Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2009

Oj, jak ja lubię sobie odświeżyć jakiegoś starocia. Mój wybór padł na „W pogoni za Amy” Kevina Smitha. Przyznam się szczerze, że film ten widziałem dobre kilka lat temu i jedynie parę jego wyciętych kawałków. Teraz mogłem się nim delektować w 100 pieprzonych procentach, bo Kevin to po prostu kawał fajnego skurczybyka, który proste historie opowiada w rewelacyjny, dowcipny sposób dosypując do dialogów szczyptę seksistowskiego humoru.

chasing_amy

Chasing Amy to klasyka i nieodłączna część uniwersum Smitha. Jest to też jeden z nielicznych tytułów, który w obsadzie posiada niezwykle fajnego Bena Afflecka. Aktor ów (wyjątkowo nazwę go tak bo u Smitha zawsze się sprawdza) gra rysownika komiksów, który zjawiając się na konwencie fanów zakochuje się w Alyssie Jones – konkurentce po fachu. Ble ble ble, ale to nie jest zwykłe love story. Jak to u Smitha – fabuła przesiąknięta jest wulgaryzmami i „ciężkimi” tematami spod znaku seksu. Nikt jednak nie potrafi tak jak on przemieszczać się po lekko pękniętym gruncie, który momentalnie potrafi zniknąć spod nóg. Smith nie zalicza gleby, on kontynuuje swoją pracę w mistrzowski sposób.

Jest tu trochę śmiechu, ale nie jest to do końca taki Smith jakiego byśmy chcieli widzieć. Czy to jest wada? Nie. To po prostu dojrzalszy film, nieszablonowy, mądry. Warto chociażby zwrócić uwagę na jak zwykle kapitalny występ Jaya i Cichego Boba – parę stanowiącą impuls dla podłamanego artysty. Dołóżmy do tego niedomknięte zakończenie i o to mamy super komedię o miłości. Ale jakiej! Nie mogę tego zdradzić 🙂

Warto sobie uzmysłowić, że 2 lata później Smith nakręcił Dogmę – megakontrowersyjny obraz wyśmiewający Kościół oraz chrześcijaństwo. W zestawieniu z Chasing Amy widać jak na dłoni, że Kevin szuka trudnych tematów, ale opowiada je zawsze tak samo przewrotnie. Coś podobnego poczułem chociażby w trakcie seansu Zack i Miri kręcą porno. Mogę nie lubić reżysera i jego dzieł, ale nie umiem odmówić mu jego konsekwencji. Tak zachowują się jedynie najlepsi.

ocena4

A w następnych wpisie – recenzja nowego Terminatora! Już teraz gorąco zapraszam. Będzie się działo!

Read Full Post »

Eden Lake wyznaczyło dla mnie poziom przyzwoitego survivalu, który pozostałe produkcje muszą osiągnąć abym się w ogóle nimi zainteresował. Lakeview Terrace nie jest aż tak brutalny jak brytyjska produkcja, nie niesie za sobą mocnych przeżyć i wyśrubowanych emocji, ani nie gwarantuje opadu szczeny po obejrzeniu ostatniej sceny. Nie mniej to wciąż ciekawa pozycja, ukazująca konflikt międzyludzki, który mógłby się wydarzyć w twojej, mojej, naszej dzielnicy.

Do dość porządnej dzielnicy Los Angeles wprowadza się młoda para – Chris i Lisa Mattsonowie. On biały, ona czarna. Oboje zakupili jedną z lepszych posiadłości z basenem, licząc na odrobinę luksusu przy starcie w nowe życie. Ich sąsiadem zostaje Abel Turner – doświadczony policjant wychowujący samotnie dwójkę dzieci. Pech chciał, że Abel dość mocno tkwi we własnych przekonaniach rasistowskich, co w konsekwencji wywołuje lekkie spięcie między nim, a Chrisem. Kolejne próby zawiązania przyjaźni kończą się fiaskiem.

lakeview1

Lakeview Terrace rzetelnie podchodzi do opisywanego problemu. To typowa opowieść o braku nici porozumienia między ludźmi. Zrealizowania w klasyczny sposób spokojnie buduje napięcie, dokładnie przy tym przedstawiając główne postacie fabuły. Reżyser celowo „rozkręca” film, gdyż chce, aby widz utożsamił się z którąś ze stron. Czy będzie to pokolenie yuppies w postaci pary, a może stara, zdyscyplinowana szkoła wariującego policjanta? To My podejmujemy decyzję.

