Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Grudzień 2008

Spokojny, grudniowy wieczór. Śniegu nie ma (a miał być!). Na moich kolanach leży odpalony laptop, a ja z gałami wpatrzonymi w 15-calowy ekran usilnie poszukuję rozrywkowego filmidła. Traf chciał, że wybrałem „House” – amerykańską produkcję, nakręconą pod Łodzią z kultowym Michaelem Madsenem w jednej z głównych ról. Cóż, nowe horrory przymuję na starcie z uśmieszkiem, zwłaszcza gdy na plakatach promujących widnieje magiczny znaczek PG-13 zachęcający dzieciarnię do wizyty pobliskiego multipleksu.

„House” otrzymał pełną R-kę, a więc rzekłem „jest nadzieja!”. Może nie na hit, ale na mile spędzony wieczór. Film otwiera scena pościgu za dziewczyną. Główny antagonista chwyta za strzelbę, przykłada ją do głowy panienki, po czym wygłasza zajebiście ciekawą kwestię „It’s gonna be ok…”. Czad? Jep. Tym bardziej, że role kata i ofiary zagrała dwójka Polaków: Paweł Deląg i Weronika Rosati. Jak na 30-sekundowy epizod totalnej masakry nie było. Fajnie za to zobaczyć kogoś swojskiego w zagranicznej produkcji. Z drugiej strony pisząc, iż Naszym udaje się na Zachodzie również jest sporym nadużyciem. To, że ktoś spotkał na kawie Vala Kilmera jeszcze nie oznacza, że jest gwiazdą. Miarodajnym czynnikiem są tutaj filmy.

house-poster
Film to niestety jedna, wielka klisza wszystkiego co widzieliśmy w ostatnich latach. Jest narzeczeństwo i małżeństwo, jest sobie nawiedzony dom z jeszcze bardziej nawiedzoną rodzinką (aż dziw bierze, że na widok syna właścicieli posesji nikt nie uciekł z budynku). Sa kanały, mrok, tajemnica, a przede wszystkim wątek 666. Z biegiem czasu dowiadujemy się złych wieści o tych dobrych i złych o tych złych. Tak, wiem, że zdradzam fabułę, ale robię to dla waszego dobra:) Ja nie podskoczyłem ze strachu ani razu, a chcę oszczędzić czasu potencjalnym widzom.

Najzabawniejszym momentem w tym jakże wielkopomnym dziele jest finałowa scena. Przez jakieś 5 minut obserwujemy jak typ celuje pistoletem w dziewczynę i nie może się zdecydować – zabić czy nie zabić? Obawiam się, że nawet po spożyciu kilku browarów nie strawiłbym tego scenariuszowego zdechłego śledzia. No ale cóż począć – na bezrybiu i rak ryba, takie produkcje muszą powstawać, aby załatać niższych lotów mainstream.

ocena15

Szczęśliwego Nowego Roku!

Read Full Post »

Kibicując Heathowi…

Przed świąteczną gorączką udało mi się zdobyć w jednym z hipermarketów dwupłytowe wydanie DVD „Mrocznego Rycerza”. Jeszcze wychodząc z kina na początku sierpnia przysięgłem, że uczynię ten krok. Nie pożałowałem kasy. Wróciłem do domu, rozsiadłem się spokojnie w fotelu. Logo Warner Bros przeleciało przed oczyma, a w industrialny klimat wprowadziła muzyka Hansa Zimmera. Pełen odlot.

I wiecie co? Chrzanię krytykę tego filmu. Dla mnie „The Dark Knight” to zjawisko. Christopherowi Nolanowi udało się coś, na czym wielu innych się sparzyło. Ang Lee z komiksowej postaci zielonego Hulka stworzył nudną opowiastkę o odpowiedzialności, miłości i odtrąceniu.  Zwymiotowałem gdzieś w połowie seansu. Sam Raimi swoim szczeniackim Spidermanem osiągnął dno dna w części trzeciej, podejmując żałosną próbę nadana powagi sytuacji podczas gdy na ekranie co i rusz przewija się fantazja w postaci Sandmana, Młodego Goblina czy Venoma. Nolan zaś… Nolan olał konwencję i zrobił to po swojemu.

joker-heath-ledger

Komiksowe adaptacje zalatują charakterystycznym infantylizmem. Albo się je łyka, albo odrzuca. Nolan odszedł od tej zasady wsadzając w swoje dzieło „umowny” realizm świata przedstawionego. Pisząc „umowny” miałem na myśli czas i miejsce akcji – prawdziwe, futurystyczne Gotham City przypominające Chicago. Cała reszta jest już przeniesiona żywcem z komiksu. Jest więc i Człowiek-nietoperz, jego gadżety, baza wypadowa oraz Gordon, mało rozgarnięci policjanci i jakaś-tam historia walki dobra ze złem. Zło jednak przybrało wyjątkowo ciekawą postać, a mianowicie znanego Jokera. Jokera na miarę naszych czasów.

