Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Kwiecień 2009

Nie ulega wątpliwości, że Tommy Wirkola wychował się na klasycznych filmach gatunku gore – Evil Dead oraz Martwicy Mózgu. Jego najnowszy film pt. Dead Snow to prawdziwy hołd złożony obu wymienionym produkcjom. Czerpie z nich niemal wszystko, począwszy od fabuły, pojedynczych nawiązań, aż po finał. I nie ma w tym nic tak naprawdę złego. Lepiej kopiować od najlepszych, niż sparzyć się na własnym pomyśle.

dead_snow1

Grupa norweskich studentów medycyny postanawia wykorzystać wolny czas i wyjechać do położonego na odludziu domku znajomego. A że zima sroga i dookoła biały puch, zabawa rozpoczyna się w najlepsze. Ziomki korzystając z skutera śnieżnego organizują sobie gry i konkursy zespołowe (m.in kto dłużej utrzyma się na ciągniętym z dużą prędkością, dmuchanym kole). Wieczorami przesiadują w domku, przy kominku opowiadając jakieś niestworzone historie, piją piwo. Wolne panny podrywają facetów, a niekumate nerdy zachowują się jak na nerdów przystało – zbijają wszystko do tematu filmów i ulubionych bohaterów.

Cały „nerdyzm” w Dead Snow jest zaprezentowany dość sympatycznie. Jeden z gości ubrany w koszulkę z emblematem Braindead, sypiący tekstami z  Indiany Jones’a oraz Terminatora wzbudza niemały uśmiech. I choć pierwsze 40 minut nie jest specjalnie dynamiczne i zajmujące, to jednak kilka niespodzianek dla wytrawnych fanów można znaleźć. Wirkola systematycznie puszcza oczko do widzów i serwuje znane wszystkim schematy, ubrane jednak w ciekawszą niż zwykle scenografię.

dead_snow2

Akcja toczy się pośrodku niczego, z dala od fiordów i cywlizacji. Teren zresztą kryję ciekawą tajemnicę – to tu niegdyś Oberst Herzog razem ze swoją świtą zagarnął mieszkańcom złoto i ukrył je, licząc, że po wojnie wróci i z łupem rozpocznie nowe życie. W nowym życiu stał się zombiakiem, a dowiadując się, że cały dobytek przywłaszczyła sobie studencka młodzież rozpoczyna krwawą rzeź.

Wirkola umiejętnie dawkuje głównie danie filmu – kultowych nazi zombies. Te brzydkie, ubrane w niemieckie mundury stwory, pojawiają się na ekranie niezwykle rzadko, by w końcówce walnąć w łeb prawdziwą epickością. Scena marszu martwej armii Herzoga to niesamowity widok, który mnie osobiście rozpalił do czerwoności. A co z akcją? Jest dobra, fajna, ale szkoda, że tylko daje o sobie znać w końcówce. Do łap ocalałych trafiają młotki, siekiery, a nawet piły mechaniczne. Wszystko zgodnie z normą.

Czasu spędzonego przy Dead Snow nie uznaję za stracony. Miłośnicy zombie-movies będą w siódmym niebie. To bardzo pozytywny filmik, wyreżyserowany w duchu klasyki. Nie pozostaje mi nic tylko polecić tę 90-minutową masakrę zakrapianą komedią.

ocena3

Read Full Post »

Obcy 3, a Amerykanie

Do dziś łupie mnie w kościach po ostatnim rendez vous z Ellen Ripley. Niezmordowana babka, przeciwieństwo umalowanej lali i plastiku, synonim ogromnej odwagi i poświęcenia, a przede wszystkim bohaterka Obcego. Wspaniałe filmy, wspaniała historia, niedościgniony wzór. Mam jednak jeden, wielki zgryz. Przy całej otoczce brutalnego science-fiction spowijającej  serię nie potrafię zrozumieć, czemu trzeciej części wybornej epopei nienawidzą Amerykanie. (więcej…)

Read Full Post »

