Paula Bettany’ego kojarzyłem zazwyczaj z ról nader sympatycznych, miłych, troskliwych, przyjaznych, ciepłych, a czasem dość dziwnych. W Legionie prezentuje kolejny element swojego brytyjskiego wdzięku – twardzielstwo do kwadratu. O to bowiem Bóg zsyła na Ziemię aniołów, aby Ci oczyścili ją z ludzkiego plugastwa. Apokalipsie sprzeciwia się generał armii “skrzydlatych” o imieniu Michał, który postanawia zaopiekować się uwiezioną na stacji benzynowej grupą ludzi.
Anioł z Bettany’ego jest kozacki. Markowy ciuch, masa dobrego sprzętu (od standardowych M16 po Uzi), wyważone słownictwo i szczytne działanie to jego znaki szczególne. Takich herosów współczesne kino potrzebuje jak najbardziej. Brytyjczyk znakomicie bawi się postacią archanioła Michała, mimo, że obraz niebezpiecznie balansuje na granicy dobrego smaku. Ale syndrom bad-motherfuc*era to nie jedyna zaleta Legionu. Jest coś w nim nieprzyzwoicie fajnego. Może to wszędobylska bezkompromisowość i prostota rozwiązań? I trochę żal się patrzy, że reszta elementów nawet do tak niewysoko zawieszonego poziomu kultu nie doskakuje. Obsada (prócz Bettany’ego rzecz jasna) ssie, że hej. Do tego TRAGICZNE dialogi podkreślone wsiurskim wizerunkiem rodzinki oraz stylizowany na głupka wieśniak, który nie tylko jest głupi ale i niezmiernie ważny w ostatecznym rozrachunku. Kondycja scenariusza jest więc na poziomie zapuszczonego fizycznie menela spod sklepu monopolowego.
Gdyby nie ubertwardzielska rola Bettany’go prawdopodobnie żałowałbym seansu Legionu. Ale tragicznie nie jest (choć wciąż blisko:)), da się obejrzeć i nawet czerpać z tego przyjemność. By the way, na miejscu reżysera wywaliłbym wszystkie wstawki z efektami, zanieczyścił obraz i wydał na VHS. Nikt by się nie skapnął, że to film z 2010 roku. Serio.


