Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2009

Ukraiński Jar Jar

Jakiś czas temu w ramach totalnego zluzowania postanowiłem obejrzeć trzecią część Transportera. Czas filmu wydawał mi się „w sam raz” – 90 minut czystej rozrywki jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a jak mawiał ś.p. profesor Religa – nie warto sobie żałować pewnych rzeczy. Mój wybór nie był jednak przypadkowy. Pierwszy Transporter kojarzył mi się dobrze, głównie ze względu na Jasona Stathama, który umie kopać po mordach, a czasem nawet fajnie zagrać (kto widział Snatch ten zrozumie).

Ostatni rozdział przygód człowieka od nietypowych przesyłek – Franka Martina – powiela w niemal każdym aspekcie schematy poprzedników. Prawie, bo już na początku wydaje się, że Frank odszedł na emeryturę i raczej zarzuci wędkę niż z powrotem skorzysta ze swojego Audi S8. Szybko jednak okazuje się, że przeszłość bohatera ściga go równie skutecznie, co on swoich wrogów. Statham musi dowieźć do nieustalonego punktu dwie torby, a że walka toczy się również na politycznym poletku – stawka zwiększa się z godziny na godzinę.

transporter3pic3

Niestety, to co fajnie prezentowało się w jedynce i momentami w dwójce, w trójce przekształca się w jakiś durny slapstick dla dzieciaków. Jak bowiem wytłumaczyć taki sceny jak przejazd na dwóch kołach Franka między dwiema ciężarówkami przy prędkości ponad 100 km/h? A to tylko ten łagodniejszy przykład. W filmie nie brak również kiepskawych, pseudo-erotycznych pomysłów dla napalonych dzieciaków np. „Będziemy się kochać. Chcesz kluczyki? Zdejmij koszulę!”. Jeżeli film posiada kategorię PG-13 to pewnej poprzeczki nie da rady przeskoczyć. W  konfrontacji z łagodnie poprowadzonym wątkiem romansowym z części pierwszej pomysł Oliviera Megatona widzi się jako zabieg przeprowadzony przy pomocy kamienia i łopaty.

Największym błędem reżysera nie jest jednak tragiczny scenariusz pełen logicznych dziur i kuriozalnych scen akcji. Francuz pod wpływem Luca Bessona (tak, tego od Leona Zawodowca) zaprosił do obsady Ukrainkę Natalię Rudakovą. Przy szukaniu informacji o tej niewieście dowiedziałem się, że nigdy nie miała styczności z aktorstwem, a z zawodu jest fryzjerką. Ten warsztat niestety jawi się już od pierwszych sekund pojawienia się Rudakovej na ekranie. Dziewczyna duka z siebie angielskie kwestie z wyczuciem godnym rosyjskiego sapera, który poszukuje min metodą dotykową. I nie chodzi tu o akcent, który przecież u ludzi ze wschodniej Europy jest wyczuwalny na kilometr. „Aktorka” nie wykazuje żadnych przejawów uczuć, ba, scenarzyści postanowili zrobić z niej typową szmatę. W jednej ze scen naćpana Valentina (bohaterka grana przez Rudakovą) wchodzi do sklepu, zaczyna rozrabiać, otwiera butelkę wódy, bierze kilka łyków, a na końcu oddaje mocz pod jedną z półek. Nie ma co, zacna dziewucha!

Tak wkur*iającej postaci nie widziałem od czasów Jar Jara z Gwiezdnych Wojen. Nie sądzę, aby taki przypadek trafił mi się w najbliższej przyszłości. A jak prezentuje się reszta filmu? Cóż, ogląda się to bez specjalnego zaangażowania, wszak podobną historyjkę widzieliśmy już wiele razy, a twórcy nie przemęczali się nad skryptem historii. Nie zadowalają również bijatyki, które niemal kropla w kroplę skopiowano z poprzedniej części. Skoro więc nie poszanowano czyjegoś czasu, czemu mielibyśmy chwalić autorów tego gniota?

