Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2009

Diabelski Pył

Przy okazji rozpływania się samych superlatywach nad Hardware trafiłem na notkę w filmografii Richarda Stanleya, mówiącej o kolejnym klimatycznym tytule w jego dorobku. Dust Devil powstał ledwie 2 lata po przygodach robota-mordercy, a więc nadzieja na zachowanie formy w wykonaniu afrykańskiego reżysera była jak najbardziej realna. Wspomnę tylko, iż ostateczna wersja Dust Devil rodziła się w bólach. Początkowy cut trwał 120 minut. Producenci uznali, iż taka długośc spowoduje, iż widzowie solidnie się wynudzą, toteż za plecami Stanleya obcięli seans do 87 minut. Dopiero po latach zdolny reżyser za własną kasę postarał się w montażowni o własną, unikalną wizję trwającą niecałe 2 godziny.

dustdevil1

Jest to obraz nietuzinkowy, który śmiało można zapisać po stronie zapomnianych produkcji. Nie widzę szans nakręcenia remake’a, więc doceniam to co otrzymałem w Final Cut. A otrzymałem naprawdę sporo. Historia z początku wydaje się trochę zagmatwana i trudna w odbiorze. Łatwo się zgubić w stylu narracji Stanleya, dlatego uważam, iż nie jest to pozycja dla mas. Akcja rozgrywa się w Afryce, konkretnie w Namibii i częściowo w RPA. Przebrany za kowboja tajemniczy mężczyzna podróżuje przez pustkowia. Działa według schematu – spotyka kobiety, robi dobre pierwsze wrażenie, uwodzi, następnie zabija, ćwiartuje, a na ścianach mieszkań zostawia tajemnicze znaki namalowane krwią ofiary.

Dust Devil nie jest jednak filmem na wskroś brutalnym. Owszem, kilka scen przemocy udało się Stanleyowi przemycić do ostatecznego materiału, jednak o większości zbrodni dowiadujemy się po fakcie. Nadrabia na tym zdecydowanie klimat. Fabuła toczy się na totalnym zadupiu. Jedyną oznaką nowoczesności jest asfaltowa droga, automat do gry, telefon i dajmy na to… motel z neonem. Cała reszta zdecydowanie pachnie zacofaniem, zgnilizną, kurzem unoszącym się w powietrzu oraz gorącem. Większość mieszkańców to samotnicy, niespecjalnie martwiący się o swój los. Właśnie w tym miejscu, gdzie zatrzymał się czas poznajemy Wendy – młodą kobietę, która uciekając od męża liczy na rozpoczęcie nowego życia. Traf chciał, że na swojej drodze spotyka kowboja-mordercę. Od tej pory rozpoczyna się klasyczna zabawa w kotka i myszkę oraz pościg za zbrodniarzem w wykonaniu lokalnego policjanta.

dustdevil3

Dust Devila niezwykle ciężko zakwalifikować do danego gatunku. Seans rozpoczyna się mocno westernowym brzmieniem, by kilkanaście minut później wprowadzić widza w atmosferę mistyki, fantastyki i okultyzmu. Dlatego też interpretację dzieła Stanleya zostawiam Wam. To co mnie również urzekło to rzadkie zjawisko hipnozowania. Film mocarnie dłuży się, aczkolwiek zastosowana stylistyka kręcenia scen oraz obraz i doskonała muzyka naprawdę ryją beret i autentycznie wciągają. Połączenie iście diabelskie. Podam Wam jeden przykład: tytułowy bohater wysiada na stacji kolejowej w Bethany. Na dachu dworca widnieje napis „Pray for rain”, natomiast nasz kowboj zwraca się w kierunku głównego wyjścia i dostojnym krokiem rozpoczyna „wożonko” w rytm westernowego podkładu. Kozak scena!