Gdy ogłoszono wybór aktora do tej roli dosłownie parsknąłem śmiechem. Heath Ledger – tak nazywał się kandydat. Aktorzyna, owszem znany, ale głownie z grania w komediach młodzieżowych i raczej kiepskich produkcjach kina klasy B. Fani drżeli, ja też. Do czasu. Po pojawieniu się pierwszych zdjęc ucharaktryzowanego Heatha poczułem dosłownię ekstazę. Oto bowiem ukazał się Joker-psychopata, nie zaś Joker-błazen. Ledger prezentował się wprost rewelacyjnie, a patrząc na jego wyraz twarzy śmiem twierdzić, że czuł pewność i więź z postacią, którą gra. Wszystkie wątpliwości rozwiał zwiastun kinowy, w którym pokazano trochę opisywanego klauna. „Why so serious”? – spytał się Joker. No właśnie. Po co ta powaga?

Niewątpliwie była ona potrzebna. Akcja filmu rozgrywa się w obecnych czasach. Można w zasadzie zaryzykować, że tu i teraz. Sceneria – bądź co bądź adaptacji komiksu – wydaje się na tyle autentyczna, iż widz po prostu wtapia oczy w ekran i zdaje się wierzyć w produkt Nolana. Swoje trzy gorsze dokłada również Ledger. Joker w jego wykonaniu to nihilista, czołg i pierwszy w historii przeciwnik Batmana, który dyktuje warunki zabawy. Zawsze przed nim, zawsze z doskonałym planem (choć temu w filmie zaprzecza) i zawsze niesamowicie mocny od strony mentalnej. Nie ma na niego silnych. Szczerze – to rola absolutnie genialnie rozpisana i genialnie zagrana. Heath poświęcił jej tak wiele, że chyba zapomniał o sobie. Mówi się o 4 tygodniach przygotowań przed lustrem, setkach stron pamiętnika Jokera, aby jeszcze lepiej utożsamić się ze złoczyńcą.

ledger-joker

Niestety. 22 stycznia tego roku Australijczyk został znaleziony martwy w pokoju hotelowym. Przyczyna zgonu? Nieprawidłowe wymieszanie środków antydepresyjnych z nasennymi (plotka głosi, że Ledger po skończeniu zdjęc do „Mrocznego Rycerza” nie mógł spać więcej niż 3-4 godziny na dobę). Można spekulować, czy na odbiór Jokera przez widzów miała śmierć aktora. Można, ale po co? Aktor obronił się sam. Zwłaszcza kultową już sceną rozmowy:


Pytanie brzmi – czy Heath wywalczy Oskara? Bo nominacja do statuetki jest w zasadzie pewna – na 22 festiwalach filmowych w USA na jesieni Ledger „otrzymał” aż 19 nagród. Wyścig o główne trofeum już się rozpoczął, a zakończy 22 lutego 2009 roku. Czy jednak wykorzystanie wizerunku zmarłego do promocji tytułu posiada jakikolwiek aspekt moralny? Nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Kibicuję jednak Ledgerowi z całych sił, bo zasłużył na Oskara w tym roku jak mało kto. Ale o końcowym wyniku dowiemy się na właściwej gali…

batman-dark-knight-joker2

Read Full Post »

Kurna. Jak śniegu nie było tak nie ma. A wiadomo – bez puchu w grudniu z zabawy nici. Tym bardziej, że do magicznego okresu świąt pogoda zdaje się pokazywać Nam soczystego fakulca. No ale się zobaczy, może cud się zdarzy i sypnie bielą tu i ówdzie. Cudu nie należy się spodziewać również w polskiej telewizji. Jak co roku milionom Polaków serwuje się nędzny repertuar, który znamy na pamięć. No ale co poradzić? Może to już taka tradycja? Jak karp na stole, czy prezenty pod choinką.

Z drugiej strony, Boże Narodzenie bez paru nieśmiertelnych pozycji filmowych to nie Boże Narodzenie. Od bodajże 27 grudnia 2007 roku oczekuję emisji przygód Kevina McCallistera. „Kevin sam w domu” to legenda, bez której nie mogę się obejść. Film doskonały w każdym calu, wręcz ideał z gatunku produkcji rozrywkowych. Kiedy Macaulay Culkin wystartował w castingu do roli małolata porzuconego przypadkowo przez nierozgarniętych rodziców raczej nie pomyślał, że postać ta przysporzy mu jednocześnie popularności oraz problemów. 28-letni dziś Nowojorczyk jest zapomnianym „cudownym dzieckiem”, zaszufladkowanym do granic możliwości. Coś jak  Cichopek i Mroczki. W żadnym innym filmie się nie sprawdzą.