Co w scenariuszu jest tak szczególnego, że film mi się spodobał? Przede wszystkim o zainteresowanych wiemy niemal wszystko. Nie kryją tajemnic, więc grają otwartymi kartami. W połączeniu z dobrą grą aktorów mogę uznać bohaterów za realistycznych, bardzo mi bliskich, wręcz naturalnych. Samuel L. Jackson (a mam do niego słabość) wreszcie nie wariuje na ekranie jak to mu się zdarzało w ostatnich latach nader często. Co najlepsze, nadaje Abelowi perfekcyjne rysy zmanierowanego rasisty. Bardzo łatwo mógł wpaść w pułapkę i przerysować jego charakter. Nic z tych rzeczy. Jackson odwalił świetną robotę.

lakeview2

Będę szczery – to produkcja do jednokrotnego obejrzenia. Po finale pozostaje dziwny niesmak, gdyż ekspresowe tempo końcówki kłóci się z wolnym, spokojnym początkiem i środkiem historii. Tak czy siak, warto dać temu filmowi szansę. Konflikt, pojedynek, odrobina sadyzmu i psychicznego znęcania (ale nie takiego jak w Pile czy Hostelu) to cechy znamienne Lakeview Terrace. Na deszczowe popołudnie jak znalazł.

ocena25

Read Full Post »

Za sprawą mocno popularnego ostatnio Terminatora: Ocalenie (który notabene premierę w USA ma 21 maja) rozgorzała dość ciekawa dyskusja na licznych forach poświęconych filmom. Tematem kłótni, najróżniejszych flame’ów, nieopanowania języka była kategoria wiekowa jaką ów Terminator dostał jakiś miesiąc temu. Dla wielu fanów informacja o przydzieleniu znaczka PG-13 kolejnej części była niczym wbicie wideł w plecy rolnika z Oklahomy. I ja się z tymi ludźmi zgadzam i dzielę z nimi ból. Albowiem wszystkie poprzednie epizody robota-mordercy otrzymywały systematycznie R-kę, która zmuszała dzieciaki poniżej 17 roku życia do obejrzenia produkcji pod nadzorem rodziców. Ale o co właściwie chodzi? Dlaczego Terminator z PG-13 nie może być dobrym (jak na standardy Camerona) tytułem, o którym powiemy za 10 lat to samo co po obejrzeniu Dnia Sądu – „kurna, ale zmienił bieg historii”. (więcej…)

Read Full Post »

Star Trek na świecie ma tylu samo zwolenników co przeciwników. Z jednej strony nerdowskie zjazdy i konwenty, z drugiej mnóstwo drwin i przekomicznych skeczów związanych z kiczowatymi gadżetami, strojami oraz samymi bohaterami. J.J. Abrams pokazał jednak, że w tym uniwersum drzemie coś więcej niż tylko kolejny pomysł na dowcip.

Nowy Trek to solidnie skrojona produkcja na miarę przeciętnego widza, który idzie do kina z paczką prażonej kukurydzy pod pachą. Choć na Zgniłych Pomidorach dzielnie nosi ocenę 8.1/10 i średnią 95% z recenzji krytyków to jednak  nie radzę wariować i rezerwować na gorąco biletów. To film naprawdę dobry, sprawnie nakręcony, ale nie aż tak jak sugerują Amerykanie. Jeżeli kręci was konwencja Piratów z Karaibów to w dziele Abramsa znajdziecie to samo, ale w klimacie science-fiction. Czy to złe posunięcie? I tak i nie.

Star1

Całkiem zacnie reżyser poradził sobie z doborem obsady. Nie ma tu syndromu Małaszyńskiego, znanych ryjów jest jak na lekarstwo. Cieszy za to powrót (nawet jeśli jest na tyle skromny, że ledwo zauważalny) starszych gwiazdek – Winony Ryder oraz Leonarda Nimoya. Ich obecność na ekranie jest dość symboliczna, ale absolutnie nie szkodzi obrazowi. Nimoy nawet został wpleciony w całą intrygę zręcznie i sensownie, więc tym bardziej jego występ przyjęłem z entuzjazmem.