Jak się okazuje później Dust Devil posiada pewne nadnaturalne zdolności, ale to zostawiam już w formie niespodzianki dla wybranych. Powtórzę się, aby nie rozczarowali się Ci, którzy napalą się na „film o mordercy w kapeluszu”. To nie jest thriller, ani nawet horror. To pewnego rodzaju pustynna jawa, która otula widza ramionami i bezproblemowo trzyma go w ryzach, aż do ostatniego ujęcia. Jeżeli ktoś jara się takowymi przeżyciami, powstałymi na bazie kapitalnego połączenia obrazu z dźwiękiem niech po Dust Devila sięga jak najszybciej. Miłośnicy akcji nie mają tu czego szukać.

ocena4

Read Full Post »

Darren Aronofsky to autor Requiem dla snu, Pi oraz Źródła – obrazów w ostatnim czasie bardzo oryginalnych w środowisku. Tym razem szturmuje sale kinowe Zapaśnikiem. Historia Randy’ego „Rama” Robinsona, który na skutek zawału serca musi zakończyć profesjonalną karierę sportową i poradzić sobie w życiu bez ulubionej pasji miała z zamiaru wzruszyć i poruszyć widza. Niestety, jedynym uczuciem jakie towarzyszyło mi po obejrzeniu nowości spod ręki Aronofsk’ego było rozczarowanie. I w sumie przebolałbym to, gdyby nie fakt, że Zapaśnik miał strasznie silne lobby i parcie pod Oscary. A tego już kompletnie nie strawiłem.

wrestler

Największa bolączką omawianej pozycji jest…wtórność. Fabuła nie zaskakuje niczym nowym. Korzysta ze sprawdzonych klisz, jakie w ostatnich latach widziałem mnóstwo. Bo że ludzie dostają kopa w dupę od życia doskonale wiem. Gardzę jednak ukazaniem takowych postaci w sposób conajmniej nieoryginalny. Jak nazwać to inaczej skoro bohater (znowu) żyje sam, ma kiepskie relacje z dzieckiem, probemy ze zdrowiem i brak szans na odnalezienie się w nowej rzeczywistości? Poza paroma detalami coś mi to przypomina. Już wiem! Serię o Rockym Balboa! Tylko, że ta powstała ponad 20 lat temu i ciągnęła się przez 6 części. W Zapaśniku Aronofsky upchał to wszystko w 120 minutach. Dlatego też dochodzi często do ckliwych, mało realistycznych momentów jak np. przebaczanie win po 10 minutach rozmowy czy gadka-szmatka o „Call of Duty 4” z dzieciakiem grającym wspólnie z Ramem na Nintendo. Ręce opadają. No bo trzeba pokazać, że jak coś się spieprzy to da się to naprawić w kilka minut, nie?

Gdyby nie jeden szczegół, film skazałbym na porażkę. Tym szczegółem jest Mickey Rourke – odtwórca roli tytułowej. Tak jak Stallone jest stworzony do roli Włoskiego Ogiera na ringu, tak Rourke genialnie wcielił się w postać Randy’ego. Ciężko tu w zasadzie pisać o „wcieleniu się”, gdyż aktor jest po prostu sobą. Po licznych problemach z alkoholem, narkotykami i nielegalnymi walkami (wystarczy spojrzeć na jego twarz, aby się przekonać) powraca do Hollywood na dobre i życzę mu jak najlepiej. Z równie ciekawej strony pokazała się Marisa Tomei, o biuście której się mówi, że zasłużył na nominację 🙂 No cóż, postać striptizerki wychowującej samotnie synka to kolejny przemielony schemat, których w Zapaśniku jest w ch*j i jeszcze trochę.

Nie jest jednak tak do końca tragicznie. O ile scenariusz to copy/paste z 50 innych filmów, to strona wizualna budzi uznanie. Szczególnie fajnie ukazana jest akcja zza pleców bohatera w sklepie mięsnym oraz właściwe walki. Aronofsky (i tu składam pokłon) również demaskuje światek wrestlingu i pokazuje zakulisowe rozmowy zawodników. Umówione zagrywki i sztuczne okaleczanie się budują wizerunek amerykańskich zapasów jako źródło rozrywki dla bezmózgów. Zacne i prawdziwe. Szkoda, że te wątki giną gdzieś w środku filmu na rzecz kolejnych moralnych bzdet z życia żałosnego ludzika.

