O powrocie do świata filmu Jasona Voorheesa mówiło się od jakiegoś czasu. Po dziwnych eksperymentach (Jason X) i niepotrzebnych crossoverach (Freddy vs Jason) jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabójców wraca do Camp Crystal Lake. Okazja ku temu jest znakomita. Rozwydrzona młodzież przyjeżdża na weekend do położonego nad jeziorem domku. Grupa wyżelowanych chłoptasiów i przypudrowanych dziewczynek jeszcze nie wie, że staną się obiektem niecnych planów zamaskowanego mordercy.
Piątek 13-go niezwykle ciężko zakwalifikować do serii. Nie jest to ani sequel, ani prequel. Ciężko stwierdzić czy miał być to restart. Fabularnie (jakkolwiek to brzmi) nowy epizod porusza wątki poprzedników, ale wysuwa również własny pomysł genezy zabójcy w hokejowej masce. Tak czy siak, schemat jest bliźniaczo podobny do innych pozycji z gatunku. Reżyser Marcus Nispel nawet nie próbował igrać z widzem i postawił na sprawdzone wzorce. Wyszło mu to raz lepiej, raz gorzej.

Rezultat całej historii budzi mieszane uczucia. Początek nowego Piątku zapowiada całkiem pysznego slashera. Długi wstęp, podczas którego Voorhees wyżyna jakichś studenciaków nawet cieszy. Bo jak to Jason – on nie pieprzy się z nikim. Mija kilkanaście minut, ciach, ciach, ekran tytułowy, akcja zmienia miejsce. Obok przydrożnego sklepu zatrzymuje się grupa przyjaciół. Nie kumpli, gdyż relacje między nimi są dosyć chłodne, a widać, że zebrali się i wyjechali na wypoczynek spontanicznie. Spotykają niejakiego Claya, któremu 6 tygodni wcześniej zaginęła siostra. Początkowo odnoszą się do niego z pogardą, ale…
Później postanawiają połączyć siły. No może nie do końca, bo młodzi nie wykazują inteligencji i zamiast martwić się o niepowracających-po-kilku-godzinach znajomych zaczynają sami wystawiać się Jasonowi. A nasz czarny charakter wykorzystuje to perfekcyjnie. Sceny egzekucji są całkiem zadowalające, choć nie do końca tak krwawe jak w innych częściach serii. Sam arsenał Jasona nie budzi większych zastrzeżeń – do kasacji ułomnej młodzieży używa maczety, siekiery, haków i kijów. Wszystko znajduje na przyszłym miejscu zbrodni. No cóż, kultowym mordercom zawsze sprzyjał los.

Voorhees kosi młodych równo z ziemią tak szybko, że Nispelowi pod koniec brakuje już pomysłów. Ostatni akt cierpi na syndrom ciągłej bieganiny połączonej z ludzką głupotą. Nie ma komu kibicować, bo ci fajniejsi już nie żyją, a ci głupi zginą wkrótce. Sytuacji nie ratują pojawiające się tu i ówdzie dorodne biusty roznegliżowanych panien. Ostatnie 30 minut ciągnie się jak flaki z olejem. A wystarczyło skrócić nieco środkowy akt…
Nowy Piątek 13-go nie jest genialnym slasherem, ale powinien zadowolić fanów Jasona. Ci na pewno docenią tradycyjny styl reżyserii oraz niektóre pomysły śmierci bohaterów. Nie zawodzi także całkiem niezła muzyka autorstwa Steve’a Jablonsky’ego. Szybkie, elektroniczne rytmy podkreślają dynamikę pościgów i przyśpieszają bicie serca. Obraz Marcusa Nispela to przygoda zdecydowanie na jeden raz. Gdyby nie nudna końcówka ocena byłaby trochę wyższa.


Końcówka tego filmu nie jest nudna,ale dobijająco naiwna.Zwłaszcza mam tu na myśli ostatnie 5 sekund filmu,które niemalże mnie zabiły.Ja rozumiem,że twórcy chcieli sobie zostawić furtkę,ale miej proporcje mocium panie. Kolejny,w niczym nie zaskakujący slasher bez krzty dreszczyka napięcia,głupia wyżynka i tyle.