Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Luty 2009

Mój wywód na temat Punisher: War Zone rozpocznę dosyć banalnym stwierdzeniem – filmy złe to takie, które trafiły na niewłaściwego reżysera. Przygody policjanta Franka Castle to jedne z bardziej mrocznych i brutalnych komiksów w historii. Osobista, pełna krwi vendetta faceta, który stracił swoją rodzinę wydaje się być idealnym materiałem na porządne, sensacyjne kino. Tym bardziej ucieszyłem się na wieść o tym, że po średnio udanym Punisherze z 2004 roku rozpoczęły się prace nad kolejną częścią z podtytułem War Zone (Strefa wojny). Już na wstępie postanowiono odrzucić ugrzecznioną historię z poprzednika i skupiono się na odwzorowaniu ciężkiej atmosfery znanej z komiksu. I co? Lipa. To tak w skrócie.

punisherwz

Fabuła nowego Punishera jest jedynie pretekstem do pokazania kolejnych scen akcji z bronią palną w roli głównej. Naturalnie spodziewałem się tego, aczkolwiek nie sądziłem, że między kolejne wymiany ognia Lexi Alexander (kobieta-reżyser) wplecie durne, kiczowate elementy komediowe. Żenada to chyba najlepsze określenie tego co dzieje w przerywnikach. Film traci zdecydowanie na powadze. Mało tego – niebezpiecznie zbliża się do stylu jaki zaprezentował Joel Schumacher w swoich Batmanach. Najgorzej prezentują się zwłaszcza główni antagoniści, szczególnie Jigsaw. Gość lata z ryjem przypominającym pewien turecki, mięsny smakołyk i jedynie co budzi to uśmiech politowania. Nie wiem, może się nie znam, ale skoro filmik jest R-rated to po kiego grzyba wsadzać do fabuły tak groteskową postać? Tym bardziej, że normalnych przeciwników Punishera próżno szukać. Jest bowiem jeszcze kompletnie popieprzony braciszek Jigsawa, a także trójka wyznawców le parkour o inteligencji średnio rozgarniętej małpy. Na dokładkę dostajemy ponadto gapiowatego stróża prawa, małą dziewczynkę i czarnoskórego agenta o polsko brzmiącym nazwisku. Castingowo-scenariuszowy mega-niewypał.

W sumie P:WZ nazwałbym gównem totalnym, gdyby nie parę scen wyciętych rodem z ery kultowych kaset VHS. Kiedy ogląda się kino akcji lat 80. widzimy jedną, zasadniczą rzecz – konsekwentne emanowanie brutalnością na ekranie. Kiedy Seagal łamał nadgarstki, a Van Damme kopał po mordach krew lała się równo. W nowym Punisherze jest podobnie. Jucha tryska zdrowo po każdym ciosie, postrzale czy dekapitacji. W jednej scenie Castle dosłownie rozpier***a gangsterowi twarz shotgunem. Dla takich motywów Punisher jest stworzony. Szkoda, że możemy policzyć je na palcach jednej ręki.

punisherwz2

Podejrzewam, że dla maniaków komiksu seans z War Zone będzie pełnym cierpienia przeżyciem. Mi udało się dotrwać do końca, albowiem podejrzewałem scenarzystów o jakąś fajną rozwałkę w grande finale. I tak rzeczywiście jest. Niemniej, pomiędzy strzelaninami film niestety dołuje. Kiedy zawodzi fabuła, a aktorzy (może oprócz Raya Stevensona w tytułowej roli) dukają tragiczne kwestie dialogowe nie pozostaje nic jak pomarzyć sobie o jedynej, słusznej ekranizacji przygód Franka Castle. Poważnej, bez wstawek komediowych.

ocena1

Read Full Post »

Oskary zostały rozdane. Czy trafiły w dobre ręce? Czas pokaże. Przy każdej ceremonii zadajemy sobie pytanie – czy wybory Akademii mogły być lepsze? Cóż, nie mamy jako takiego wpływu na wizję leśnych dziadków zasiadających w ławach jury, ale i tak miejscami zacieszam michę, kiedy moje typy (poza paroma wyjątkami) się sprawdzają. Tak było też dzisiaj nad ranem, kiedy do godziny niemal 6:00 ze spokojem oczekiwałem na przyznanie nagród w najważniejszych kategoriach.