Pomimo zażenowania nie chcę nazwać „Zapaśnika” kiepskim filmem. To niezły obraz, ale nie tak dobry, jak tego oczekiwałem. Uważam, że reżysera kalibru Aronofsky’ego stać na znacznie, znacznie więcej. Na jak wiele? Na tyle, aby wyszedł mu remake Robocopa, za który ma się zabrać na dniach. Jeszcze większym wyczuciem wykazali się polscy dystrybutorzy planując premierę filmu na maj. No to obejrzą go na sali raczej sami…

ocena3

Read Full Post »

Pobudza wyobraźnię…

The Man form Earth to film  niezwykły. Raz, że to przedstawiciel gatunku Science-Fiction. Dwa, że akcja filmu rozgrywa się w jednym miejscu. Trzy – na ekranie nie uświadczymy znakomitych efektów specjalnych, gdyż budżet produkcji zamknął się w kwocie mojego kieszonkowego. Jeżeli ktoś szuka taniej, łatwej rozrywki to TMFE będzie dla niego traumatycznym przeżyciem. Fabuła jest prosta jak drut – pewien profesorek zaprasza do swojego domku grupę zaufanych przyjaciół. Ogłasza im, że musi wyjechać. Nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie. Zdziwione towarzystwo przypiera naukowca do muru. Tuż przed wyjazdem, przy kominku i z butelką zielonego Johnnie Walkera na stole wyjawia im, iż „jest jaskiniowcem żyjącym na Ziemi od 14 tysięcy lat.”.

man_from_earth

Pomysł  na film wydaje się głupi. Tym bardziej, iż nie doznamy tu wizualnej ekstazy.  A jednak twórcom udało się zachować formę (są w tym konsekwentni przez cały czas), wzbogacając treść naprawdę przemyślanymi dialogami. Cały film to żywa, interesująca dyskusja nad historią ludzkości. W tym przypadku gawędziarzem jest główny bohater John Oldman, który nie tylko zbija ogień pełnych wątpliwości pytań znajomych, ale przedstawia również racjonalne argumenty przemawiające za tym, iż faktycznie poznał osobiście Van Gogha, pływał z Kolumbem czy bawił się w Chrystusa. Co najciekawsze, braki ze wspomnień tłumaczy nadmiarem doświadczeń oraz ruchliwym trybem życia. Wszystko to ubrane w typowo klimatyczną gawędę nie tylko intryguje, ale przede wszystkim pobudza wyobraźnię. Polecam zwłaszcza uproszczoną wersję Nowego Testamentu, zamykającej się w 100 słowach. Opad szczęki gwarantowany.

Cieszę się, że powstają takie filmy. Skromne, oszczędne w formie, ale bogate pod względem treści. The Man form Earth ma swoje wady, które i tak nie przeszkadzają we wciągnięciu się w wir opowiastki człowieka, który wiarygodnie przedstawia jak to polował na mamuty, a następnie przetrwał Dżumę. 90 minut solidnie naszpikowanej „bajerą” dyskusji. Polecam.

ocena35

Read Full Post »

Rozliczenie z przeszłością

Upadek komunizmu w Polsce to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Postawiliśmy się Wielkiemu Bratu ze wschodu. Z uporem walczyliśmy o godność i niepodległość. Wielki Brat upadł. I choć w mechanizmach władzy dzisiejszej Rosji widać jeszcze resztki tego stetryciałego systemu, to jednak odcięliśmy od nich niczym syjamskie bliźniaki po skomplikowanej, pełnej ryzyka operacji. Oprócz ropy i gazu oczywiście. Ale z tym każdy ma problem, nie tylko Polska. Koniec końców i tak po 19 latach od rozłamu mamy problemy z „agentami”, „WSI”, „teczkami”, „IPN” i „donosicielami”. Częstotliwość wymawiania tych zwrotów przyprawia o mdłości. I może dlatego „Psy” Pasikowskiego stanowią idealny obraz przewrotu po 1989 roku. Albowiem jest to wizja nieugrzeczniona, pełna krwi, potu, chamstwa, krętactwa. Szczerość i realizm cenię u reżyserów najbardziej, a Pasikowski „Psami” udowodnił swoją prawość.

psy

Fabuły nie ma sensu streszczać, gdyż „Psy” każdy dorosły widział conajmniej kilka razy i wie jak film się zaczyna, rozwija i kończy. Nie będę również przypominał kultowych tekstów, które przeniknęły do polskiej mowy potocznej. Skupmy się na warstwie merytoryczno-wizualnej, gdyż po kolejnym seansie nie moge otrząsnąć się z szoku po spojrzeniu na datę produkcji. Pasikowski nakręcił swoje najlepsze dzieło w 1992 roku, czyli w okresie zdeczko trudnym dla kinomatografii. Brak kasy, ubogość sprzętu w magazynach oraz wiele innych logistycznych kłopotów spowodowały, iż większość polskich reżyserów kręciła na Zachodzie (Kieślowski i Żuławski we Francji). Paradoksalnie Pasikowski poradził sobie z nimi i za miejsce akcji ustanowił Łódź. Typowe, polskie i swojskie miasto.

