W ramach walentynkowego tygodnia postanowiłem oderwać się od tradycji i nie poszedłem na seans jakiejś komedii romantycznej, tylko wybrałem animację dla dzieciaków. Co prawda wolałbym obejrzeć jakieś kino dla twardzieli z twardzielami w roli głównej, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma, nie? No więc (nauczycielka w liceum zawsze się wkurzała gdy rozpoczynałem zdanie od “no więc”) nowa baja od twórców Shreka gości na ekranach już od jakiegoś czasu. A, że autorów przygód zielonego ogra jest tyle ile ziaren ryżu w obiedzie typowego Chińczyka toteż należy ten chłyt marketingowy wziąć w gruby nawias i spuścić zasłonę milczenia na reklamę naszego kochanego dystrybutora.
Planeta 51 to przykład filmu na zamówienie, zrobionego według sprawdzonych wzorców. Jedynym ciekawym elementem z całej układanki jest motyw lądowania człowieka na tytułowej planecie. Z punktu widzenia mieszkańców jest on obcym, kosmitą. Dla Chucka Bakera ufoludkami są zieloni obywatele, których zastał po wyjściu ze statku. W tym momencie oryginalność ustępuje sztampie i wtórności. Wystarczy wspomnieć, że główny bohater o imieniu Lem jest uczniem zafascynowanym w badaniach kosmosu i jednocześnie podkochuje się w ładniutkiej (bo zielonej jak dojrzała grusza) córce sąsiadów. Ile to już razy przyszło nam oglądać wzdychających na widok fajnej laski herosów marzących o wyrwaniu się z miasteczka?
Ale Planeta 51 skierowana jest głównie do dzieci. I jeżeli chcecie wychować pociechy w duchu science-fiction to lepszej pozycji nie znajdziecie. Twórcy (Shreka hehe) naszpikowali prostą historię niesamowitą ilością nawiązań do klasyki gatunku. Od pojedynczych detali i imion, po różnorakie gadżety, postacie, aż po całe dialogi, czy nawet sceny. E.T., Obcy, Odyseja kosmiczna, Gwiezdne wojny… Kto widział ten co chwilę będzie wytykać palcami i gadać w stylu “O to było fajne, tamto też, a to było już u Lucasa” itd. etc. Tylko, że największy problem dotyczy właśnie zabawy konwencją. Scenarzystom zabrakło zdecydowanie wyobraźni, bo zamiast pchnąć skądinąd odtwórczą intrygę do przodu bawią się w kolejne odniesienia do arcydzieł. Czar prysnął – odczułem przesyt i monotonię.
Technicznie Planeta 51 jest bez zarzutu. Nie jest to Wall-e, czy też dowolny Pixar sprzed ostatnich lat, ale animacja do brzydkich nie należy. Szkoda zmarnowanego potencjału zielonych ludków. Na przykład Lem (bohater, a nie pisarz) to niesamowity nudziarz i nerdziarz do kwadratu. Broni się tylko astronauta i szalony doktorek. Ale wasze pociechy takie rzeczy łykają, więc nie odradzam, wręcz przeciwnie – polecam.