Bez wątpienia największym zwycięzcą w Kodak Theatre poczuła się ekipa filmu Slumdog Millionaire. 8 zwycięstw na 10 nominacji to rewelacyjny wynik, potwierdzający geniusz Danny’ego Boyle’a. Pojawiają się głosy, że przygody Jamala nie odniosłyby sukcesu gdyby nie konkurencja prezentująca dosyć średni poziom. Tu się zgodzę, rok temu rywalizacja na tym poletku przyprawiała o dreszcze. To nie jest kraj dla starych ludzi oraz Aż poleje się krew niemal do końca walczyły o przychylność krytyków. Jednak w 2008 roku nie dostaliśmy do dyspozycji wybitnych tytułów. Slumdog spadł jak z nieba. Ten pogodny, pełen pozytywnych uczuć obraz zdecydowanie wyróżniał się na tle trochę zmanierowanych, ulepionych z mało wyszukanych środków rywali. Dlatego oprócz Frost/Nixon to właśnie jemu kibicowałem najbardziej. Można pluć, można narzekać, ale warto sobie odpowiedzieć na ważne pytanie – jeśli nie Slumdog to kto? I w czym niby miałby być lepszy od dzieła Boyle’a? Ok, Frost/Nixon byłby godnym kandydatem, ale myślę, że Amerykanie na jakiś czas mają dość grzebania w swojej historii.

Ku mojemu zadowoleniu pośmiertną statuetkę otrzymał Heath Ledger za rolę Jokera w Mrocznym Rycerzu. Obyło się bez specjalnej szopki przy ogłoszeniu wyników – ot paru widzów uroniło łezkę. Pomnika nie zdołano jednak wybudować. I bardzo dobrze. Takie role wspomina się właśnie najlepiej – ich siła tkwi w tym co wnieśli do filmu, a nie w sztucznym kreowaniu mitu wokół zmarłego aktora. Szacunek Panie Ledger! Największe rozczarowanie musieli przeżyć autorzy Ciekawego przypadku Benjamina Buttona. Aż 13 nominacji dało im zaledwie 3 statuetki, do tego raczej w podrzędnych, technicznych kategoriach. To świadczy tylko o tym, że miałem rację 🙂 Button to film ładny i… nic więcej. Mam nadzieję, że Fincher wróci do swojego rzemiosła i zaskoczy wysoką formą przy najbliższej okazji.

Rozdawanie złotych rycerzy ma swoje polityczne reguły. Nie od dziś wiadomo, że w Hollywood panuje parcie na tolerancję i poprawność. Dzięki temu trendowi Obywatel Milk zdołał uczknąć 2 nagrody, w tym za główną rolę męską dla Seana Penna, który wcielił się w homoseksualnego radnego Harveya Milka. Jest to werdykt dosyć zaskakujący. Przy całym szacunku dla aktora większość obserwatorów widziała w jego miejscu Mickeya Rourke’a. Jak widać – Akademia lubi zaskakiwać, szkoda, że tylko na in minus. Środowisko gejowskie może świętować. Wygrał (dosłownie) ich film.

Ceremonii wspominać długo nie będę. Dobijający był zwłaszcza harmonogram zakładający regularne puszczanie reklam co 10-15 minut. Impreza traciła płynność, a prowadzący Hugh Jackman starał się jak mógł, aby widownia nie zasnęła z nudów. Tańczył, śpiewał, żartował z aktorów – jako showman sprawdził się na szkolną „czwórkę”. Czerwony dywan zwinięto, masywne posągi zapakowano do ciężarówek. Za rok spotkamy się znowu. Oby przez najbliższe 12 miesięcy znakomitych filmów nie brakowało!