Wiek „Psów” ma się nijak do ich dzisiejszej atrakcyjności. Wciąż miażdżą realizacją, pracą kamery i montażem. To najlepiej skrojona produkcja Made in Poland od 20 lat. Podczas gdy Wajda i Hoffman męczą mnie upierdliwymi, statycznymi ujęciami mającymi podobno uwypuklać detale planu (co przy skromnych budżetach po prostu śmieszy) mistrz Władysław za punkt główny stawia postacie. To między nimi przemieszcza się kamera podczas scen akcji, to ona skupia się na ich mimice, czynach, nawet wypowiadanych słowach. Pasikowski skorzystał z mało wówczas popularnego amerykańskiego stylu kręcenia materiału. Wydawał się on mocno nieatrakcyjny dla ukazania historii bagna byłych UB-ków, ale w gruncie rzeczy sprawdził się idealnie. Można narzekać na dźwięk i nieczysty obraz, ale nie można besztać metody zastosowanej przez Pasikowskiego. Co więcej – 99% dzisiejszych produkcji z polskiego podwórka delikatnie ujmując realizacyjnie „ssie”.

Cóż poradzić? Przy obecnej kondycji polskiego kina muszę zachwycać się „Psami”. To bezkompromisowy obraz rodzimej rzeczywistości po transformacji ustrojowej. To o czym inni boją się mówić, Pasikowski wykłada na stół bez skrupułów. Zamiast oglądać polityczne łby, grożące co i rusz o działalności agenturalnej w kraju radzę skorzystać z lektury pana Władka. Olo, Franz, Gross oraz Stopczyk opowiedzą wam jak to jest naprawdę. Bez specjalnej napinki i kantów. Po prostu w imię zasad…

Read Full Post »

Kalectwo Star Wars

Zapewne wiele osób zdzieli mnie po przeczytaniu wpisu, ale co tam. Leję na to. Po niedzielnym seansie porannego gówna zwanego „Wojny Klonów” nie wytrzymałem. Ktoś wykonał zamach na moje dobre sampoczucie. A jak coś pieprzy mi poranek to nie ma zmiłuj się. Z dzieciństwem kojarzą mi się różne rzeczy. Jedne miłe, drugie mniej, ale generalnie kwalifikujące się do plusów. Do wybijających się wspomnień należą „Gwiezdne Wojny”.  Nie będę zbytnio przynudzał i w skrócie opiszę początek mojej facynacji Star Warsami tak: gdy byłem chory ojciec zapodał mi wszystkie 3 trzy części na VHS, abym nie nudził się leżąc cieplutko pod kołderką. Koniec.

Do czego zmierzam? Ano przez ostatnie lata pewien siwy Pan karmił mnie tandetą. Jako, że byłem kurdupel, gówniarz i ogólnie ścierałem mleko spod nosa w pełni akceptowałem politykę  monsieur George’a Lucasa. Ba, nawet po latach uważam, że ta Nowa Trylogia wcale tragiczna nie jest, aczkolwiek nie trzeba jej znać, aby zrozumieć Starą Trylogię, która broni się w każdym aspekcie doskonale. To kino przygody, pełne mistyki, filozofii Mocy, ale również barwnych postacii awaturników, którzy łączą swoje siły w walce ze Złem (czyt. Darthem Vaderem). I wszystko byłoby cacy, gdyby nie pewien zgrzyt.

