Jeżeli film zaczyna się od sceny, w której główny bohater ubija zwierzaka i przyrządza sobie z niego kolację to nie może on mi się nie spodobać. Księga ocalenia to ciekawy miks kina westernowego z postapokalipsą, ale taką, którą ja wyznaję. A wzorzec dla mnie istnieje jeden: świat po zagładzie musi być inny. Zmianie ulega wszystko – od bogactwa krajobrazu po urodę ludzi. Zmieniają się zasady, znika prawo, pojawia się patologia. Bracia Hughes zadbali właśnie o taki obraz przyszłości. Umieścili w środku całego zamieszania jedynego sprawiedliwego, który wyrusza z misją na zachód. Niejakiego Eli’ego (tak się to pisze?).
Eli taszczy w plecaku cenną książkę – Biblię. Reżyserzy wyszli z ciekawego założenia – po katastrofie ludzkość spaliła większość publikacji religijnych sugerując, iż są one przyczyną różnych konfliktów. W dalszej części fabuły idą jeszcze dalej. Carneige (Gary Oldman wreszcie w negatywnej roli) określa Pismo Święte jako broń do władania tępym społeczeństwem, dlatego tak bardzo jej potrzebuje. Teza bardzo odważna, szkoda, że nie podparta większą liczbą argumentów. Zamiast starannie poprowadzonego wątku kwestionującego wiarę otrzymujemy akcję wypełnioną posoką, strzelaninami i od czasu do czasu głupiutkimi pomysłami.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Apokalipsa w Księdze ocalenia to przykład inteligentnie wplecionego westernowego sztafażu dla dorosłych. Brutalność jest na odpowiednim poziomie, a burdy rozpoczynają jak to się ma w zwyczaju od słownych pojedynków. Film kupił mnie w momencie, gdy Denzel Washington rozbił o kant stołu szczękę nękającego go ochroniarza Carneige’a. Lubię dosadność, a bracia Hughes jej nie szczędzą. Nie cedzą motywów, nawet jeśli są to schematy rozpisane na kolanie. Kobiety są tu traktowane jak ladacznice, wśród panów trudno szukać modeli z paryskich wybiegów, a prażące słońce i kurz zdają się być jedyną atrakcją zapyziałego miasteczka, do którego przybywa Eli.
Księga ocalenia przez pierwszą godzinę wbija w ziemię klimatem i wykonaniem. Później niestety zamienia się w quasimatriksowego akcyjniaka. Mimo wszystko gorąco polecam wizytę w kinie. Świetne zdjęcia (od szerokich kadrów pustkowia po kręcenie z ręki – Hughes’owie mieszają oba style niezwykle udanie) i przyzwoite aktorstwo gwarantują dwie godziny rozrywki na wysokim poziomie. No i warto przede wszystkim dla samego krajobrazu zniszczonego San Francisco.