Zjawisko „urywania głowy w okolicach dupy” dotyczy tych filmów, które potrafią nie tylko zaskoczyć widza swoją dojrzałą formą, ale również w umiejętny sposób zbić go z tropu aplikując sporą liczbę scen, motywów i zagrywek ocierających się o geniusz. Tego właśnie doświadczyłem w trakcie seansu Surveillance, filmu w reżyserii Jennifer Lynch (tak, córki tego słynnego Davida). Długo by szukać w ostatnich latach tak znakomitego thrillera kryminalnego, który wywołuje tyle skrajnych emocji, przełamuje schematy i jednocześnie korzysta z nich w niezwykle oryginalny sposób. „Good shit” – jak to mawiają. Niewątpliwie, dobre to, nawet znakomite.

surveillance1

Na amerykańskim zadupiu zostaje popełnione morderstwo. W lokalnym komisariacie zjawia się para agentów FBI – Elizabeth Anderson i Sam Hallway – mająca za zadanie przesłuchać świadków zdarzenia. Są nimi policjant z patrolu, ćpunka oraz 9-letnia dziewczynka. Aby bardziej uwiarygodnić przesłuchania, zainteresowanych rozdziela się po pokojach, w których zainstalowano kamery. Kolejne zeznania tworzą swoistą historyjkę, przedstawianą w formie retrospekcji (dostatecznie długich, przy tym nie irytujących jak modne ostatnio flashbacki). Tak więc dowiadujemy się w jaki sposób losy trójki świadków splotły się akurat w tym jednym, dramatycznym momencie.

Muszę przyznać, że fabuła z pozoru senna i wolno rozwijająca się z biegiem czasu przyśpiesza bicie serca. Siła przekazu tkwi w niesamowitych sekwencjach z przeszłości. Wszyscy bohaterowie opowiadają autentycznie ciekawe historie, to w jaki sposób znaleźli się w tym, a nie innym miejscu. Takie sceny jak odwiedziny dilera czy zatrzymywanie przypadkowych ludzi przez patrol po prostu rządzą. Szczególnie warto zwrócić uwagę na sposób zagospodarowania wolnego czasu przez policjantów – gwarantuję, że kopara Wam opadnie.

surveillance2

Nijak nie mogę nie napisać swoistego peanu na cześć niewiarygodnie mocnej, pełnokrwistej sceny spotkania całej trójki przed feralnym wypadkiem. Blisko 15-minutowa wymiana spojrzeń, zdań, prezentacja (ech pozwolę sobie wreszcie na to słowo) kurewsko zboczonych zachowań i psychicznych odchyłów wywołuje tylko jedną reakcję – „O ja pierdolę!”. Taki jest właśnie Surveillance – dość bezkompromisowy, emocjonujący, miejscami chory, ale w gruncie rzeczy prawdziwy.

Więcej po prostu napisać nie mogę bo zepsułbym wam seans, a dzieło córki Lyncha należy obejrzeć bez uprzedzeń czy obejrzenia zwiastuna (który notabene jest kiepski i zawiera masę spojlerów). Wspomnę jeszcze o genialnej grze aktorskiej całej obsady. Bill Pullman kojarzył mi się do tej pory z postacią lalusiowatego prezydenta USA z Dnia Niepodległości. Tu po prostu daje koncert, a agent FBI w jego wykonaniu to majstersztyk.

surveillance3

Jeżeli po obejrzeniu finału stwierdzicie, że jest on bez sensu – postarajcie się o kolejną szansę dla Surveillance. Obserwujcie gesty, zachowania i teksty każdej postaci, bo tak naprawdę na obserwacji cała zabawa właśnie polega. Kiedy David Lynch obejrzał film córki stwierdził, że tak chorego pomysłu na zakończenie historii jeszcze nie widział. Dla mnie to prawdziwy strzał w dziesiątkę i pełne tryskającej energii rozwiązanie intrygi. Ocena? Poza skalą!

ocena4

Read Full Post »

Jedną z moich kinowych słabości jest sympatia do racer’owej serii Szybcy i wściekli. Ta popcornowa, pełna cool-młodzieżowej stylistyki epopeja wryła mi się w beret dość znacznie, po części dzięki grze Need for Speed Underground, silnie nawiązującej klimatem do produkcji wyreżyserowanej przez Roba Cohena, a następnie Johna Singletona i Justina Lina. To co mi się podoba w tych filmach to przede wszystkim dźwięk silników bryczek kosztujących co najmniej kilkanaście tysięcy dolarów. Fabuła staje się tu jedynie pretekstem do ukazania co raz to bardziej karkołomnych i jednocześnie nielegalnych wyścigów rozgrywanych pod patronatem szefów światka przestępczego.