funny-star-wars-image

Kogoś konkretnie popierdoliło i nie jestem to ja. Gdyby Lucas zaprzestał wydawać kolejne pozycje spod znaku marki, zapewne tego wpisu by nie było. Tymczasem facet angażuje się w swoje interesy cholernie aktywnie. Ba, on swoją markę po prostu gwałci. Bo jak nazwać „dbaniem o fanów” coś co w rzeczywistości wbija gwóźdź do trumny z miliardami dolarów, zarobionymi na handlu nazwą Star Wars. „Wojny Klonów” (bo o nie rozbija się sprawa) to kompletny niewypał pod względem realizacyjnym, technicznym. Szmira w pełnym tego słowa znaczeniu. Lucas postanowił wyprodukować serial animowany dla dzieci. Ok, nikomu nie bronię tego robić. Ale czemu jednocześnie wsadza sobie w dupę całą historię, którą wcześniej napisał na potrzeby Epizodów II i III? Czemu nie szanuje czegoś co sam stworzył? Dlaczego niektóre postacie jak np. Asajj Ventress zostały na potrzeby tego „dzieła” ożywione? Dlaczego Anakin w serialu jest Mistrzem Jedi, skoro nawet w Epizodzie III (rozgrywającym się x lat później niż bajka) nim nie był? Kiedyś pewien dziennikarz spytał najgorszego na świecie reżysera Uwe Bolla „Dlaczego nadal kręcisz filmy?”. Uwe odpowiedział szczerze – „For money!”. Panie Lucas, Pan też robi wszystko dla kasy. Problem w tym, że idzie Pan po trupach. A nie tak miało być.

Olewanie własnej, wykreowanej historii to jeszcze nie największy ból. Lucas strasznie lubi grzebać w Starej Trylogii i zmieniać to i owo, co nie podoba mi się jeszcze bardziej. Dla „siwego” zbawieniem okazała się technologia DVD, błyskawicznie wdrożona do gospodarstw domowych. To dzięki niej krezus ze Skywalker Ranch mógł co roku wydawać „nowe” edycje filmów wzbogacone o sceny z wykorzystaniem komputerowych efektów specjalnych. Za przeproszeniem – po kiego ch… ruszał on doskonałą Starą Trylogię? Doszło m.in do tego, że w najnowszej wersji Powrotu Jedi na samym końcu wymieniono postać Anakina (starego Davida Prowse zasąpiono młodym Haydenem Christensenem). Nie dość, że trąci to brakiem szacunku wobec aktora to świadczy jeszcze o kompletnym rozminięciu się z oryginalnym zarysem historii sprzed 25 lat!

Ale spoko jest! Fani się radują, wszak za pół roku wyjdzie Ultra Mega Edition na 6 płytach, albo jakieś eleganckie wydanie na BD z dmuchanym Chewbaccą. Nie zauważą tylko, że przez te lata ktoś ich solidnie wydymał i dyma dalej. Z kasy. Ja spasowałem, nie dam zarobić Lucasowi ani grosza. Motywująco na mnie działa równiez fakt, że dziad zażyczył sobie scenariusza do 100-odcinkowego serialu aktorskiego, który notabene ma być gotowy gdzieś w 2011 roku. Ahoj Panie Lucas!

Read Full Post »

W 1980 roku niejacy bracia David i Jerry Zucker wyreżyserowali prawdopodobnie najlepszą, absurdalną komedię wszechczasów „Airplane!” (po polsku „Czy leci z nami pilot?”). Ich talent do pisania zabawnych, pełnych głupot scenariuszy, często parodiujących ówczesne kino uwidocznił się również później w dwóch częściach „Nagiej Broni” z niezmordowanym Leslie Nielsenem. Obecie Zuckerowie odcinają ostatnie kupony od swojej kariery produkując kiepawe tytuły z cyklu „Scary Movie”, „Superhero Movie” itd. Na szczęście to nie jest zmierzch dobrych komedii, albowiem na horyzoncie pojawił się ktoś kto równie dobrze potrafi rozśmieszyć widza co wspomniani wyżej bracia w latach świetności.

Judd Apatow rozpoczynał karierę od mycia garów w klubie. Tylko w ten sposób mógł podoglądać najlepszych komików, a że sam miał smykałkę do strojenia żartów szybko przeniósł się do Hollywood. W wieku 17 lat założył na campusie rozgłośnie radiową o humorystycznym charakterze, dzięki czemu został dostrzeżony przez Garry’ego Shandlinga, który z kolei zlecił mu napisanie kilku scenariuszy do”Larry Sanders Show” (takie Ali G Show, ale w łagodniejszej formie).

