Pixar już dawno przekroczył magiczną barierę dzielącą dziecięcą rozrywkę i świat dorosłych. Między innymi dzięki takim animacjom jak Potwory i spółka, Auta i Wall-e rodzice nie muszą traktować wycieczki do kina w kategoriach odbębnienia żądań dzieciaka. I oni znajdą w tych fantastycznych produkcjach coś dla siebie. Po zeszłorocznym hicie z samotnym jak palec robotem przyszedł czas na przygody pewnego staruszka. Odlot trafił do Polski z półrocznym opóźnieniem. Lepiej późno niż wcale.
Motywem przewodnim omawianej animki są marzenia. Nieważne kiedy, nieważne jak. Pixar udowadnia, że każda chwila, moment jest odpowiednia na ich realizację. Carl Fredricksen to poczciwy, aczkolwiek nieco zrzędzący starzec, który po śmierci żony postanawia nadrobić stracony czas i odwiedzić tajemniczą krainę w Ameryce Południowej. Pech chciał, że do odlatującego (dosłownie) na balonach z helem domu Carla doczepił się pewien skaucik z nadwagą imieniem Russell. Powyższy duet to mieszanka rutyny z młodością i konserwatyzmu z otwartością na świat. Obaj nie wiedzą jednak, że będą mieć na siebie bardzo mocny wpływ, który zmieni ich postrzeganie na pewne sprawy i pozwoli zrealizować…marzenia.
Na najnowsze dzieło twórców Wall-ego czekałem z utęsknieniem. Tym bardziej, że w kraju dolara i ciemnoskórego prezydenta obraz stał się prawdziwym hitem i niemal pewniakiem do Oskara. Po seansie mam jednak co do tego spore wątpliwości. Moim skromnym zdaniem Odlot jest tylko i aż solidną animacją. Tam gdzie Wall-e i Monsters Inc. zachwycały poziomem wykonania, tam film Pete’a Doctera ociera się zaledwie o poprawność. Żaden bohater – czy to pierwszoplanowy czy drugoplanowy – nie posiada odpowiednio wysokiego pokładu miodu tzn. ciężko przychodzi mi na myśl o ewentualnej “wspomince” najlepszych tekstów z Odlotu za kilka lat. Do dziś bawią mnie dialogi z Yetim w Potworach czy też proste jak drut wymiany zdań między Evą, a Wall-em. A tu? Jest… za bardzo standardowo jak na możliwości Pixara.
Nie ulega również wątpliwości, że charaktery zostały dopasowane tak, aby pod koniec bajki (no powiedzmy, że to jeszcze bajka:)) widz wyniósł jakiś morał. Carl jest bowiem niespełnionym ojcem (polecam dokładnie przyjrzenie się wstępowi, który jest piorunujący), a Russell szuka sposobu na zdobycie ostatniej wymaganej odznaki. Jeżeli nie zaczną współpracować – nie zdobędą tego czego chcą. Ponadto Odlot nakreśla młodym widzom bardzo ważną kwestię współczesnych autorytetów. Idole nie są do końca kryształowi jakby się to mogło wydawać.
Na Odlocie najmłodsza widownia będzie czuć się odlotowo. Doskonałe wykonanie techniczne, muzyka i dużo akcji zapewni dzieciom niezapomniane 90 minut. Gorzej natomiast z osobnikami powyżej “nastego” roku życia. Nowy Pixar jest za mało sugestywny i zabawny, nie czuję tu frajdy z tworzenia przez grafików świata i postaci. Scenariusz jest za bardzo upchany schematami, co kłuje i boli w zestawieniu z takim Wall-em, w którym brak dialogów i początek dawały nieźle po garach.



