Hasbro w najlepsze korzysta z obecnej mody na ich zabawki. Po udanym pobudzeniu Transformersów przyszła kolej na G.I. Joe. Pomysł na nakręcenie filmu na bazie walczących ze złem wojaków należących do super tajnej organizacji rządowej Stanów Zjednoczonych powstał już na starcie XXI wieku. Do realizacji doszło jednak 9 lat później, a podjął się jej znany z przygodowych widowisk Stephen Sommers. Znając dokonania tego Pana (m.in nieszczęsny Van Helsing) byłem przygotowany na najgorsze.
Nie ukrywam, że do uniwersum G.I. Joe podszedłem z dużą dozą wyrozumiałości. To element mojego dzieciństwa, który przewinął się czy to w przypadku figurki na półce czy też słynnej reklamy telewizyjnej. Tak więc postanowiłem przymknąć oko na bzdurki, nielogiczności (pokrywa lodowa rulez!) i takie tam. Kto by się nimi przejmował. Obraz Sommersa potraktowałem jako nieoficjalny sequel opowieści o wielkich robotach z kosmosu. Ten sam kaliber i target wiekowy. Niestety Czas Kobry rozczarowuje na całej linii, a najbardziej tam, gdzie miał zapewnić widzom niezobowiązującą rozrywkę.
Fabuła to kolejny miszmasz sklejony z wielu produkcji o podłożu wakacyjnym. Mamy więc niespełnionego żołnierza Duke’a, którego rzuciła laska. Jakiś zły typ korzystając z jej usług (bez skojarzeń proszę) postanawia zastraszyć świat bronią o technologii nanonitowej, która dosłownie zżera wszystko co natknie na swojej drodze. Duke wraz z kumplem – irytującym murzynem – trafia do tytułowej jednostki, która ma za zadanie nie tylko pojmać złoczyńcę ale i przechwycić głowice z nanocośtam gotowe do wystrzelenia w najważniejsze miasta świata (Waszyngton i Moskwę).
Dobra, dosyć tych bredni, bo i tak fabuła jest tu tylko pretekstem do pokazania kolejnych akrobacji członków oddziału. G.I. Joe miał kipić od akcji i tak rzeczywiście jest. Tylko, że nie uświadczymy tu ani grama emocji. Nic, czego nie widzielibyśmy wcześniej. Sommers pozwala sobie na niekontrolowaną szarżę wzbogacając sceny o niezliczone efekty komputerowe, które jakością nie grzeszą, za to ilością przesycają. I to jak! Cały obraz jest niewiarygodnie plastikowy i sztuczny. Nawet w spokojnych scenkach coś nie gra. Nie pomagają nawet aktorzy, grający na jedną minę przez 99% czasu. Najbardziej charyzmatyczny bohater – Snake Eyes – nie odzywa się ani razu. Ale za niego przemawiają czyny.
Podsumowując – mamy do czynienia z kolejną bezpłciową masakrą ze stajni Sommersa. Facetowi kończą się już pomysły, choć sukces kasowy z pewnością zadowoli producentów, którzy pozwolą mu zrobić sequel. I pewnie będzie taki jak wszystkie kontynuacje – większy, efektowniejszy i bardziej cool. Ale co z tego skoro Czas Kobry nie spełnia zasadniczej roli kina wakacyjnego – nie wciąga, nie bawi, a irytuje.




Heh wybierając się na film wiedziałem czego można się spodziewać, ale produkcja i tak wypadła nawet poniżej tych niewygórowanych oczekiwań. Fabuła jest żenująca, a gra aktorska jeszcze gorsza. Dobrze, że można było chociaż oko zawiesić na Baronowej
. Najbardziej żałuję tego, że w prawdziwym G.I. Joe każdy z bohaterów jest zupełnie inny. Fani kolekcjonowania tych ludzików zapewne to potwierdzą
, ja niestety nie miałem z nimi do czynienia, a serię znam z bajki, na której się wychowałem (notabene polecam obejrzeć imo świetna produkcja
http://www.filmweb.pl/f35353/Akcja+G+I+Joe,1987 ). Natomiast w filmie zupełnie nie czuje się poszczególnych bohaterów. Nawet Snake Eye jest taki jakiś przedobrzony.
Druga sprawa to efekty specjalne, które są na poziomie aktorów, a szkoda bo na nie najbardziej liczyłem. W drugiej odsłonie Transformersów przesyt efekciarstwa jest znacznie większy, ale mimo tego trudno oderwać się od ekranu, bo eksplozje, wygląd robotów oraz ogromne zniszczenia naprawdę sprawiają świetne wrażenie. W przypadku G.I. Joe są po prostu słabe. Nawet scena z wieżą Eiffla nie wywołuje żadnych emocji. Jednym słowem nie warto.