Read Full Post »

81st_annual_oscars_poster

Tak to już dzisiaj. Najważniejsze nagrody filmowe zostaną rozdane w Kodak Theatre. Jak zwykle przy takiej okazji plebs spojrzy w telewizor i spróbuje „dotknąć” choćby jednej gwiazdy. Z drugiej strony ekranu  – śmietanka towarzyska. Nawet ciężko określić kto dokładnie przejdzie przez słynny czerwony dywan. Show poprowadzi Hugh Jackman i trzymam za niego kciuki, gdyż dobry prezenter to już połowa sukcesu gali oskarowej. Nie obędzie się bez emocji i kibicowania ulubionym filmom, dlatego poniżej przeczytacie listę moich faworytów w kilku najważniejszych kategoriach. (więcej…)

Read Full Post »

Facet kręci kilka bardzo dobrych filmów, po czym dostaje 150 baniek zielonych na kolejną produkcję. Dostaje w łapy gotowy, jedyny, słuszny skrypt, plejadę aktorów z pierwszych stron gazet i rozpoczyna kręcić zdjęcia. Gdzieś w połowie roboty zdaje sobie sprawę, że to nie jego klimaty i gubi wenę. Tak mniej więcej krystalizuje mi się argument przemawiający za porażką Finchera, jaką jest Ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Słowo porażka należy jednak umieścić w grubym cudzysłowie, gdyż jak przystało na Akademię – obsypano film furą nominacji, niczym kiedyś Titanica czy Władcę Pierścieni.

benjaminbutton-poster

Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z jakimś arcydziełem (przynajmniej wg mnie). Buttona na łopatki rozkłada scenariusz, który gdzieś w połowie filmu systematycznie pada na plecy, aby w końcówce w ogóle nie powstać. Żal mi trochę Finchera, gdyż porwał się na materiał kompletnie odbiegający od jego stylu. Historia Benjamina jest (pomijając motyw wyjściowy oraz kilka scen) do bólu przewidywalna, mało atrakcyjna i właściwie…. niepożyteczna. Omawiając jednak krok po kroku życiorys człowieka, który rodzi się w starczej postaci nie sposób nie porównać go do wybitnego przedstawiciela gatunku jakim jest bez wątpienia Zemeckisowski Forrest Gump.

I tu rodzi się pytanie – czym różnią się obie postacie? Wszak przemiany natury historycznej i społecznej obserwujemy z ich perspektywy. Forrest jest jednak człowiekiem idealnie rozpisanym na kartkach scenariusza. To typowy niedorozwój, który na swoich barkach dźwiga potężny bagaż doświadczeń. Zemeckis rzucił swojego bohatera w wir burzliwej i niebezpiecznej rzeki, nie zapominając o lekko satyrycznym wydźwięku całej fabuły, której podsumowaniem jest znane wszystkim powiedzenie „Życie jest jak pudełko czekoladek.”. Ta pozorna prostota charakteryzowała niebywałą mądrość Gumpa, a źródłem jej nie jest nauka, a właśnie życie. U Finchera bohater jest niewyobrażalnie płaski i nudny. Gdyby obedrzeć Buttona z tej całej otoczki odwróconego cyklu biologicznego mielibyśmy do czynienia z kopią filmu Zemeckisa. Problem w tym, że historia Benjamina nie porywa. Brakuje tu zwłaszcza dobrze dobranych punktów zaczepnych fabuły, po których nasz milusiński mógłby się poruszać. Kolejne etapy życia to po prostu odczytane kartki z pamiętnika. Przygoda u Finchera kończy się tam, gdzie zaczyna. Wszystkie drogi prowadzą bowiem do melodramatu, który rozpoczyna się gdzieś w połowie fabuły. Dlatego resztę obejrzałem bez wielkiego zainteresowania.

benjb

Fincher od zawsze lubił się bawić nowinkami technicznymi w swoich filmach. Efekty specjalne można podzielić na złe, dobre i te „których nie widać”. Ciekawy przypadek Benjamina Buttona nakręcony jest należycie i z klasą. Pomoc komputera w wielu przypadkach okazała się nieodzowna, zwłaszcza w scenach młodości głównego bohatera. Garbaty dziadyga z pełną zmarszczek twarzą Brada Pitta to niebywała atrakcja i przykład sensownego zastosowania nowoczesnych technologii. Pomimo wszechobecnej ingerencji techniki nie poczułem, abym został przytłoczony efektami specjalnymi. Aczkolwiek nie można słabości scenariusza usprawiedliwiać wylanymi potami ludzi z Art Department.