ocena15

Reklamy

Read Full Post »

Każdy tasiemiec produkowany dla telewizji charakteryzuje się jedną rzeczą – sens fabuły maleje wprost proporcjonalnie do liczby odcinków. Porównanie starszych epizodów z nowszymi (a bo są tacy co skrzętnie pamiętają detale) nie raz doprowadza do zaskakujących rezultatów . Konkluzja dla więcej-niż-1000-odcinków serialu jest następująca – tu każdy śpi z każdym, dosypuje do herbaty środek nasenny, gwałci, porzuca, zdradza, rozwodzi się, schodzi się ponownie by znowu się rozwieść, upija się jednym piwem, zostaje oszukany, dostaje wpierdol, śpi z każdym… a to już było. W tej całej zalewie skretyniałego sprzedawania ekranowych sucharów jest i plus. Jeżeli tylko nie weźmiemy wszystkiego na serio to taki serial dostarczy nam kupę śmiechu i wyjątkowego humoru spod znaku „to jest tak złe, że aż dobre”. Dowody? (więcej…)

Read Full Post »

Kiedy James Bond spojrzy na kobietę, tej miękną nogi, a temperatura ciała wzrasta powyżej 36,6 stopnia. Kiedy zamawia alkohol w barze – nie może być to piwo korzenne drugiej jakości tylko martini. Kiedy ma zamiar skasować typka wyciąga pistolet z tłumikiem i z gracją zostawia dziurę w ciele antagonisty. Byle jakiego wozu też nie może prowadzić – Aston Martin to właściwie jego drugi dom. No a jak się ubiera? Elegancko. A teraz wyobraźcie sobie kompletne przeciwieństwo Agenta Jej Królewskiej Mości. Kogoś kto aby przeżyć improwizuje na każdym kroku i korzysta ze zdobytych wcześniej umiejętności, z pominięciem wyrafinowanych środków dla osiągnięcia celu. Wyobraźcie sobie Jasona Bourne’a. (więcej…)

Read Full Post »

salvation_kid

Po obejrzeniu powyższego zdjęcia nie mam żadnych wątpliwości. Postapokalipsa w Terminator: Ocalenie sięgnie niebotycznych rozmiarów. Będzie dół, deprecha, „This is Sparta!”, syf i właśnie takowe obrazy. Dzieciaków z bronią w łapskach próżno szukać w filmach. Wyzbył się tego nawet Cameron w drugiej części opowieści o „Elektronicznym mordulcu”, mimo, że okazji do wręczenia gnata młodemu Connorowi było bez liku. A MCG (czyt. Mekdżi) – visionary director of Charlie Angels (takie żarty krążyły po sieci) – zdaje się nie przejmować schematami i kręci nowego Termiego po swojemu. I bardzo dobrze, życzę mu, aby mu się udało. Wszak nawet wspomniany Cameron przed nakręceniem pierwszego Terminatora zrobił jedynie… Piranie II.

Wracając do dzieciaka z shotgunem. Czemu mnie to jara? Bo widać, że ludzie są zdeterminowani, że zarysowana przyszłość jest beznadziejna. Małolat z bronią to obecnie jeden z bardziej przerażających widoków (nawet w kotekście ostatnich wydarzeń w niemieckiej szkole). Bo słodziak nie kontroluje swojego zachowania. Gdy strzeli, zrobi to przez przypadek. Nie wie, że pociągnięcie za spust trwa ułamek sekundy. Ułamek, który decyduje o śmierci (bądź nie) osoby znajdującej się nieopodal. A może się podpaliłem? Może dziewczynka z obrazka idzie podarować broń ojcu?

Na osłodę dorzucam zwiastun, który w rytmie utworu Nine Inch Nails – The Day the World Went Away jeszcze bardziej podsyca atmosferę oczekiwania.

