fallouta, ale także niesie za sobą pewne przesłanie.

aboyandhisdog1

Bohaterami tutaj są Vic i Blood – podróżujący przez pustkowia kumple, walczący o przeżycie. Vica interesują kobiety, tak bardzo rzadko spotykane w ich świecie. Blood z kolei jest psem, który potrafi porozumieć się z Panem telepatycznie. Już ten fakt ustawia niemal cały styl fabuły. Gadki Blooda są bowiem nafaszerowane taką ilością humoru, że miejscami przebijają normalna komedię. Vic zresztą wcale nie jest gorszy. Na widok brutalnie potraktowanej, zmasakrowanej kobiety mówi „Szkoda, że ją tak pocięli. Można by jej użyć jeszcze z 3 razy!”. Sprośny, ciężki, ale zarazem odważny dowcip. No i zdecydowanie dla dorosłych.

Świat bohaterów to pustynia, przez którą przetaczają się bandy ocalałych jak i samotnicy. Od czasu do czasu natrafić można na jakiś obóz, potargować się o puszkę konserwy, a nawet obejrzeć taniego erotyka w prowizorycznym kinie. Z jednej strony klimat opowieści jest dość mroczny i poważny, z drugiej nie brakuje tu absurdu i jajcarskich wstawek vide konwersacje Blooda z Viciem. Pies jest doskonałym łowcą, gdyż wyczuwa kobiety na odległość, a to Panowi bardzo pomaga w realizowaniu swoich seksualnych potrzeb. Chłopak zaś swoim sprytem zdobywa pożywienie dla czworonożnego przyjaciela. Oboje doskonale się uzupełniają.

aboyandhisdog2

Pierwsze 40 minut przebiega w iście koncertowym stylu. Bohaterowie walczą o żarcie, reżyser umiejętnie dawkuje zarówno elementy komediowe jak i dramatyczne. Niestety, później poziom emocji i „fun” płynący z oglądania spada na łeb, na szyję. Do scenariusza wkrada się surrealistyczny wątek podziemia, który… no cóż, wyrwany został chyba z innego filmu. Kontrast jest na tyle duży, że zapominamy, gdzie pierwotnie rozgrywała się akcja. Nie mam reżyserowi tego za złe, być może taka była wizja i plan. Sprowadza to jednak „A Boy and His Dog” do bycia nie tyle post apokaliptycznym obrazem, co na maksa udziwnionym tworem mieszającym gatunki. Zupełnie niepotrzebnie. Zakończenie zaś jest po prostu piękne, a puenta prosta, wręcz genialna. Takie pomysły przyjmuję bez oporu.

Realizacyjnie film wypada kiepskawo. W końcu to 1975 rok. Skromniutki budżet na pewno nie pomógł, ale także nie zepsuł atmosfery. Zadupia wypadają wiarygodnie i ciekawie. Biorąc pod uwagę, że większość czasu ekranowego zajmują rozmowy Vica z Bloodem nie powinno to w żadnym stopniu przeszkadzać. Rolę główną powierzono młodziutkiemu wówczas Donowi Johnsonowi. Gościnnie wystąpił także śp. Jason Robards. Ogólnie obraz aktorsko stoi bardzo w porządku i paroma scenami broni się wyśmienicie.

ocena3

P.S. Od tego wpisu, przy recenzjach filmów będę wystawiać ocenę w formie gwiazdek (skala 1-5). Oceny nie są wypadkową elementów filmu tj. styl realizacji, efekty specjalne, gra aktorska, scenariusz itd. To bardziej subiektywne wrażenie po seansie. Mam nadzieję, że się wam spodoba 🙂

P.S.2 Doszedłem do wniosku, że zaktualizuję o oceny wszystkie wpisy recenzujące dany film, więc jeśli ktoś ma ochotę zerknąć na nie, niech przewertuje resztę stron bloga 🙂

Read Full Post »

Older Posts »