Nie wierzyłem do końca w ten projekt, aż do czasu kiedy ujrzałem na liście płac Jerry’ego Bruckheimera. Kasa, rozrywka, akcja, humor – ten producent w ostatnich 15 latach sprezentował mi tego pod dostatkiem. W trakcie seansu zostałem kupiony i wciągnąłem się w ten kolorowy, a zarazem piaszczysty świat Persji bezgranicznie. Twórcom udała się rzecz święta – przenieśli żelazne zasady gry do filmowego świata, ale w taki sposób, że nie wypalają one gałek ocznych swoją niedorzecznością (tak jak np. BFG w Doomie Bartkowiaka). Tytułowy książę jest więc ulicznym wojownikiem, któremu nie jest obcy parkour, szermierka i…kobiety.
Główny pomysłodawca przygód Księcia Persji – Jordan Mechner – sprawował pieczę nad scenariuszem, wnosił liczne poprawki i czuwał nad prawidłowym originem bohatera. Ten – za jego namową – jest inny niż w grze. Przyznam, że jestem delikatnie zdziwiony tym jak Mechner postanowił zmienić genezę. Obok herosa pojawiło się imię (Dastan) i mało ciekawy fakt, iż nie jest rodowitym synem króla. To jak trafia na perski dwór? Prosto z wiejskiego targu. Tak mało szlachetne pochodzenie kłóci się potem z jego wizerunkiem dobrotliwego dziedzica, któremu tron nie jest po myśli. Dlatego pierwsze minuty należy potraktować niezobowiązująco, zwłaszcza, że w dalszej części fabuły nawiązań do rodowodu Dastana prawie nie ma.
Sam film, wiadomo, trzyma się konwencji serii gier. Co najważniejsze, fabuła nie do końca kopiuje fabułę z komputerowych Piasków Czasu. Miesza wątki, czasem jest totalnie zmienia, a przede wszystkim tworzy jakby własne, odrębne uniwersum – zamiast Farah mamy Taminę (prześliczna Gemma Arterton, dalej twierdzę, że Wielka Brytania wreszcie doczekała się aktorskiej piękności na miarę XXI wieku), o głównym bohaterze już napisałem, a intryga jakkolwiek znajomo by wyglądała to nosi w sobie elementy niemal wszystkich części dostępnych na komputery. Film może obejrzeć zarówno prawdziwy ortodoks mechnerowskiej spuścizny oraz totalny laik i obaj nie muszą mieć powodów do zgrzytania zębami. Bo i pościgi są, i parkour w morderczej ilości, i typowe love story dla kina przygodowego, i ładna muzyka, i widoczki… Jerry Bruckheimer wie na co wydaje miliony zielonych, nie?
Newell zaskoczył mnie trzeźwym podejściem do materiału jakim dysponował. Nie bawił się w dopisywanie sztucznej ideologii, tylko potraktował całość bardzo lekko co wyszło filmowi tylko na dobre. To jest produkcja letnia przez wielkie L, a przez te 120 minut czułem się właśnie jak na wakacjach. Tylko tych Piasków Czasu coś za mało…