Read Full Post »

Chris Nolan to aktualnie jeden z najbardziej zachwalanych reżyserów świata. Gośc, który nakręcił Memento, Prestiż, Batman: Początek oraz Mrocznego Rycerza nie może nie być nielubiany zarówno przez krytyków jak i fanów, którzy kupowali i bilety i chadzali do kin na jego filmy nawet kilka razy. Taki ktoś zasługuje nie tylko na szacunek, ale również na wieczne wsparcie ze strony producentów (przynajmniej w dobie kryzysu). Kino Nolana charakteryzuje się mądrym i ciekawym podejściem do głównych bohaterów. Brytyjczyk nie szczędzi miejsca oraz czasu na ich prezentację, bo wie, że tylko odpowiednio poprowadzony aktor popchnie film do przodu. Ponadto Chris lubi ewidentnie bawić się z widzem konstruując obraz w formie puzzli, które w trakcie seansu należy systematycznie układać, aby nie pogubić się w stylowej narracji mieszającej przeszłość z rzeczywistością i przyszłością. W rezultacie i tak dajemy się zaskakiwać. Tak było w niemal każdej jego produkcji. A jak autor najbardziej kasowego filmu 2008 roku zaczynał karierę?

following1

The Following to opowieść o niespełnionym, młodym, szarym pisarzu Billu. Facet zamyka się w czterech kątach i stara się wymyślić jakąś interesującą historię. Jest biedny, ewidentnie zagubiony, samotny. Po prostu taka życiowa pierdoła. Pewnego dnia postanawia wyrwać się z mieszkania i za cel stawia sobie śledzenie przypadkowych ludzi. Niby to jakieś zboczenie, zastraszanie, ale w gruncie rzeczy Billowi chodzi o obserwację życia i wyszukanie odpowiedniej jednostki, która dałaby mu jakieś podstawy do pisania. Jak każde hobby, śledzenie obarczone jest również zasadą – Bill nie zamierza dwukrotnie śledzić tej samej osoby. Łamiąc ją nie wie, że czekający go splot wydarzeń stanie się się czynnikiem pobudzającym pierwiastek chciwości w jego umyśle.

Bill bowiem spotyka Cobba – zawodowego włamywacza, który podobnie jak pisarz obserwuje osoby, a następnie je okrada. Ten uczy go fachu i wykłada kolejne reguły gry, po czym przekazuje pałeczkę młokosowi. Cobb to nie byle jaki łotr i drań, gdyż każdą „jumkę” traktuje bardzo osobiście. A to przegląda intymną bieliznę w szufladzie ofiary, a to kradnie jeden z kolczyków (na złość). Na deser delektuje się w kuchni winem i podkłada damskie majtki do męskiej garderoby w formie prowokacji. Nie ma tu nic z typowego cwaniaka, który najchętniej ulotniłby się z pełną torbą w 2 minuty po wdarciu się do mieszkania. Cobb to klasowy złodziej.

following2

Biedny Bill zdaje się dobrze bawić w skórze przestępcy. Życie częściowo wynagradza mu to. Spotyka intrygującą kobietę, okrada jeszcze więcej mieszkań. Stać go nawet na kilka drinków w barze. To o wiele więcej niż przed spotkaniem Cobba. Ale czy na pewno wszystko gra w najlepsze? Nolan w swoim stylu (choć w 1999 roku byłoby to spore nadużycie) prowadzi fabułę, która początkowo skupia się na postaciach, aby później przejść do przedstawienia misternie zaplanowanej intrygi. Robi to po mistrzowsku. The Following należy oglądać niezwykle uważnie, powtarzać niektóre sceny nawet kilkukrotnie. Inaczej widz zgubi trop. Tu fakty przeplatają się niezwykle dynamicznie – widzimy życie znudzonego życiem Billa, następnie wyrachowanego rabusia, a także pełnego pokory człowieka, który dokonuje finalnej spowiedzi. Te epizody tak skutecznie szatkują fabułę, że miejscami ciężko nadążyć za Nolanem, a film trwa tylko 70 minut.