Kariera Apatowa potoczyła się szybko i w latach 90. uznano go już za zdolnego producenta.  W międzyczasie poznał m.in.  Bena Stillera, Willa Ferrela oraz Johna C. Reilly. To właśnie oni stali się ulubieńcami utalentowanego Judda. On wykładał pięniądze na ich filmy, oni w nich grali, a następnie zgarniali profity. Ta współpraca przełożyła się na jedyną w swoim rodzaju „Trylogię biograficzną”, o której Apatow marzył od zawsze. Jej celem było pokazanie typowego amerykańskiego bohatera, który pomimo niskiego IQ, zerowego dorobku potrafi wspiąć się na szczyt. Często dzięki dziwnym zbiegom okoliczności.

wmplayer-2009-01-15-12-30-17-09

Nie brał się za reżyserkę. Swoje palce maczał raczej w scenariuszach i produkcji. Pierwszą próbą okazały się przygody pewnego prezentera telewizyjnego w filmie „Anchorman: The Legend of Ron Burgundy”. Już wtedy widzowie poczuli charakterystyczny smak komedii Apatowa – prosta, zwięzła fabuła, przerysowani bohaterowie, genialne one-linery, dużo absurdu i głupoty. Z drugiej strony niemal każda pozycja wychodząca spod jego ręki jest z 10 razy lepsza od konkurencji. Winnym tej sytuacji jest układ między Apatowem i aktorami. Sprawdzona paczka znajomych powoduje, iż na planie panuje pełne zrozumienie i zgranie. Czego nie można powiedzieć o innych filmach.

Anchorman w kwestii stylu i wykonania jest conajmniej świetny. Idealnie odrestaurowany klimat lat 70., bujny zarost i czupryny u mężczyzn, równo skrojone garnitury i spódnice. Wszystko przełożyło się na sukces debiutanckiej produkcji. Historia prezentera to również okazja do podziwiania talentu Willa Ferrela, który w roli Rona Burgundy po prostu miażdży. Wygląda jak zbity spaniel, a swoich skłonności do nadużywania alkoholu nie ukrywa ani przez chwilę. Kapitalnie spisali się także jego kumple (w tych rolach  znakomici komicy – Paul Rudd, Steve Carrell oraz David Koechner). Ciężko nie roześmiać się na widok Bricka mówiącego cienkim głosikiem „I love….lamp…”.  Obserwując dobre przyjęcie Anchormana Apatow postanowił wziąść sprawy w swoje ręce i po raz pierwszy stanąć za kamerą. Mając w planach drugą część zaplanowanej trylogii napisał oddzielny scenariusz do  „40-letniego prawiczka”. Obraz okazał się strzałem w dziesiątkę i wielkim, komercyjnym (aktorskim również) sukcesem. Na planie produkcji poznał kolejnego komika, z którym nawiązał dłuższą współpracę – Setha Rogena. Owocem znajomości są „Knocked Up” oraz „Pineapple Express”.

mplayerc-2009-01-15-12-32-16-67

Zebrany szmal przydał się do wyprodukowania „Talladega Nights: The Ballad of Ricky Bobby”. Will Ferrel wciela się tu w rolę kierowcy serii NASCAR, który odnosząc sukcesy nieoczekiwanie dostaje od losu soczystego kopa w tyłek. Jest to jednocześnie najdroższa pozycja z jaką Apatow miał do czynienia. Film kipi o scen wyścigów, szybkiej akcji, aczkolwiek nie gubi po drodze charakterystycznego  humoru. Świetnym pomysłem było zatrudnienie Saschy Baron Cohena (znanego bardziej jako Ali G) w roli Jeana Girarda – konkurenta Ricky’ego w walce o tytuł. Ciekawostką jest fakt, iż wersję na Blu-Ray dołączono do niemal 400 tysięcy egzemplarzy Playstation 3 w USA.

