Historia amerykańskiego gangstera Johna Dillingera idealnie nadawałaby się na mocno zakorzeniony w tradycyjnej, wygładzonej formie prezentacji serial. Traf chciał, że za dzieje słynnego bandziora wziął się mistrz kina sensacyjnego Michael Mann, który w ostatnich latach dość mocno eksperymentował z technologią kręcenia filmów. Mann jak nikt inny ufa tzw. cyfrze. Praca kamery, której finalnym rezultatem jest maksymalnie surowy materiał rodem z dokumentów telewizyjnych wydawała się zgubnym pomysłem dla odzwierciedlenia epoki lat 30. ubiegłego wieku. Nic bardziej mylnego.

Zanim przejdę do wychwalania Wrogów Publicznych muszę napisać coś ważnego – nowy film Manna może obejrzeć absolutnie każdy (pomijając małą widownię, gdyż obraz jest miejscami bardzo krwawy). Twardziele wychowani na Chłopakach z ferajny Scorsese docenią pieczołowitą realizację strzelanin na ulicach Chicago. Wymiany ognia są bardzo żywiołowe i realistyczne, a ofiar w ludziach nie brakuje. Na kinie Manna dobrze bawić się będą również kobiety. To dla nich bowiem przed kamerę sprowadzono czarujący duet Depp-Bale.
Ale żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – Wrogowie Publiczni to wciąż pozycja na wskroś gangsterska, twardo stąpająca na przygotowanym przez reżysera gruncie. Fabuła jest wręcz banalna, ale odpowiedzialni za skrypt ludzie zadbali, aby widz nie poczuł “że już to gdzieś widział”. Jest rok 1933. Nastała złota era dla amerykańskich oprychów, przede wszystkim dla Pretty Boya Floyda, Baby Face Nelsona i Johna Dillingera właśnie. Mimo, że cała trójka trzęsie przestępczym światkiem, to Floyda poznajemy u kresu jego kariery. Natomiast Dillinger stawia pierwsze kroki w zakładzie karnym, by w błyskawicznym tempie zwiać i rozpocząć nowe życie.
Wyznaczony do schwytania Dillingera agent Purvis w krótkim czasie obejmuje stanowisko szefa nowego, prowizorycznego biura do walki z przestępczością zorganizowaną o nazwie FBI. W tym momencie zaczyna się klasyczna zabawa w kotka i myszkę. Purvis wraz z innymi agentami poluje na Dillingera, a Dillinger w tym czasie okrada banki, zdobywa miłość i zmienia miejsce pobytu. Gangster zyskuje jednak w społeczeństwie status legendy, albowiem nawet w trakcie rabunku wykazuje się szlachetnością i zasadami (nie bierze pieniędzy od biedaków).
Pierwsze co rzuca się w oczy to realizacja. Filmu nie mogę porównać z klasyką gatunku z prostego powodu – obraz Manna porzuca wszelkie maniery tradycyjnego kina gangsterskiego z epoki. Cyfrowa kamera szusuje między postaciami, by w wielu momentach uwypuklić różne detale (ot choćby strzelbę Purvisa) i skupić się na szczegółach postaci znajdującej się w centrum ekranu. Pozornie całość nie wygląda pięknie, ale w rzeczywistości kryje się za tym żelazna, matematyczna precyzja operatora. Jest we Wrogach publicznych kilka takich sekwencji, które przyprawiają o dreszcze i nie są to wcale strzelaniny, a sceny przyciszone, budujące klimat i atmosferę napięcia.

Mann trafił również z obsadą. Depp ewidentnie bawi się postacią Dillingera, ale nie jest to niekontrolowana parada na ekranie. W końcówce aktor daje prawdziwy popis swoich umiejętności ukazując emocje wzrokiem. Ani słowa, zdania czy dialogu. Sama mimika. Christian Bale również podołał zadaniu, ale jego bohater nie należy do wesołków czy ludzi pogodnych. Agent FBI to chłodna osoba polegająca na własnym planie schwytania bandyty i kalkulacjach. Reszta obsady sprawuje się bez zarzutu – Cottilard, Ribisi, Dorff oraz Crudup tworzą udany drugi plan.
Nowy film Michael’a Manna to obraz bardzo udany, czerpiący garściami z klasyki gatunku, ale jednocześnie podążający własnym stylem. To ważne, gdyż idąc do kasy po bilet drogi czytelniku musisz zdać sobie sprawę, że z takimi pozycjami jak Ojciec Chrzestny czy Nietykalni nie ma za wiele wspólnego. Mann pokazuje rzeczywistość bezkompromisowo, w sposób wręcz namacalny i mało wygodny. Albo się to kupuje, albo nie.


*rezerwuje bilet*
Awesome!