W zasadzie nie wiem o czym miał być ten film. O przemijaniu? O dorastaniu? O szukaniu miłości? O historii? O rodzinie? O odpowiedzialności? Za dużo znaków zapytania jak na nominowany prawie we wszystkich kategoriach tytuł. Dziwi również wyróżnienie dla Pitta – to rola rzetelna, dobrze zagrana, ale Brad miał w karierze conajmniej kilka lepszych. Fincher natomiast powinien skupić się na kręceniu pozycji w swoich klimatach, bo historia Buttona w zalewie melodramatycznej jednak nie wyszła mu do końca tak jakby tego chciał.

ocena2

Read Full Post »

slumdog-millionaire-poster-full

Slumdog Millionaire otrzymał 10 nominacji do Oskara. Ile otrzyma statuetek? Nie mam bladego pojęcia. Wiem tylko, że obejrzałem film tak lekki, tak fantastycznie wyreżyserowany, że ręce same złożyły mi się do oklasków. Bo jest co oglądać! Danny Boyle (autor m.in „Trainspotting”, „28 dni później” i „Sunshine”) podjął się wymagającego zadania, gdyż postanowił Slumdoga nakręcić w Indiach – sercu Bollywoodu. Ja zdecydowanie nie cierpię tego gatunku, a zwłaszcza motywów gdy na ekranie tańczy jednocześnie kilkadziesiąt osób na tle pstrokacizny. Ale gdy w pierwszych minutach okazało się, że Boyle z tą stylistyką zrywa, bezpowrotnie wciągnąłem się w opowieść o szaraczku z ulicy, stojącym przed szansą zgarnięcia wielkich pieniędzy.

Jamal K. Malik bierze udział w hinduskiej wersji Milionerów. Poprzednie kilkanaście pytań poszło mu nadzwyczajnie łatwo. Kiedy ma stanąć przed tym ostatnim zostaje aresztowany i posądzony o oszustwo. Skromny herbaciarz postanawia opowiedzieć śledczym swoją historię, która bogata w rozmaite przypadki ukształtowała go w człowieka siedzącego na krześle nieopodal prowadzącego popularny teleturniej. Bogata w wątki fabuła, rozgrywająca się na 2 płaszczyznach (skacząca między przeszłością, a teraźniejszością) tak naprawdę nie jest oryginalna i trąci lekko lukrem. Tak czy siak to w jaki sposób przedstawione są dzieje Jamala zasługuje na wielkie uznanie. Czemu? Boyle postanowił zmajstrować obraz ze wszech miar pozytywny. W jakiejkolwiek sytuacji nie znaleźliby się bohaterowie, zawsze znajdą w niej plusy. Zabawa z policjantami czy podróż na gapę pociągiem to jedyne dostępne rozrywki w okolicy. Nic dziwnego, że Jamal wraz z bratem korzysta z nich przy byle okazji. Pomimo wszechobecnego brudu, biedy, szałasów i smrodu ciężko stwierdzić, że rodzeństwo było nieszczęśliwe i nie skosztowało życia.

Minimalizm marzeń to główna cecha bohaterów Slumdoga. Jamal szuka jedynie zagubionej miłości i zrobi wszystko, aby ją odzyskać. Na kasie wcale mu nie zależy, gdyż ma opracowany plan. A planem jest piękna Latika, którą poznał jeszcze w dzieciństwie. Zresztą wątek miłosny w Slumdogu to przykład miłości typowej dla kina nastolatków – walka z przeciwnościami losu i ciągłe parcie do przodu to dość wyświechtany pomysł. Cieszę się, że reżyser uniknął pułapki i ograniczył się do budowy więzi między parą w okresie „szczeniactwa”. Ogląda się to wbrew pozorom sympatycznie i z uśmiechem, bez zbędnego krzywienia miny na widok wyżelowanego emo-boya i jego laski w różowej koszulce. Ot po prostu wspaniała miłość, która wraz z wiekiem zainteresowanych dojrzewa i nie musi niczego łopatologicznie widzowi wyjaśniać.

Jak przystało na film Boyle’a – Slumdog jest niewiarygodnie wypucowany od strony technicznej. Rewelacyjne kadry slumsów i świetne zbliżenia twarzy, skupienie się na detalach… Wizualna strona cieszy oko. Dynamiczny montaż i klimatyczna ścieżka muzyczna również poprawiają odbiór. Ta ostatnia wzbogacona o elektroniczne rytmy wprawiła mnie w prawdziwą ekstazę. Dawno nie słyszałem tak świetnie dobranych dźwięków. Chylę czoła przed autorem ścieżki. Jednakże warto się zastanowić: czy Slumdog posiada jakieś wady? Ma ich wiele. Nie ujmują jednak ani kropelki z wrażeń, jakie miałem po seansie tej…no powiedzmy bajki. Jeżeli dzieło Boyle’a rozpatrywać będziemy w ramach niezobowiązującej, radosnej historii to opuścimy kino przynajmniej zadowoleni. To filmidło trywialne i jednocześnie mocne, do bólu wciągające, miejscami gorzkie, ale w gruncie rzeczy optymistyczne i ku pokrzepieniu serc.

Slumdog Millionaire zasługuje na zainteresowanie ludzi. Jest to jeden z niewielu filmów, który nie spodoba się jedynie wąskiej grupie widzów. Jest atrakcyjny audiowizualnie, ma wciągającą historię, tryskający zewsząd humor, odrobinę kryminału i mnóstwo innych zalet poukrywanych gdzieś pośród rozpadających się baraków Bombaju. Dla mnie prawdziwa rewelacja.

ocena4

Read Full Post »

Świeżo po seansie The Strangers (Nieznajomi) doszedłem do wniosku, że tylko idioci umierają w głupi sposób. Sami wystawiają się oprawcy, tworzą klimat otoczonej ze wszystkich stron ofiary. Bez wyjścia, w beznadziejnej sytuacji. A wystarczy czasem trochę pomyśleć. Trochę, gdyż w afekcie paniki nietrudno popełnić błąd. Bohaterowie filmu popełniają ich na tyle dużo, iż nie przychodzi mi do głowy nic oprócz zrzucenia ich win na karb kretyńskiego scenariusza.

James Hoyt i Kristen Mckay opuszczają przedwcześnie wesele kumpla. Podróż mija w minorowej atmosferze, gdyż kobieta odrzuciła oświadczyny partnera. Para zatrzymuje się w letnim domku rodziców Jamesa. W pewnym momencie do drzwi puka tajemnicza dziewczyna, która pyta o niejaką Tamarę. W odpowiedzi otrzymuje „to pomyłka”. Bohaterowie nie wiedzą jednak, że to początek najgorszej w ich życiu nocy.  Z terenu nieopodal domu wydobywają się tajemnicze odgłosy, a pukanie do drzwi to tylko przedsmak tragedii.

strangers_2

No właśnie. Tragedii. Słowo-klucz. Okazuje się, że film oparty jest na faktach, a zakończenie poznajemy już w pierwszych 30 sekundach. To powoduje, iż za bohaterów trudno trzymać kciuki. A tym bardziej nie jest ich szkoda, gdyż do samej tragedii doprowadzają oni sami podejmując z reguły naprawdę dalekie od logiki decyzje. Trójka nieznajomych krocząca po ich małym Alamo to owszem, dosyć przerażająca grupa, aczkolwiek tak kiepsko wyposażona, iż strzelba znaleziona w jednej z szaf przez James’a powinna zweryfikować przebieg fabuły. Tymczasem para zamiast podyktować własne warunki gry (nosz kuźwa strzelba to nie byle jaka broń palna, tym bardziej, że amunicji mieli pod dostatkiem!) porzuca narzędzie przy pierwszej lepszej okazji wykazania się odwagą – samotnej szarży gościa do chatki z radiem. No cóż, metoda „razem raźniej” chyba wyszła z mody przynajmniej na czas filmu.