Finalny element trylogii zabiera Nas w szalone czasy panowania rock’n’rolla. „Walk Hard: The Dewey Cox Story” opowiada historię zdolnego, ale przygłupiego piosenkarza. Tytułowy utwór przynosi mu zarówno sławę jak i pierwsze problemy z nią związane (nieudane romasne, narkotyki oraz… jeszcze większą głupotę:)). Apatow wiedział jak chce zakończyć cykl. W rezultacie wyszła mu najlepsza i najdojrzalsza komedia pod kątem fabuły, dialogów i gry aktorskiej. Wielka w tym zasługa energicznego Johna C. Reilly w roli Dewey’a. Przez całe 120 minut (wersja rozszerzona) przygrywa znakomicie dobrana muzyka, na ekranie co i rusz pojawiają się piękne niewiasty, a sytuacyjny dowcip aż kipi. Biografia Coxa to książkowy przykład jak powinno się kręcić ten gatunek filmowy. „Walk Hard” to również ewidentne pożegnanie Apatowa z trylogią. I nie chodzi tu nawet o samą scenę finałową, ale o całokształt fabuły. Cox egzystując w kolejnych epokach muzycznych (dorabia się nawet swojego remixu!) zdaje sobie sprawę, że jego czas mija.

THE DEWEY COX STORY

Apatow nie żegna się jednak z widzami całkowicie. Jest płodnym producentem filmowym. W 2009 roku do kin wchodzą „Funny People” i „The Year One” , co każe sądzić iż ambitny Nowojorczyk nie złożył broni i stale chce rozśmieszać publiczność. Oby tylko nie przytrafiła mu się choroba, na którą zapadli bracia Zucker. Nie ma nic gorszego niż wpaść w błędne koło i angażować się w wątpliwe projekty. A mając taką pakę kumpli jak Ferrel, Stiller, Reilly, Black, Carrel czy Rogen o sukces jest napewno łatwej.

Read Full Post »

Dzięki zaprzyjaźnionemu forum KMF, na którym często się udzielam, dowiedziałem się o istnieniu tajemniczego filmu pod nazwą „Hardware” aka M.A.R.K. 13. Przyznam, że nie kojarzyłem za bardzo tego obrazu, gdyż w erze VHS byłem małym dzieckiem, a wszelkie zaległości nadrabiałem dopiero w latach 90 (i to tych późniejszych). Mogło mi umknąć to i owo. Postanowiłem spędzić wieczór przy „Hardware”, aczkolwiek nie posiłkowałem się wglądem w zwiastuny i fotosy z tej pozycji. Po prostu chciałem podejść do seansu bez uprzedzeń. I tylko jedno słowo może określić uczucie jakie towarzyszyło mi po jego zakończeniu – wow!

wmplayer-2009-01-09-11-47-54-15

Fabuła prezenuje się mniej więcej tak: jeden ze złomiarzy znajduje na pustkowiu szczątki maszyny. Zabiera je ze sobą i odsprzedaje innemu koledze po fachu. Ten z kolei przekazuje szmelc swojej dziewczynie, która ma manię sklejania rzeźb z odłamków metalu i innych pochodnych. W nocy maszyna podłączona do zasilania niejako „regeneruje się” i rozpoczyna krwawą jatkę. Jeżeli kogoś nie jarają takie rysy gatunkowe, niech sobie daruje czytanie reszty tekstu, albowiem poniżej znajdziecie tylko i wyłącznie peany na cześć tego obrazu.

To co mnie kompletnie zwaliło z nóg to klimat. Klimat, klimat, klimat…echh no i klimat. Postunklearny. Atmosfera ścięła mnie do kostek i w sumie bardzo dobrze, że obejrzałem film w pozycji leżącej bo pewne gdzieś po 10 minutach roztopiłbym się. Akcja rozgrywa się w przyszłości. Gdzieś zapewne na wschodnim wybrzeżu USA. Nie jest to uściślone, możemy to wywnioskować z dialogów wspominających o Nowym Jorku. Wracając do otwarcia filmu – złomiarze podróżują po pustkowiach szukając „skarbów”. Z tego żyją, bo za znaleziska życzą sobie sporo kasy. Reszta egzystuje w miastach i osadach pozostałych po katastrofie. A taki tryb życia w napromieniowanym świecie wiąże się z kilkoma zabiegami:

1. Zajebista kolorystyka filmu – począwszy od skrapianych pomarańczową i czerwoną ferią barw obszarów pustynnych, po ciemne plany w dalszej części fabuły, aż po samą perspektywę robota-mordercy. Ani przez sekundę nie miałem wątpliwości w jakim środowisku toczy się fabuła – zdezelowanym, zepsutym, pozbawionym nadziei.

