Star Trek na świecie ma tylu samo zwolenników co przeciwników. Z jednej strony nerdowskie zjazdy i konwenty, z drugiej mnóstwo drwin i przekomicznych skeczów związanych z kiczowatymi gadżetami, strojami oraz samymi bohaterami. J.J. Abrams pokazał jednak, że w tym uniwersum drzemie coś więcej niż tylko kolejny pomysł na dowcip.
Nowy Trek to solidnie skrojona produkcja na miarę przeciętnego widza, który idzie do kina z paczką prażonej kukurydzy pod pachą. Choć na Zgniłych Pomidorach dzielnie nosi ocenę 8.1/10 i średnią 95% z recenzji krytyków to jednak nie radzę wariować i rezerwować na gorąco biletów. To film naprawdę dobry, sprawnie nakręcony, ale nie aż tak jak sugerują Amerykanie. Jeżeli kręci was konwencja Piratów z Karaibów to w dziele Abramsa znajdziecie to samo, ale w klimacie science-fiction. Czy to złe posunięcie? I tak i nie.

Całkiem zacnie reżyser poradził sobie z doborem obsady. Nie ma tu syndromu Małaszyńskiego, znanych ryjów jest jak na lekarstwo. Cieszy za to powrót (nawet jeśli jest na tyle skromny, że ledwo zauważalny) starszych gwiazdek – Winony Ryder oraz Leonarda Nimoya. Ich obecność na ekranie jest dość symboliczna, ale absolutnie nie szkodzi obrazowi. Nimoy nawet został wpleciony w całą intrygę zręcznie i sensownie, więc tym bardziej jego występ przyjęłem z entuzjazmem.
Pierwsze skrzypce grają Pine (Kirk) i Quinto (Spock). Młodzieżowość głównych bohaterów początkowo budziła moje obawy, ale po kilku minutach przekonałem się do nich w 100%. Nie są to kreacje, o których będę pamiętać za 20 lat, ale umówmy się – to nie jest głównym celem letniego blockbustera. I tak warto pochwalić aktorów za to, że udzwignęli presję fanów i przedstawili własne wersje postaci, które są żywe i pełne energii. Nieźle wypada również drugi plan. Dużo tu komediowych twarzy (Pegg, Yelchin, Cho), które nadają fabule nieco humorystycznego tonu.

Star Trek ma swoje wady (ot choćby kiepska postać antybohatera Nero), ale w ramach rozrywki sprzedaje o wiele więcej pozytywnych wrażeń. Akcji jest tu mnóstwo, dialogi stoją na przyzwoitym poziomie, a nad fabułą unosi się typowa dla tego typu pozycji “lajtowość”. Sama realizacja jest naprawdę super i bez zastrzeżeń. Dla wiernych odbiorców produkcji Abramsa pojawia się nawet motyw Slusho. Nie mam również obiekcji do muzyki, która w końcówce wyraźnie nawiązuje do klasycznych filmów z Shatnerem.
Abrams nie bał się wziąść w swoje ręce ryzykownej marki i przemienić ją w typową kosmiczną przygodę przypominającą western. Jest szybko, głośno i efektownie, a właśnie o to chodziło. To również niezła podkładka pod następne epizody, gdyż fabuła przedstawia tu sam początek przygód młodego Kirka. Przydałaby się również znacznie ciekawsza intryga, bo ta zaserwowana tutaj przypomina wypluty przez psa poszarpany kawał mięsa.