Pierwsze skrzypce grają Pine (Kirk) i Quinto (Spock). Młodzieżowość głównych bohaterów początkowo budziła moje obawy, ale po kilku minutach przekonałem się do nich w 100%. Nie są to kreacje, o których będę pamiętać za 20 lat, ale umówmy się – to nie jest głównym celem letniego blockbustera. I tak warto pochwalić aktorów za to, że udzwignęli presję fanów i przedstawili własne wersje postaci, które są żywe i pełne energii. Nieźle wypada również drugi plan. Dużo tu komediowych twarzy (Pegg, Yelchin, Cho), które nadają fabule nieco humorystycznego tonu.

star2

Star Trek ma swoje wady (ot choćby kiepska postać antybohatera Nero), ale w ramach rozrywki sprzedaje o wiele więcej pozytywnych wrażeń. Akcji jest tu mnóstwo, dialogi stoją na przyzwoitym poziomie, a nad fabułą unosi się typowa dla tego typu pozycji „lajtowość”. Sama realizacja jest naprawdę super i bez zastrzeżeń. Dla wiernych odbiorców produkcji Abramsa pojawia się nawet motyw Slusho. Nie mam również obiekcji do muzyki, która w końcówce wyraźnie nawiązuje do klasycznych filmów z Shatnerem.

Abrams nie bał się wziąść w swoje ręce ryzykownej marki i przemienić ją w typową kosmiczną przygodę przypominającą western. Jest szybko, głośno i efektownie, a właśnie o to chodziło. To również niezła podkładka pod następne epizody, gdyż fabuła przedstawia tu sam początek przygód młodego Kirka. Przydałaby się również znacznie ciekawsza intryga, bo ta zaserwowana tutaj przypomina wypluty przez psa poszarpany kawał mięsa.

ocena35

Read Full Post »

Czy odczuwaliście kiedykolwiek zażenowanie, iż dany film obejrzeliście zdecydowanie za późno? Ja tak właśnie mam. Po seansie Harsh Times żałuję, że nic o nim wcześniej nie słyszałem. Mógłbym się teraz zakopać ze wstydu pod ziemię i przesiedzieć z 50 lat w ramach pokuty. W ramach zadośćuczynienia ten wpis dedykuję najlepszemu obecnie aktorowi na kuli ziemskiej Christianowi Bale’owi. Ów artysta w Harsh Times stworzył kreację, o której ciężko pisać w jakichkolwiek innych kategoriach niż „geniusz”.

ht_car_full

Bohater grany przez Bale’a nazywa się Jim Davis – to były członek oddziału Rangerów. Wysłany w rejon jakiegoś-tam konfliktu powraca do Stanów. Powrót ten jest jednak pełen rozczarowań, bo chłopak choć młody i pełen energii pracy znaleźć nie może. I to pomimo niezłego CV. W podobnej sytuacji znajduje się jego kumpel – Mike Alonzo. Ten ma akurat troszkę lepiej, gdyż jego żona pracuje w kancelarii adwokackiej i w pewnym sensie utrzymuje dom. Tyle sucharów, czas na konkrety.

Bale jest tu popaprańcem. I to całkiem zacnym. Jego sposób bycia, wymowy, teksty (pełne fucków) oraz tok myślenia tworzą obraz zrytego psychicznie chłopaka, który akurat wrócił z wojny. Kiedy jednak się spręży i zepnie poślady potrafi być całkiem miłym człowiekiem. Rozmawiając z Federalnymi przez telefon potrafi grzecznie powiedzieć „Tak, proszę Pana..”, a nie „Co jest kurwa?”. Z drugiej strony facet chce ustawić się życiowo, gdyż w Meksyku trzyma dziewczynę i gotów jest załatwić jej azyl. Problem w tym, że świat się na niego wypiął, a jedynym oparciem jest kumpel Mike oraz kilku podrzędnych gangsta-typów, do których chadza sporadycznie po fajki i „dżona”.

Razem z Mike’m wyruszają w miasto. Oboje poszukują pracy, z drugiej strony nie odmawiają sobie przyjemności. Parę browarków, trochę zioła i zabawa trwa. Dla nich ten kilkugodzinny pobyt poza domem to oznaka wolności. Do czasu, aż pewne wydarzenia nie zainicjują szeregu mocno agresywnych zachowań Davisa wobec najbliższych. Bale pojechał tu po krawędzi, jest jednym z niewielu aktorów, którzy potrafią grać oczami – z jego spojrzenia można wyczytać niemal wszystko. Grany przez niego Davis zdaje się gubić granicę dobrego smaku, wpada w obłęd, podejmuje mocno ryzykowne decyzje. To chaotyczna jednostka.

ht_christian_full

Harsh Times jest mocarnym filmem z kilku powodów, ale przede wszystkim decydująca jest tu koncertowa gra Bale’a. Jeżeli główny bohater hipnotyzuje, kradnie każdą scenę to ja po prostu nie mogę filmu nie polecić. I choć fabularnie nie jest to kino najwyższych lotów, to aktorsko wypada po prostu znakomicie. So, what don’t you fuck understand?

ocena4

Read Full Post »

Obserwując poczynania Clinta Eastwooda w ostatnich latach dochodzę do wniosku, że prawdziwe życie rozpoczyna się po skończeniu 70 wiosen. Odtwórca kultowej roli Harry’ego Callahana dołącza do panteonu największych reżyserów świata tworząc historie z życia wzięte, ale opakowane we własny styl. Nie ucieka przy tym od trudnych tematów (jak np. Listy z Iwo Jimy oraz Sztandar Chwały) oraz historii z pozoru banalnych, aczkolwiek poruszających (Million Dollar Baby). Eastwood najnowszym filmem również zaskakuje. Moim skromnym zdaniem Gran Torino to jeden z najbardziej niedocenionych tytułów zeszłego roku.

gran_torino2

Clint wciela się tu w postać Walta Kowalskiego – weterana wojny w Korei, zatwardziałego konserwatysty, cynika, znudzonego samotnika, a przede wszystkim zgryźliwego skurczybyka polskiego pochodzenia. Walt przez całe życie kierował się własnymi zasadami i konsekwentnie podążał swoją ścieżką. Jak sam wspomina – na żonę musiał solidnie zasłużyć. Przez wiele lat pracował w fabryce Forda, przez co wzbogacił się o pięknego Gran Torino. Kowalski jest idealnym zobrazowaniem tzw. amerykańskiej starszyzny. Pilnie obserwuje otoczenie, lubi ponarzekać, najchętniej zamknąłby się w czterech kontach i woskował swój wóz w garażu. Do czasu…

Walt mieszka w w dzielnicy, która na przestrzeni lat zmieniła się z typowo białej na wielorasową. Oczywistym jest, że taki stan rzeczy wojakowi wcale przypaść do gustu nie musi. Ba, większość jego sąsiadów to Chińczycy. Dla niego nie ma to jednak znaczenia. „Tacy jak ty robili w Korei za worki z piaskiem” – odzywa się do jednego z żółtych mieszkańców. W tym momencie widz spodziewałby się krwawej vendetty na tle rasistowskim połączonej z moralizatorskim finałem. Ale nie tutaj. Eastwood po mistrzowsku prowadzi swoją postać, nie dając się zwieść tanim banałom w tylu „Kocham Was, zmieniłem się!”. Kowalski się nie zmienia. Do końca pozostaje sobą. W jego życiu nie ma szans na naukę.

Nie zmusza go do tego również nastoletni Thao z domu obok. Młody Azjata, nowa jakość Ameryki z początku irytująca dla głównego bohatera, staje się swoistym katalizatorem rasistowskich przyzwyczajeń. Walt nadal nazywa go „skośnookim żółtkiem”, ale jednocześnie nawiązuje przyjaźń. Chłopak dopiero rozpoczął swój żywot, więc nauka starego wygi nie pójdzie na marne. I tu również Eastwood zachował się po mistrzowsku. Relacja między Kowalskim, a Thao to przejaw wyjątkowej inteligencji scenarzysty i reżysera. Mało w którym filmie stosunek mistrz-uczeń jest tak wspaniale i mądrze ukazany. Bez sztuczek. Czysto męska przyjaźń. Polecam zwłaszcza scenę spotkania u fryzjera. To nie jest tylko element humorystyczny, ale przede wszystkim dowód w jaki sposób Eastwood postrzega świat. Dla niego wszyscy w jakimś procencie są ciotami. Sztuką jest jednak obrócić to w żart.

gran_torino

Brudny Harry rzuca rękawice dzisiejszej młodzieży. Przewalony do granic system wartości irytuje go tak samo jak własna rodzina, która najchętniej widziałaby go w domu starców. On jednak twardo stąpa po ziemi. Tylko w jednej chwili czuje się zagubiony? W jakiej? Nie napiszę, aby nie psuć niespodzianki. Clint wyraźnie daje do zrozumienia, że taki „bad motherfucker” ma swoje słabsze strony. A finał całego przedsięwzięcia to Mount Everest filmowego rzemiosła. Tak kończyć historię potrafią tylko najlepsi.

Skąd ten dziadyga ma w sobie tyle energii? Po części z charakteru i miłości do filmów. Nie mam wątpliwości, że we współczesnym kinie powstał nurt eastwoodowski, płodzący znakomite, bo prawdziwe historie. A tak w o ogóle to fajnie zobaczyć samego aktora, sypiącego niewybrednymi tekstami w stronę czarnych i żółtych. Wielki film, wielki Clint. Nic więcej nie muszę dodawać.

ocena45

Read Full Post »