Wreszcie obejrzałem Basterdsów. I nie żałuję, bo to kawał dobrego kina, a przede wszystkim najlepszy film Tarantino od czasów… chyba Pulp Fiction. Nie to, że inne obrazy Quentina mi się nie podobały, ale faktem jest, że nigdy do tak wysoko przez siebie postawionej poprzeczki jeszcze nie doskoczył. W ostatnich 12 miesiącach widziałem sporo dobrych produkcji. Bez kitu, 2009 to niezły rok: Dystrykt 9, Watchmeni, Moon, Public Enemies. Obok nich śmiało mogę dopisać Bękartów wojny.
Wymieniłem kilka ciekawszych tytułów na początku, ale już teraz znowu muszę przytoczyć dwa następne: Tylko dla orłów i Złoto dla zuchwałych. Basterdsi czerpią z nich pełnymi garściami, zżynają nawet całe sceny, ale to dobrze. Quentinowi udało się nakręcić film wojenny bez wojny, śmieszny bez dowcipów i pokrętny z chronologicznie poprowadzoną fabułą. Tarantino bawi się historią, nie szasta wątkami, nie burzy układanki. Wszystko przebiega według typowego Tarantino-style, z setką wydłużających się dialogów, podejrzliwych spojrzeń, kilkusekundowych momentów, kiedy nie pada ani jedno słowo, szept czy inny dźwięk.
Inglorious Basterds to fajny ukłon w stronę klasyki, która z racji bycia klasyką jest dzisiaj raczej nieprzystępna dla młodego widza wychowanego w erze Matrixa. To przede wszystkim pastisz wszystkiego co związane z kinem wojennym lat 60. i 70. ubiegłego wieku – stopniowanie napięcia, szacunek do budowy charakterów oraz morderczy i efektowny finał, stanowiący doskonałe zakończenie przygód głównych bohaterów. Równie dobrze Quentin mógłby to nakręcić w 1972 roku – nikt nie zauważyłby różnicy, z małym wyjątkiem. Bo tak naprawdę reżyser przemycił do nowego filmu wszystko to za co uwielbia go świat od blisko 2 dekad, a mianowicie przerysowaną przemoc. Bez niej Bękarty nie byłyby tym czym są – powiewem świeżości.
Krew, pot i łzy Tarantino na nic by się nie zdały gdyby nie brawurowa obsada. Pitt jako Aldo Raine kopie nery zdrowo, że hej. Fajowo zaprezentował się znany choćby z Eden Lake Michael Fassbender jako Archie Hicox. Ale i tak każdą scenę kradnie Christoph Waltz w roli piekielnie inteligentnego, szczwanego lisa SS, łowcy Żydów Hansa Landy. Każda sekunda z jego facjatą na ekranie powoduje szarganie nerwów i obgryzanie paznokci widza. Ma on w sobie coś z demona i wesołka, coś czego nie potrafię dokładnie opisać. To trzeba zobaczyć. Jak i cały film zresztą.



Bonjorno
Chyba raczej Arivederci w wykonaniu Aldo;-)
http://grissulka.blogspot.com/2009/09/jeszcze-jedna-rzeczywistosc-w-ktorej.html
Bękarty faktycznie bardzo dobry film
ode mnie 5 na 6. Do celującego trochę jednak brakuje.