Jak wszyscy pamiętają – część pierwsza skończyła się ucieczką Dominica Torreto, a jego policyjny partner Brian O’Conner wziął wszystkie winy na siebie. Druga część skupiała się już tylko na postaci Briana i jego potyczkach z szefem mafii Carterem Verone. Ten epizod był jednak zdecydowanie najsłabszy ze wszystkich. Singelton nie zaskoczył niczym nowym, kiepsko poradził sobie również z realizacją scen akcji. W następnym odcinku – Tokyo Drift – postawiono na nowego bohatera i „mięsko” czyli wyścigi. Pomimo rozczarowującej fabuły i kiepskiego aktorstwa wprowadzał ciekawy klimat drifterów. Czwartą część ponownie wyreżyserował Justin Lin, a do współpracy zaprosił oderwany od historii poprzednika duet Diesel-Walker, tak lubiany przy okazji części pierwszej.

ff1

Trzeba uczciwie przyznać, że Lin odrobił pracę domową. Czwóreczka bowiem doskonale zazębia się z pierwszymi przygodami wspomnianego duetu. Gdyby odrzucić tak „Za szybkich” oraz „Tokyo” możemy wręcz mówić o normalnym sequelu. Szybko i wściekle zaczyna się niezwykle dynamicznie – od dominikańskiej sekwencji kradzieży cysterny z paliwem. Nasza ekipa pod przywództwem Torreto dosyć zgrabnie radzi sobie z sytuacją, do momentu kiedy kierowca ciężarówki zauważa, że coś jest nie tak. Całość skręcona jest naprawdę z klasą i zmontowana z głową. Zresztą realizacja pościgów w najnowszej części stoi na najwyższym poziomie spośród wszystkich odcinków.

To co jednak mnie najbardziej zaskoczyło to drastyczne odsunięcie się od atmosfery nocnych zmagań, przy akompaniamencie neonów i rozmaitych laserów. Lwia część historii rozgrywa się na środkowoamerykańskim zadupiu, wśród tumanów kurzu i pyłu. Oczywiście nie do końca udało się zerwać z dyskotekowym klimatem niektórych scen, ale na szczęście takowe ograniczono do minimum. W tej kwestii Szybko i wściekle przypomina nieco western – bohaterów otacza pustka i piasek, a za rumaki służą im poczciwe wozy. Torreto wozi się absolutnie czaderskim Dodgem Chargerem, co dodaje mu nieco powagi i mocnego charakteru. Brian jak to Brian – stawia na import. Śmiga po ulicach Nissanem Skyline.

ff2

Jak każda część, tak i ta ma swoje wady. Z obsady wywaliłbym przynajmniej jedną laskę, służącą wyłącznie jako atrakcja wizualna. Twórcy przeholowali również w dwóch scenach z wozami. Nie są to jakieś mega-hiper-niedociągnięcia. Szkoda tylko, że tam gdzie fantazja scenarzysty sprawdziła się znakomicie, gdzie indziej po prostu zawiodła. Co ważne, aktorsko jest tu jak najbardziej OK. Diesel dostał bardzo fajne one-linery, a Walker nie irytuje jak zdarzało mu się dawniej. Reszta obsady ni w pięć, ni w dziesięć – jest bo jest, ale nie wkurza. Brakuje tylko jakiejś sekwencji, w której swoje umiejętności kierowcy pokazałaby panna Brewster.

Zaryzykuję (a co tam!) i stwierdzam, że to najlepsza część serii. Mniej wyczesana, trochę bardziej poważna, ale wciąż młodzieżowa i lekka jak piórko. Dobrze filmowi zrobił powrót Diesela. Choć wygląda jak nie do końca dorzeźbiony kloc drewna to jego głos i zdolność ciągnięcia fabuły do przodu naprawdę uatrakcyjniają klimat. Sezon blockbusterów właśnie się rozpoczął. Cieszy, że pierwszy z nich prezentuje poziom przynamniej niezawstydzający.

ocena25

Read Full Post »