Fantastyczne wrażenie robi stylizacja opowieści w formie kina noir. Reżyser posiadając bardzo skromne środki sam trzymał kamerę i biegał za aktorami. Pomimo, że miejscami występuje tzw. trzęsawka, a ujęcia są długie i dosyć chaotyczne to jednak ten zabieg spotęgował uczucie obcowania razem z bohaterami. W połączeniu z ciekawą muzyką autorstwa Davida Julyana (obaj panowie współpracowali później ze sobą przy okazji Memento, Bezsenności oraz Prestiżu) warstwa artystyczna The Following jest zabójcza.

Kurna, warto się przekonać jak zaczynał Nolan. Jeżeli ktoś widział jego poprzednie produkcje w The Following znajdzie niemal to samo – cudną i wciągającą historię, ciekawych bohaterów oraz rozwalający umysły finał. Za skromną kasę udało mu się nakręcić klasowy kryminał. Warto również zwrócić uwagę na scenę, w której Cobb włamuje się do mieszkania Billa – na drzwiach wisi symbol Batmana 🙂 To świadczy o jednym – The Following nakręcił człowiek, który niemal 10 lat później zrobił kasową adaptację komiksu z jednym z najlepszych czarnych charakterów w historii.

ocena35

Read Full Post »

Ponad 20 lat fani czekali na ekranizację komiksu Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Czy jeden z najlepszych rzemieślników na stołku reżysera – Zack Snyder – podołał zadaniu? Bo że porwał się z motyką na Słońce wiedzieliśmy już dawno. Przełożenie całej papierowej historii na celuloidową taśmę wydawało się bowiem nie do wykonania. Watchmen to komiks bardzo bogaty w przekaz, ale także w postacie i rozmaite smaczki z okresu zimnej wojny. To jedna z tych opowiastek, która ewidentnie ujmuje widza nie tylko formą, ale również treścią. Co więc się udało Snyderowi, a co nie?

Seans Watchmenów dla wielu może okazać się kiepskim wyborem na spędzenie deszczowego popołudnia. Nie jest to bowiem leciutki jak piórko film akcji, w trakcie którego spożycie nachos z sosem to tradycja. Komiks Moore’a to naszpikowana politycznym sznytem historia grupy superbohaterów, żyjących w Nowym Jorku w alternatywnej rzeczywistości 1985 roku. Jedwabna Zjawa, Nocny Puchacz, Ozymandiasz, Rorschach, Komediant oraz Dr. Manhattan na mocy Aktu Keene’a otrzymują zakaz wykonywania swoich obowiązków. Z tej zasady wyłamuje się jednak Rorschach, który odkrywa spisek mający na celu zlikwidowanie wszystkich Strażników. A że na horyzoncie wisi nuklearny konflikt między Stanami Zjednoczonymi, a ZSRR to atmosfera zaczyna się wyraźnie zagęszczać…

watchmen1

Snyder wiedział co robi i potraktował fanów uczciwie. Film jest bowiem wierny (prawie do końca) oryginałowi, ba, to wręcz komiksowe kadry przeniesione na ekran wraz z dialogami! Jednocześnie pozbyto się z fabuły niepotrzebnych, aczkolwiek rozbudowanych opisów tzw. backgroundu historii (i tu wysuwa się na czoło brak wywodów kioskarza, sama postać pojawia się jednak na chwilę). Reżyser w bardzo ciekawy sposób ukazał również samych herosów. Warto wspomnieć, że wszyscy oprócz Manhatanna to zwykli ludzie, nie posiadający żadnych supermocy. Swoją siłę opierają na chęci zapewniania pokoju i sprawiedliwości. Wszelkimi możliwymi środkami. Manhattan z kolei to niemal pół-Bóg, istota powstała w skutek niefortunnego wypadku w laboratorium, umiejąca m.in. przewidywać przyszłość. Wszystkich „supermenów” łączy jedna cecha – nie są bez skazy. To dość ciekawy przypadek w historii ekranizacji obrazkowej sztuki. Jedni piją, drudzy palą i przeklinają, strzelają do kobiet w ciąży i cywilów, prują po ryjach złoczyńców… Nie pier***ą się z nikim. Jak dla mnie – czad.