2. Brak połyskującego, mieniącego się metalu. Wysypiska śmieci, mieszkania i ulice kipią od zardzewiałych elementów. Pył unosi się w powietrzu, para bucha z zepsutych rur w co drugim zaułku. To nie jest era nowoczesnych filmów, gdzie akcja rozgrywa się zza dnia, za pomocą eleganckich środków przyjaznych dla oka. „Hardware” jest tu do bólu konsekwentny. Uwodzi, ale jednocześnie odpycha.

3. Uboga liczba miejsc, w których występują bohaterowie. Ja naliczyłem chyba 4 lokacje. Gdyby dzisiaj ktoś nakręcił „Hardware” zapewne przeniósł by część fabuły do miast, na inne kontynenty itd. itp. I dzięki Bogu nikt nie ma odwagi robić remake’a, bo rozmieniłby klimat na drobne psując główny atut filmu.

Te trzy czynniki powodują, że dla zwykłego pożeracza nachos M.A.R.K. 13 wydaje się wybitnie nieatrakcyjny. Jest ciasno, duszno, nieprzyjemnie (zresztą spójrzcie na zdjęcia). Kompletne przeciwieństwo letnich blockbusterów ala Transformers. Przy całym zubożeniu scenografii i tak muszę przyznać, że obraz jest dosyć „stechnicyzowany”. Dziewczyna posiada w mieszkaniu w miarę nowoczesny komputer z systemem alarmowym. W skupie złomu również znajduje się podobna zabawka. Nie ma tu jednak za grosz przesady – surowość świata jest widoczna przez cały film.

wmplayer-2009-01-09-11-49-21-59

Nie gorzej niż w przypadku wizualnych perełek wypada ścieżka dźwiękowa. Muzyka pełni tu bardzo ważną rolę, dopełniając klimat. Delikatne, gitarowe brzmienia podkreślają samotność poszukiwaczy złomu. Równie ciekawie wpleciono znakomity kawałek „Ace of spades” autorstwa Motorhead. Po prostu czuć tego rockowego ducha nad „Hardware”. Proszę również zwrócić uwagę na gościnne występy trzech gwiazd tegoż muzycznego gatunku. Carl McCoy z Fields Of The Nephilim idealnie wprowadza nas w atmosferę buszując pośród piasków. Iggy Pop w roli DJ’a radiowego również „czuje” rolę. Na kilkanaście sekund pojawia się słynny Lemmy (wokalista Motorhead) jako kierowca taksówki.

Przygoda z „Hardware” to również konfrontacja z masową symboliką, dosyć mądrze zaaplikowaną. Do wypisania wszystkich nawiązań biblijnych (i nie tylko)  szkoda czasu. I tak większość z was je wychwyci. Ja ograniczę się do czterech z nich:

–  alternatywny tytuł M.A.R.K. 13 to oczywiste odniesienie do Ewangelii wg św. Marka, którą cytuje Moses (i tu kolejne nawiązanie do pisma świętego).

– Nomad, który znalazł robota to diabeł – podrzuca ludzkości coś w rodzaju „pokusy” (robota, który ma stanowić za element rzeźby).

– Robot został zaprojektowany, aby kontrolować liczbę urodzeń. Jest więc wysłannikiem śmierci, a jego przeciwieństwem jest woda – czyli symbol życia.

– Ofiarami robota są grzesznicy i giną w adekwatny do ich występków sposób.

wmplayer-2009-01-09-11-50-37-20

Można narzekać na słabą realizację, kiepskie efekty specjalne i marne aktorstwo. Ale po co? „Hardware” to hardkorowa pozycja i żaden letni akcyjniak z komputerowymi wstawkami tego nie wynagrodzi. Ba, realizm obrazu Richarda Stanleya jest uderzający. Robot wygląda jak robot, a walka człowieka z maszyną autentycznie wgniata w fotel. Dzisiaj takich filmów się nie kręci. I dlatego radzę obejrzeć „Hardware”, aby przekonać się jak niepoprawnie kiedyś było kino science-fiction.

ocena4

Read Full Post »

Older Posts »