Na wstępie chciałbym wręczyć nagrodę – Dorodnego Buraka – dla dystrybutora (ITI Cinema) za przetłumaczenie tytułu jako Furię. Pewnie jakiś nastolatek nabierze się, bo pomyśli, że to kolejna cześć Adrenaliny lub co gorsza Szybkich i Wściekłych. Tym bardziej, że polski tytuł ma wyjątkowo mało wspólnego z rzeczywistością. Zapewne spece zapatrzyli się na podkurwionego Mela na plakacie i pomyśleli “kurczę, Mel wraca po tylu latach aby zajebać wszystkich na amen, dajmy Furię, będzie pasować”. A tu dupa zbita. Film jest klasycznym, spokojnie poprowadzonym kinem sensacyjnym, dość rzadko widywanym ostatnimi czasy w multipleksach.
Jak wspomniałem (a raczej dystrybutor tak pomyślał) Mel wraca po latach banicji nałożonej przez Żydów z Hollywood, którzy po Pasji jaką zmajstrował im Australijczyk odcięli go od gotówki. Pech chciał, że rola Thomasa Cravena jest na maksa odtwórcza i w sumie dziwię się Gibsonowi, że wybrał akurat ten scenariusz. Aktor szwęda się przed kamerą ze zbolałą miną i wciąga się w tajemniczy spisek z podtekstem nuklearnym. Rewelacji fabularnej więc nie ma, choć serducho zaczyna mocniej bić w końcówce. Szkoda, że całe Edge of Darkness nie jest tak mocne jak ostatnie 15 minut, byłoby 5/5 i zero jakiejkolwiek jazdy po tworze Campbella. No ale jest deczko inaczej i obraz miejscami zalicza potężną glebę.
Pierwszy upadek następuje wraz z odsłonięciem “głównego złego” całej sprawy. Mel gania za gościem, który nie prezentuje sobą grama powagi i stanowczości. A jeżeli ktoś taki zawodzi to sorry, ale czuję się trochę wycyckany. To tak jakby ktoś mi kazał kopać grób plastikową łopatką dla dzieci. Niby się da, ale primo, upier…lę się po pas, secundo, na starcie czuję się do popełnienia czynu zniechęcony. Kiepskawo prezentuje się również cała intryga, która tylko na pozór stawia przed widzem jakieś tajemnice. Ja po kwadransie wykoncypowałem o co tu tak naprawdę chodzi. Albo jestem tak zajebisty i uberbystry, albo ludzie od scenariusza dali plamę. Bardziej stawiam na to drugie. Na szczęście reszta wygląda w miarę ok, bez specjalnych emocji, ale ogląda się to dobrze jeżeli tylko zapomnimy o fabularnym spisku. Spodobała mi się na przykład postać Jedburgha – Angola od brudnej roboty. Facet jest totalnie niereformowalny, przebija charyzmą samego Gibsona i robi w finale naprawdę pożyteczną rzecz. Więcej takich gości na dużych ekranach!
Konkluzja jest prosta – Edge of Darkness niestety nie wywołał u mnie opadu szczeny, aczkolwiek miał zadatki na bycie solidnym filmidłem spod znaku śledztwa i vendetty. Mimo ogólnego średniactwa fajnie zobaczyć wreszcie Mela, który przedziera się przez problemy niczym czołg. Na dodatek jest to bohater z gatunku zniszczalnych, co od razu winduje moją ocenę do poziomu akceptacji.




film nawet niezły, ocena niestety spada w dół jeżeli oglądało się doskonały pierwowzór. tutaj niestety intryga jest znacznie okrojona i niezbyt angażująca. wkurzał nazbyt widoczny kaskader gibsona i zakończenie wątku winstone’a (kalka infiltracji- co nie powinno dziwić w końcu ten sam scenarzysta) w oryginale ta kwestia była sto razy lepiej rozwiązana. ogólnie ujdzie, na pewno lepsze to kino zemsty od syfiastego i dziecinnego law abiding citizen z cieciem butlerem.