Snyder w niezły sposób przedstawia również genezę postaci. Co prawda cierpi na tym tempo filmu, ale z drugiej strony widz zrozumie, czemu niebieski ziomek ze zwisającym pindolem wydaje się być na maksa wyobcowany, skąd ta socjopatia u Rorschacha, a także czemu Jedwabna Zjawa kontynuuje rodzinne tradycje. W Watchmenach aż roi się od retrospekcji i jeżeli ktoś nie trawi takowych zabiegów narracyjnych niech lepiej nie kupuje biletów.

Teraz trochę o treści.  Snyder starał się zawrzeć w ponad 160 minutach niemal wszystkie wątki z serii. Niektóre z nich zmienił, jedne pozostawił nietknięte. W gruncie rzeczy z Watchmenów płynie wydźwięk propacyfistyczny. Ci, którzy żądają sprawiedliwości ponad wszystko przegrywają. Film zgrabnie ukazuje ile trzeba poświęcić dla światowego pokoju, dla bezpieczeństwa. Nawet kosztem prawdy. I to mi się podoba, pomimo, że trąci od tego trochę banałem. Nieco dwuznaczne zakończenie nie sugeruje, że świat zmieni się po wszystkim na lepsze. Zwłaszcza, że ZSRR będzie wciąż w posiadaniu tysięcy głowic nuklearnych. Tym niemniej jakaś tam szansa na wieczny pokój jest.

watchmen2

Co nie wypaliło? Autorowi „300” nie pomógł tym razem castingowy nos. O ile do ról Rorschacha i Komedianta zatrudnił aktorów jak ulał podobnych do oryginalnych charakterów wyjętych spod kreski Moore’a (socjopatyczny Rorschach jest rewelacyjny!), o tyle do reszty można się już przyczepić. Niby Dreiberg odgrywany jest jak należy – trochę ciapkowaty Puchacz był i w komiksie -, ale na przykład zniewieściałego Veidta/Ozymadiasza nie do końca strawiłem (choć w końcówce trochę nadrabia braki). Cieszy fakt, że Snyder nie zatrudnił znanych ryjów z Hollywood, a postawił raczej na zgodność za aparycją oryginału.

Czym więc są Watchmeni? Udaną ekranizacją? Raczej tak. Dość trudnym do ogarnięcia moralitetem? Też. Napewno nie są X-Menami (jak niektórzy sądzili wybierając się na premierę) i sztandarowym akcyjniakiem. Nie dziwię się klęsce finansowej filmu, gdyż Amerykanie nie byli przygotowani na taki cios ze strony DC Comics. Warto jednak wybrać się dla Strażników, aby w końcu zobaczyć na czym polega dojrzały, brutalny, mądry i po prostu ciekawy komiks dla dorosłej publiczności.

ocena4

Read Full Post »

Filmowy marketing w Polsce to przykład bezsensownego, notorycznego klepania tych samych błędów przez X (słownie „iks”) lat i nie wyciągania konsekwencji wobec popełnionych głupot. Są na górze ludzie, którzy myślą dosłownie jedną kategorią – „Ciemny lud kupi byle gówno. Nie wysilajmy się, dajmy im na nas zarobić.”. Jakiś rok temu wychodząc z projekcji polskiego prawie-horroru „Pory mroku” Grzegorza Kuczeriszki byłem świadkiem ciekawej rozmowy (niestety, wszystkich słów nie zapamiętałem):

A-rozmówca nr 1
B- rozmówca nr 2

A: Na ch.. oni kręcą to coś?
B: Mi to się nawet podobało. Takie jakby „Saw”.
A: Ty k…a widziałeś w ogóle te filmy? Bo mi się wydaje, że nie.
B: No to chodzi o ten film, gdzie kolesie jadą na Słowację, dymają laski i zastają jakąś rzeźnię?
A: Nie.
B: No to ja nie wiem. Reklamowali to jako polski odpowiednik „Saw”… (więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »