4 lata – tyle czasu minęło od chwili, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Project 880, przemianowanym później na Avatar. James Cameron czekał z realizacją tego filmu kilkanaście lat. Gdy przyszedł do decydentów Foxa w 1995 roku z gotowym scenariuszem Ci odesłali go z kwitkiem. W rezultacie James otrzymał 11 Oskarów za Titanica, zgarnął spory procent z prawie 2-miliardowego zysku z box office i wycofał się z branży. Puste lata przeznaczył na dopracowanie technologii 3D, której systematycznie używał w dokumentach o morskich głębinach. Anegdota głosi, że po zobaczeniu postaci Golluma w Dwóch Wieżach odkurzył swoje marzenia o Avatarze. W końcu w 2005 roku ruszyły pierwsze prace nad filmem, a w 2007 właściwe zdjęcia. Resztę skrywano skrzętnie przed ciekawskimi.
Zanim przystąpię do recenzowania Avatara wspomnę, że Cameron to jeden z moich “bardziej” ulubionych reżyserów. To na jego filmach wychowałem się, to jego filmy ukształtowały mój gust odnośnie kina akcji, wreszcie to jego oba Terminatory należą do systematycznie odświeżanych przez ze mnie pozycji. Dlatego też na Avatara szedłem z głęboką nadzieją, że Jim pomimo 12-letniej przerwy nie zatracił formy i podarował widzom kawał fajnego widowiska, które będzie równie rozpoznawalne co Obcy: decydujące starcie, Titanic czy Prawdziwe kłamstwa, że też o przygodach zabójczego Arnolda w LA nie wspomnę.
Bez zbędnego pier….nia – Avatar wbija w fotel. Od pierwszego ujęcia powala wizjonerstwem i pomysłowością. Pod względem realizacji nowy obraz Camerona robi to dla kina XXI wieku co Terminator 2 dla lat 90 – rozszerzył znaczenie efektów specjalnych do miana środków przekazu, a nie ozdobników. Film został zrealizowany w proporcjach 40% live action – 60% CGI i uwierzcie mi – jest to pierwszy taki przypadek, kiedy obie metody doskonale się uzupełniają i przenikają. Sztucznie wykreowane środowisko Pandory, flora i fauna oraz postacie Navi prezentują niewiarygodny poziom realizmu. Dokładając do tego fenomenalne oświetlenie (sceny nocne!) otrzymujemy tętniący życiem świat, który traktujemy jak prawdziwy. To ogromny sukces Camerona jak i speców od efektów specjalnych. Secundo, od lat animacje ludzi, czy też kosmitów borykały się z problemem mimiki twarzy. Avatar przekracza tę granicę i ustala nowy standard. Po raz pierwszy bohaterowie wykreowani w stacjach graficznych potrafią przekazać widzom jakieś emocje. Po pewnym czasie przestałem traktować Navi jak wytwór umysłu Camerona. Stali się prawdziwymi aktorami z charakteryzacją.
Nie zawodzi również dynamika filmu. Należy pamiętać, że dzisiaj widownia zapamiętuje głównie to co łatwe, szybkie, błyskające i głośne. Cameron na szczęście pozostał dobrym story-tellerem i potrafi sprzedać fajnie również to, co z pozoru wydaje się jedynie uzupełnieniem historii. Reżyser przedstawia bowiem proces szkolenia Jake’a na prawdziwego Navi oraz powolne zaognianie konfliktu między tubylcami, a przybyszami. Jawi się tu oczywiście plagiat Tańczącego z wilkami oraz Pocahontas, aczkolwiek przypomnijmy sobie z jakimi historiami miał do czynienia James wcześniej – prostymi, przewidywalnymi, poprowadzonymi od punktu A do B. Avatar nie jest wyjątkiem, a bardziej sprawdzonym schematem zbudowanym z trochę innych niż zwykle klisz.
Mimo, że seans Avatara trwa prawie 3 godziny to jednak czuję w nim pewne braki i niedociągnięcia. Na pierwszy rzut idą postacie – bardzo standardowe i przedstawione trochę po łebkach. Każdy z aktorów odgrywa swoją partię na tyle, na ile pozwala mu czas ekranowy. Jest dobry Jake (Worthington), jest niespełniona matka-naukowiec Grace (Weaver), jest nerdowski asystent Norm, zły Quarritch, bohaterska Trudy i Neyriti – przedstawicielka Navi. Najbardziej odczuwalny jest brak trochę szerszych relacji między poszczególnymi bohaterami. Widoczne jest to zwłaszcza w postaci Jake’a, z którego można było wycisnąć coś więcej aniżeli kalekiego żołnierza rozdartego między lojalnością wobec RDA, a miłością (w tym przypadku bardzo delikatnie poprowadzoną) do księżniczki Navi. W niektórych momentach wydaje się, że film jest troszkę rwany (zwłaszcza na początku) co jest zapewne winą montażu na potrzeby wersji IMAXowej. Na szczęście płynność fabularna zostaje później zachowana. Mimo sztampy historia wciąga.
Słówko o 3D, bo na taki seans zakupiłem bilet. Trójwymiar w wykonaniu Camerona kopie tyłek. Znakomita głębia obrazu w połączeniu z wyeksponowanymi sylwetkami bohaterów na pierwszym planie daje złudzenie uczestniczenia w środku sceny. Jest to coś innego niż tradycyjne 3D nastawione bardziej na wyskakiwanie pojedynczych elementów z ekranu. Avatar to prawdziwe okno na świat Pandory i jej środowiska. Warto było czekać na tą mityczną jakość i w sumie mogę tylko podpisać się pod stwierdzeniem, że obraz Camerona to realizacyjna rewolucja i niezwykłe przeżycie.
Paradoksalnie nie jest to najlepszy Cameron z jakim miałem do czynienia w swoim życiu. Avatara stawiam minimalnie wyżej niż Titanica, ale poprzeczki Terminatora i Aliens nie przeskakuje w żadnej sekundzie. To wizualny majstersztyk jakiego jeszcze świat nie widział, ale fabularnie jest to obraz odtwórczy, choć dziwnie wciągający i fascynujący. Jeśli przymknie się oczy na pewne niedociągnięcia to wyjdziemy z seansu pozytywnie nakręceni. Jeżeli po coś stworzono kino rozrywkowe, to jest to właśnie Avatar. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.


Avatar jest idealnym zamknięciem roku, nie ma to jak świetne kino rozrywkowe na zimne wieczory.
A ja z Avatara wyszedłem zawiedziony. Fabuła była zbyt przewidywalna (np. to że Jake zostanie było oczywiste praktycznie od początku, czy że dosiądzie to czerwone ptaszysko), poza tym oglądając ciągle miałem nieodparte wrażenie że ja to wszystko już gdzieś widziałem. Jak na film w który zainwestowano takie pieniądze mogli doinwestować trochę w ludzi od scenariusza.
Również co do wykonania miałem pewien niedosyt. Oczywiście zgadzam się z opinią że efekty specjalne zwalają z nóg – ciężko się nie zgodzić, ale co do głębi, którą Ty chwaliłeś, byłem zawiedziony. Film jak dla mnie był zdecydowanie za “płaski”, po kilkunastu minutach oglądania czułem się zupełnie tak samo jak na filie 2D. Może gdyby ten film nie był wcześniej tak rozdmuchany nie raziło by mnie to tak bardzo, jednak po tych wszystkich zachwytach nad nim i komentarzom, że jest to rzekomo jakaś wielka rewolucja w dziedzinie kina, spodziewałem się o wiele, wiele więcej.