W ten piątek o godzinie 20:00 (Polsat) ruszy emisja „Kevina” i chyba nie muszę dodawać, iż to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów. Gorąco zachęcam do obejrzenia jak mały Kevin broni swojego królestwa przed dwójką zbirów. Jest pot, jest krew, są łzy. Miejscami można nawet się skrzywić jak knypek traktuje biednego Marva. Ale co robić? To w końcu Kevin:-) Kończąc wpis dodam, iż dokładnie w wigilię pokażą drugą część, która w moim odczuciu niewiele ustępuje oryginałowi.

A dla ciekawskich bonus – co by było gdyby „Kevin sam w domu” był horrorem?

Read Full Post »

Paul Verhoeven to znany i ceniony reżyser. W dodatku Holender, a więc posiadający maniery typowego Europejczyka. Gdybym miał określić go jednym zdaniem- nie wahałbym się ani sekundę. Bezkompromisowy, zajebiście konsekwetny facet z jajami. Być może ten konserwatyzm i upartość spowodowały, że Paula w Hollywood nie za bardzo lubią, a przynajmniej nie chcą mu dać kasy na kolejne produkcje. Do czego zmierzam? Wczoraj przypadkiem trafiłem na emisję „Człowieka widmo” w reżyserii sami-wiecie-kogo. Ostatnią przygodę z tym tytułem miałem kilka lat temu (de facto Verhoeven nakręcił go w 2000 roku), a więc nie mogłem sobie odmówić szansy na małe rendez-vous.

hollowman1

Dlaczego ten film jest tak dobry i jednocześnie tak zły? To proste. Holender wziął jeden z najbardziej absurdalnych pomysłów i niespecjalnie go przemielił pod kątem logiki. Mit o niewidzialności to wciąż sfera science-fiction i widząc to reżyser postanowił nie ściemniać widzów. Wszystko jest na swoim miejscu, rozgrywa się tak samo, zgodnie z utartym schematem. Verhoeven oczywiście doszlifował scenariusz tu i tam, aby obraz różnił się trochę od „Niewidzialnego człowieka” z 1933 roku autorstwa Jamesa Whale’a. Akcja rozgrywa się w czasach obecnych, bohaterowie to typowe szczurki laboratoryjne bez kolorowego życia osobistego itd. Sam pomysł na źródło niewidzialności jest głupi i nosi znamiona bardziej komedii, niż thrillera. Facet wstrzykuje sobie błękitny płyn do żył i…znika. A żeby było zabawniej, aby odzyskać pierwotną postać stosuje płyn o kolorze czerwonym. No fuckin’ way! Prawie jak zabawa w piekło-niebo w zerówce.

Film niestety dosyć cierpi od bzdur i bzdurek. Tu i tam rozwesela, bawi. Czasem można pozgrzytać zębami od nadmiaru kretynizmu. Ale… „Człowiek widmo” to również ciekawe studium (może trochę na wyrost) zachowania człowieka obdarzonego niezwykłym darem. Główny bohater – Sebastian Caine – to cynik i pieprzony egoista. Gdy otrzymuje tzw. skilla:-) zrywa się z łańcucha i rozpoczyna krwawe żniwo. No właśnie, czy jego reakcja była jak najbardziej prawidłowa? Verhoeven ma doświadczenie w kręceniu filmów, które wyciągają ludzkie brudy na wierzch. Pamiętacie „Nagi instynkt” i manię Catherine Trammel w zabijaniu nowo poznanych mężczyzn? A ostre i seksowne „Showgirls”? Tak, to tytuły wyjęte z rękawa Verhoevena. Holender nie boi się ukazywać w swoich dziełach ludzkich decyzji. Sprzedaje dobry, autentyczny towar.

