Niech was nie zmyli reklama w polskiej telewizji usilnie wmawiająca, że 500 dni miłości to komedia romantyczna w sam raz na przedświąteczny czas. Co prawda film Marca Webba trzyma się pewnych schematów, nieuniknionych, ale jednak schematów romantyzmu. W rzeczywistości to bardzo ważny obraz dla samczej społeczności świata, choć w sumie i kobiety znajdą tu coś dla siebie.
On jest z zamiłowania architektem, ale pracuje przy wypisywaniu życzeń na kartkach świątecznych. Ona zostaje nową asystentką szefa firmy. On szuka miłości i tej jedynej, ona nie chce stałego związku. On jest przeciętnym facetem o typowej aparycji szczurka, ona również przeciętna, trochę rozgadana i niepewna swego. Kiedy w końcu trafiają na siebie zauważają pewną barierę, oddzielającą ich priorytety życiowe. Mimo podobnych zainteresowań i fascynacji. Tom chce ją przełamać, a Summer nie. Czy w tej sytuacji znajdą miejsce na miłość?
Przyznam bez bicia, że para głównych bohaterów z miejsca stała mi się bliska. Bo jest niezwyczajnie zwyczajna. Z jednej strony są to młode osoby (strzelam, że gdzieś koło 30-tki), z drugiej zostały potargane przez los już niejednokrotnie. W jednej ze scen Summer wymienia swoich byłych partnerów – seksownego wioślarza, dziewczynę ze studiów i uroczego Włocha. Na pytanie Toma, co stanęło na przeszkodzie, aby się ustabilizować dziewczyna odpowiada po prostu “życie”. Ta cała prostota przekazu jest jednocześnie największą zaletą 500 dni miłości. Bo nie trzeba mówić o uczuciach w sposób zawiły i niezrozumiały dla szarego Kowalskiego. Właśnie o miłości trzeba opowiadać przejrzyście i banalnie, ale przy zachowaniu umiaru stosowanych środków. Fabuła filmu skacze po kolejnych dniach relacji Toma i Summer, od gorącego, aczkolwiek powolnego początku po dramatyczny rozpad związku, który nigdy przez nich nie został właściwe sprecyzowany. Wrażenie chaosu jest tylko pozorne, bo każdy dzień został tu należycie spuentowany, a każdy dialog niezwykle ważny w ostatecznym rozrachunku.
Słodko-gorzka wymowa obrazu Webba nie jest może odkrywcza, ale stanowi niezwykle udaną próbę zinterpretowania współczesnych problemów młodego pokolenia – ciągłego pośpiechu, carpe diem i braku stanowczości w okazywaniu uczuć. Niezwykle udanie w postacie Summer i Toma wcielili się Zooey Deschanel i Joseph Gordon Levitt, który obecnie przesiaduje na planie nowego filmu Nolana. Trzeba uczciwie przyznać, że ciągną ten film do przodu w każdej sekundzie i nie można ich nie polubić. 500 dni miłości dowodzi, że da się jeszcze coś wykrzesać z filmowej miłości. I nie musi to być wakacyjny kom-rom ze słabym plakatem.