Próba wezwania wsparcia to już naprawdę „ołowiany” element scenariusza. Parka ma conajmniej 4 okazje do dodzwonienia się na policję. I co? I nic. Najpierw dziewczyna podłącza komórkę do ładowarki i cierpliwie czeka. Zapomniała, że w trakcie ładowania też można zadzwonić. No chyba, że amerykańska Motorola ma inne właściwości baterii od europejskiej wersji. Dwa, po wtargnięciu napastników do domu i przecięcia kabla ładowarki Kristen zamiast użyć naładowanej choćby w 10% komórki sięga w kuchni po nóż i zaczyna beczeć. Po kilku chwilach telefon ląduje w domowym kominku. Dodam, iż między kretyńskim zachowaniem dziewczyny, a spaleniem „fona” przestępcy wyraźnie dają bohaterce fory opuszczając dom i chowając się w lesie. Trzecia sytuacja to opisana wyżej samotna szarża James’a do oddalonej o 100 metrów chatki z radiem. Ostatnim babolem jest komóra należąca do zabitego z ich ręki przyjaciela, który przyjechał się rozejrzeć po domu. Twardziel James jakoś specjalnie nie pali się do przeszukania marynarki denata. Bo po co? Mogą to zrobić otaczający dom psychopaci. Ze zdobytych z portfelu zmarłego kart kredytowych mogliby spędzić niezłe wakacje.

strangers_1

Inspiracja autentyczną tragedią nie usprawiedliwia reżysera do pisania takch bzdur. Co jak co, ale więcej logiki scenariuszowej mają nawet seryjnie produkowane Piły czy opisywany przeze mnie ostatnio Eden Lake. Tak naprawdę jedynym elementem, do którego miałem słabość w trakcie seansu były maślane oczka Liv Tyler. Ładna z niej kobieta, niezła aktorka, ale w The Strangers gra po prostu głupią laskę.

ocena15

Read Full Post »

Krótko i zwięźle. Metodami operacyjnymi udało się nakręcić świeżutki zwiastun „Tranformers: Revenge of the Fallen”. Reżyseruje mistrz szybkiego, bezsensownego, efekciarskiego kina akcji – Michael Bay.

W tle słychać głosy widzów, ale chrzanić to. Skupmy się na zwiastunie, który notabene w HD pojawi się (tadaaa!) 16 lutego. Bay przyzwyczaił mnie, że zapowiedzi jego produkcji rozmijają się z faktycznym obrazem całości. Przypomnę tylko. „Wyspa” miała zadatki na niezłe science-fiction, a w połowie fabuły przekształciło się w typowego akcyjniaka. Pierwsze „formersy” miały jedne z najlepszych zwiastunów 2007 roku – zawarto trochę mroku, trochę tajemnicy. Jak wyszło? Owszem widowisko było to przednie, wizualnie rozsadzało gałki oczne i czochrało mosznę, ale nie dało się uciec od wrażenia, że trochę za dużo tu dziecinnych zagrywek.

Ogólnie TF’y dla fanów były rajem, dla mnie niezłym kinem akcji z masakrującymi efektami (thank you ILM!). Dla reszty… bez komentarza:)
Zemsta Upadłych to może być pierwszy film Baya, który od stóp do głów skonstruowany zostanie sensownie i według jakiegoś określonego standardu (czyt. równego poziomu prezencji fabuły, bez wstawek dla dzieci). Zresztą spójrzmy na powyższy trailer:
– cechuje go wolne tempo (rzadkość w reklamowaniu filmów akcji)
– jest tajemniczy (do końca nie widać nowych robotów, wyeksponowani są jedynie starzy bohaterowie)
– brak debilkowatego humoru (i wierzę że tak pozostanie)
– świetne ujęcie tonących okrętów i samolotów (Bay jakoś nigdy nie przepadał za taką eksponacją ludzkiej tragedii, wolał na maksa efekciarski patos)
– znacznie więcej akcji w nocy – nie ukrywam, że dynamiczne sceny przy świetle dziennym w części pierwszej doprowadzały do oczopląsu (roboty posiadały po kilka tysięcy animowanych części).

Bay ma szansę. Szansę jaką podarowała mu publiczność. Oby tego nie spieprzył, bo zwiastunem strasznie mnie nakręcił. Już wcześniej chciałem zobaczyć „dwójeczkę”, a teraz chcę jeszcze bardziej:)

Read Full Post »

Older Posts »