Pełna odniesień i dwuznaczności książka autorstwa Lewisa Carrolla do dziś wzbudza ogromne emocje. Jedni klasyfikują ją jako powieść dla dzieci, drudzy uważają, że to dojrzała historia dla dorosłych osób. Z pewnością prawda leży po środku, a że materiał na film jest zacny to nie dziwi obecność najnowszej wariacji w reżyserii speca od celuloidowej fantazji Tima Burtona. Sęk w tym, że burtonowska Alicja ma już 19 lat, więc można zrzucić z siebie brzemię “pedobeara” i przyjrzeć się niewieście z bliska, do tego w pełnym 3D.
Burton zdecydował się na napisanie osobnego rozdziału i dobudowanie historii do książki. Ta urywa się na 13 lat, wracamy do Londynu na arystokratyczny bal, który wieńczą zaręczyny Alicji oraz lorda Hamisha. Dziewczyna wymyka się jednak wcześniej z rodzinnej imprezy i pomyka za białym królikiem. Wpada do nory i…wszystko zaczyna się od nowa. Z oryginalności fabuły Burtona więc nici. Dalej jest tylko gorzej. Panna cierpi na jakąś amnezję, nie pamięta postaci, z którymi się spotkała już wcześniej, ani krainy, z której z wielkim trudem wydostała się naście lat wcześniej. Sam etap prezencji wizualnego przepychu krainy trwa za krótko, bo Alicja musi ciągle przed kimś uciekać. Jak nie przed strażą Czerwonej Królowej (hmm komunistka?) to przed jej bestią o imieniu nie-do-zapamiętania. Pisząc krótko – mindfuck nie do ogarnięcia.
Alicja trafia jednak na herbatkę do Szalonego Kapelusznika, który targany chęcią zemsty na władczyni postanawia dziewczynie pomóc i przemyca ją do Białej Królowej (antykomunistka?). A z tego miejsca niedaleko do szczęśliwego zakończenia, prawda? Oglądając Alicję w krainie czarów miałem wrażenie, że to film zrobiony na odwal. Fabuła nie kryje w sobie żadnej tajemnicy, skąpi mroku, nie przemyca nawet podstawowych morałów. A przepraszam, jeden zdążyłem wynieść – warto inwestować w świrów. Burton zdecydowanie nie namęczył się również ze światem Podziemia. Niby wszystko miał podsunięte pod nos, ale i tak czekałem na jakiś element makabry czy czarnego humoru. Nic z tych rzeczy. Mariaż twórcy Bettlejuice z wytwórnią Disneya nie przysporzył obrazowi zalet. Tim sztywno trzyma się ram konwencji i nie popuszcza wodzy fantazji nawet na chwilę. Zaskoczeni? Ja też. Zamiast chwalić ładne scenografie i pieczołowicie odpicowane postacie polecam przeczytać książkę i użyć wyobraźni. To naprawdę działa. Jeszcze jedna rzecz – Carroll umieścił w swojej powieści małą bohaterkę nie bez powodu. To przecież historia o dorastaniu, konfrontacji z przeciwnościami losu i przewrotną rzeczywistością. U Burtona pełnoletnia Alicja tak naprawdę nie robi różnicy, bo fabuła ciągle dąży do ostatniej bitki.
Największy zonk to język filmu. Oprócz tytułowej bohaterki nikt nie potrafi wyrazić się zrozumiale. W dialogach pojawiają się dziwne, słowotwórcze koszmarki jak np. Żaber-zwłok (ang. Jabberwocky). Takich kwiatków jest więcej, a i tak wszystkich przebija pajacowaty zając oraz bliźniacy ze swoimi pseudodresiarskimi rymami (na myśl przychodzą murzaje z Transfomers 2). Nie radzę zabierać na seans dzieci, no chyba, że lubicie wyjaśniać co chwilę pociechom o co w tym wszystkim chodzi.
Nowy film Burtona jest potężnym rozczarowaniem. Tematyka bardzo bliska poczuciu estetyki reżysera nie okazała się wystarczającą kartą przetargową. Tu trzeba coś opowiedzieć, coś pokazać, zbudować emocje. Alicja w krainie czarów mimo, że kolorowa w warstwie wizualnej wydała mi się szarą historyjką, która służy rodzicom do usypiania dzieci. Nie tym razem Tim. Nie tym razem.




to co osatnio burton wyprawia przechodzi ludzkie pojecie. kolejne gowno do kolekcji.
Zgadzam się. Burton zniewieściał, poszedł do Disneya i zaczął kręcić jakieś dziwadła. Nowa Alicja jest nudna jak puszka sardynek:)
Muszę powiedzieć, że nie podzielam odczuć względem filmu, a już zupełnie nie rozumiem “wytrząsania się” nad nowomową obecną w filmie: takim językiem napisana jest książka (a właściwie obie książki) – to nie jest wymysł scenarzysty czy reżysera, tylko opieranie się na książce. Przyznaję, że tłumaczenie było… no powiedzmy do niczego (na szczęście trafiłam na wersję z napisami), ale zabawy słowem w książce były użyte. Zając, bliźniacy, a także Jabberwocky, są postaciami wymyślonymi przez Lewisa Carroll’a
http://en.wikipedia.org/wiki/Through_the_Looking-Glass
Słowotwórstwo w filmowej Alicji jest niezrozumiałe dla małych dzieci, a przecież rzekomo to do nich ten obraz jest skierowany (Disney, kategoria wiekowa i wiele innych elementów). Książka to co innego – możesz dokładnie przeczytać każde zdanie, wrócić do fragmentu i zrozumieć rzeczy, których wcześniej się nie znało. Burton natomiast pędzi do przodu, dlatego młodym odbiorcom niezwykle ciężko zrozumieć co mówi sepleniący Kapelusznik, zając i mysz. Dochodzi do tego polskie tłumaczenie, w którym roi się od słownikowych archaizmów (zupełnie jakbym oglądał Pana Tadeusza od Wajdy). A Żaber-zwłoka pozostawiam bez komentarza, to stwór wyjęty z konkretnego poematu. Zresztą Wikipedia podaje inne tłumaczenie nazwy Jabberwocky – Żabrołak, co jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż zabawa w jakąś nowomowę. Ale problem filmu leży gdzie indziej – jest nudny, bez scenariusza, męczący i przeładowany wizją bycia “ładnym”. Jedyna prawdziwa Alicja tkwi w grze American Mcgee’s Alice – http://nostalgeek.files.wordpress.com/2009/11/alice.jpg
Cóż, przyznać muszę, że film zdecydowanie dla dzieci może być za ciężki (nie tylko ze względu na język) i jeśli jest do nich kierowany, to jest to błąd. Sama dorosła Alicja wskazywałaby na dorosłego adresata. Natomiast gdyby tej zabawy słowem zabrakło cały film straciłby swój klimat.
i nie chodzi nawet o archaizmy – jest po prostu niedokładne, no ale to już nie jest kwestia Burtona, tylko naszych tłumaczy. Film nie wydał mi się nudny – nie nudziłam się, nie patrzyłam na zegarek. No a prawdziwa Alicja jest jak dla mnie w książkach, a cała reszta, jest po prostu inspirowana nimi
W książce też akcja toczyła się dość wartko. Zresztą ja z tempem większych problemów nie miałam. Jeśli chodzi o tłumaczenie na język polski, to szkoda gadać. Powiedzieć, że było kiepskie, to mało, ale nie będę używać słów nieparlamentarnych