Co wydarzy się w Vegas, zostaje w Vegas – z taką dewizą wyrusza do stolicy grzechu 4 kumpli, którzy postanawiają zorganizować jednemu z nich wieczór kawalerski. Po upojnej zabawie budzą się na przeraźliwym kacu i z przerażeniem stwierdzają, że pana młodego gdzieś wcięło, a w łazience czai się tygrys. Po kilku próbach zaczerpnięcia świeżego powietrza postanawiają pokusić się o przypomnienie wydarzeń z poprzedniej nocy, a przede wszystkim znalezienie zaginionego kolegi. Szaleństwo!

Kac Vegas (angielski tytuł to The Hangover) to jeden z największych hitów tego roku w Stanach i film, który jeszcze przed premierą okrzyknięto najlepszą komedią od lat. Czy Todd Phillips podołał zadaniu? Generalnie spodziewałem się czegoś znacznie lepszego (jak na takie recenzje), ale to dalej kawał niezłego humoru. Problem Phillipsa polega na tym, że w jednej chwili trafia z gagiem jak mało kto, by później wywołać u mnie wzruszenie ramionami.
Nierówność Kac Vegas jest więc jego przekleństwem. Na całe szczęście scenarzyści nie poskąpili aktorom wolności, a Ci odnajdują w granych przez nich 30-latków na dorobku totalny luz. Jest chemia, są świetne one-linery, a zwłaszcza nieskrępowana zabawa. Szkoda, że co jakiś czas reżysera zawodzi nos – mam tu na myśli motyw z chińskimi gangsterami. Jakkolwiek tych pozytywnych numerów jest i tak więcej, co wychodzi The Hangover na plus.

Nie zostałem powalony na kolana, ale bawiłem się i tak nieźle. Co prawda do mojej uluionej trójcy Anchorman-Talladega Nights-Walk Hard obraz Phillipsa poziomem nawet się nie zbliżył, ale nie mogę mu odmówić pewnego uroku. Ile razy bowiem urwał nam się film i nic nie pamiętaliśmy z zeszłej nocy? To sprawia, że bohaterowie oraz historia wydają nam się całkiem bliscy.

