Ktoś sypnął niedawno opinią, że tylko Christopher Nolan może wyreżyserować dobry film na bazie komiksu. Że niby Krystian “John Connor” Bale może godnie przywdziewać strój superbohatera. A najlepiej jakby umieścić herosa w realistycznym świecie, co by ludzie podeszli do sprawy bardziej serio. Nic z tych rzeczy. Poznajcie Kick-Assa.
Jeżeli średnio trawicie przygody facetów w maskach i pelerynach to polecam wybrać się do kina już teraz. Kick-Ass to pastisz, inne spojrzenie na świat ikon amerykańskiego komiksu. Ale to pastisz niezwykły, mądrze sklecony i niesamowicie zabawny. Na filmie Matthew Vaughna będzie się śmiać znacznie częściej niż na typowych komediach dla przypadkowych widzów. Główna w tym zasługa niesamowitej lekkości narracji, przeprowadzonej w sposób przewrotny, dynamiczny i nie powodujący objawów znużenia. Niemal każda scena wypchana jest po brzegi czarnym, ciętym humorem.
Historia rozgrywa się wokół Dave’a, który postanawia przywdziać strój, wyjść na ulicę i dać popalić lokalnym rzezimieszkom.Ot tak po prostu, nie posiadając specjalnych gadżetów i mocy. Oczywistym jest, że początek przebiega wbrew oczekiwaniom napalonego na pomoc uciśnionym nastolatka. Ale pierwsze sukcesy tworzą wokół niego aurę prawdziwego bohatera (filmiki na YT, MySpace i oficjalna strona internetowa), a przede wszystkim pojawiają się w mieście naśladowcy – 11-letnia Hit Girl oraz jej ojciec Big Daddy. Ten fakt każe podejść do obrazu Vaughna bez krzty powagi. O ile problemy sercowo-egzystencjalne nieudolnego Dave’a to typowy materiał na młodzieżową komedię, o tyle obrazek małej dziewczynki odcinającej kończyny 10 dorosłym facetom zaczepia o makabrę w iście tarantinowskim stylu. Ważne, że te połączenie motywów działa, jest idealne. Nie wymieniłbym z tego filmu ani minuty.
Kick-Ass to dwugodzinna, nieustająca jazda bez trzymanki i raj dla komiksowych fanów. Choć nie tylko oni powinni zacierać ręce na seans. Przyjemność z oglądania zwiększa się również pod wpływem doskonale dobranej obsady. Dobrze widzieć Nica Cage’a, który podchodzi do swojej roli z dużym dystansem. Będę nie fair chwaląc tylko jego, toteż napiszę, że wszyscy (a jest sporo anonimowych twarzy) spisali się na medal. No i rzecz jasna ścieżka muzyczna – autorskich numerów brak, ale wszystkie utwory dobrane są fantastycznie. Wielkie brawa, Kick-Ass kopie tyłek.




A się czuję, trochę rozczarowany.
Do pełnego zrelaksowania i czerpania maksymalnej przyjemności z seansu zabrakło mi tu ograniczenia wątku wyrwanego z “teen age movie”( choć niby “Kick Ass” gatunkowo w ten że przedział trafia) oraz humoru nie pasującego trochę do kontekstu( po Bayu żartów z masturbacją mogłem się spodziewać, ale po reżyserze “Gwieznego pyłu” ani trochę), o ile ten pierwszy zarzut to w sumie sprawka scenariusza, o tyle drugi jest już( jak się dowiedziałem niedawno) sprawą odwzorowywania komiksu(orginału).
Nie mniej, całość uważam, generalnie, za szczerze niezłą rozrywkę.
Pozdrawiam