hollowman2

Caine, pierwsze co robi to wraca do mieszkania i podgląduje sąsiadkę. Zrzuca ciuchy (które upakowały jego niewidzialne ciało) i rusza do akcji. Bawi się z kobietą w chowanego, po czym rozpoczyna akt gwałtu. Nie żadne ratowanie świata przed zagładą, czy fruwanie w powietrzu. Po prostu gwałci ją. Czy postąpiłbym tak samo? Raczej nie. Nie jestem takim pokurwieńcem jak główny bohater, niemniej posiadając taki dar nie omieszkałbym się z niego skorzystać dla własnych korzyści. Zachowania Sebastiana może i są ekstremalne, ale motywacyjnie nie odbiegają od tego co zaplanowałbym, gdybym był niewidzialny. „Człowiek Widmo” w ostatnich 30 minutach serwuje nam prawdziwą rzeź, która połączona ze stylem Verhoevena jednocześnie bawi (jako rozrywka)  i szokuje. Nie jest to makabra na miarę gatunku „gore”, tylko zabójczo spójna idea rozpieprzonego umysłowo naukowca tuszującego ślady. Jest taka scena, kiedy widzimy Caine’a ubabranego krwią po bójce z asystentką. Widok to naprawdę niespotykany, dla którego warto obejrzeć dzieło Holendra.

Warto odnotować, że „Człowiek widmo” z budżetem 100 milionów dolarów, a posiadając kategorię wiekową R (dla dorosłych) zarobił prawie drugie tyle. A więc gadanie o tym, że letnie blockbustery dla dzieci to główne źródło zysków dla producentów można włożyć między bajki. Szkoda tylko, że uparty do granic Paul raczej nie może już liczyć na wsparcie Hollywood.

ocena35

Read Full Post »

Sztuka filmowa to chyba najpiękniejsza dziedzina jaką człowiek mógł wymyśleć. Przeinacza rzeczywistość, ale przede wszystkim eksponuje nasze marzenia i wyobraźnię.  Za pomocą magii ekranu ludzi można zmanipulować, doprowadzić do łez, rozśmieszyć i nie pozostawić obojętnym. Siła przekazu uruchamia ukryte trybiki w naszym umyśle, odkrywając nawet najokrutniejszą prawdę. Opiniotwórcza otoczka niezliczonej ilości produkcji na taśmach celuloidowych drażni i fascynuje kolejne pokolenia widzów.

Niezależna jednostka nie łyka wszystkiego jak leci, nie utrwala obrazów w swoim umyśle. Gdy fałsz styka się z prawdą, nie sposób przyswoić elementów intelektualnych. Zwyczajnie je odrzucamy – narażeni na kłamstwo pomijamy tzw. pewniki zaserwowane przez twórców. Bywają jednak sytuacje, kiedy świadomie wciągamy się w grę reżysera. Bo film jest bardzo dobry. Bo wykreowany świat nam się spodobał. Bo bohaterowie są nam bardzo bliscy. Z drugiej strony niezmiernie łatwo wpaść w pułapkę. Gdzieś pomiędzy sensem historii, a wykonaniem znajduje się drugie dno.  Mieliście tak, że po seansie z „Matrixem” rozglądaliście się dookoła w poszukiwaniu błędów rzeczywistości, w której egzystujecie? Nie musimy tego robić, albowiem wiemy, że na każdym kroku „shit happens”, a życie  posiada trochę więcej kolorów niż czarny i biały. Wachowscy starali się wcisnąć ludziom pseudofilozoficzny bełkot. Pod płaszczykiem fruwających w „bullet time” postaci wmawiano Nam, że przeznaczenie już dawno zakreśliło Nasze imię na czarnej liście. Nie daruję braciom (bez skojarzeń) tego, że w potencjalnie epickiej opowieści zawarli najtańsze moralizatorstwo. Dlatego traktuję „Matrixa” jako fajne (ale niezbyt mądre) kino science-fiction z domieszką cyberpunku i postapokalipsy. Udowodniły to zresztą kolejne części, które obaliły tak łatwo przypinaną wielu produkcjom metkę „kultu”. Matrix padł w starciu z komercją nadzwyczaj szybko i już się nie podniósł. I takie jest właśnie współczesne kino. Granica między wspomnianym kultem, a zeszmaceniem marki jest nadzwyczaj cienka. A co robi widz? Masowy zeżre prażoną kukurydzę, założy okulary 3D i nie zwróci uwagi na nic więcej niż kilka miedziaków w portfelu po wizycie w kinie. A  koneser?  Zjedzie to i owo, czasem pochwali i uśmiechnie się. Oto drugie dno.

W tym miejscu chciałbym serdecznie przywitać się z czytelnikami, którzy poświęcili swój cenny czas na przeczytanie moich wypocin. Blogi o charakterze filmowym są popularne. Jedne zajmują się recenzjami, drugie zapowiedziami i analizą. Inne z kolei preferują zwiastuny nowych tytułów, kolejne ograniczają się do wybranych gatunków. Ja będę… podobny:) Mój nos maniaka filmowego wetknę w każdy, interesujący materiał. Powalczę nie tylko z klasyką, ale i z nowościami. Zapraszam do kolejnych odcinków bloga Taki Film!

Read Full Post »