Zjawisko “urywania głowy w okolicach dupy” dotyczy tych filmów, które potrafią nie tylko zaskoczyć widza swoją dojrzałą formą, ale również w umiejętny sposób zbić go z tropu aplikując sporą liczbę scen, motywów i zagrywek ocierających się o geniusz. Tego właśnie doświadczyłem w trakcie seansu Surveillance, filmu w reżyserii Jennifer Lynch (tak, córki tego słynnego Davida). Długo by szukać w ostatnich latach tak znakomitego thrillera kryminalnego, który wywołuje tyle skrajnych emocji, przełamuje schematy i jednocześnie korzysta z nich w niezwykle oryginalny sposób. “Good shit” – jak to mawiają. Niewątpliwie, dobre to, nawet znakomite.

Na amerykańskim zadupiu zostaje popełnione morderstwo. W lokalnym komisariacie zjawia się para agentów FBI – Elizabeth Anderson i Sam Hallway – mająca za zadanie przesłuchać świadków zdarzenia. Są nimi policjant z patrolu, ćpunka oraz 9-letnia dziewczynka. Aby bardziej uwiarygodnić przesłuchania, zainteresowanych rozdziela się po pokojach, w których zainstalowano kamery. Kolejne zeznania tworzą swoistą historyjkę, przedstawianą w formie retrospekcji (dostatecznie długich, przy tym nie irytujących jak modne ostatnio flashbacki). Tak więc dowiadujemy się w jaki sposób losy trójki świadków splotły się akurat w tym jednym, dramatycznym momencie.
Muszę przyznać, że fabuła z pozoru senna i wolno rozwijająca się z biegiem czasu przyśpiesza bicie serca. Siła przekazu tkwi w niesamowitych sekwencjach z przeszłości. Wszyscy bohaterowie opowiadają autentycznie ciekawe historie, to w jaki sposób znaleźli się w tym, a nie innym miejscu. Takie sceny jak odwiedziny dilera czy zatrzymywanie przypadkowych ludzi przez patrol po prostu rządzą. Szczególnie warto zwrócić uwagę na sposób zagospodarowania wolnego czasu przez policjantów – gwarantuję, że kopara Wam opadnie.

Nijak nie mogę nie napisać swoistego peanu na cześć niewiarygodnie mocnej, pełnokrwistej sceny spotkania całej trójki przed feralnym wypadkiem. Blisko 15-minutowa wymiana spojrzeń, zdań, prezentacja (ech pozwolę sobie wreszcie na to słowo) kurewsko zboczonych zachowań i psychicznych odchyłów wywołuje tylko jedną reakcję – “O ja pierdolę!”. Taki jest właśnie Surveillance – dość bezkompromisowy, emocjonujący, miejscami chory, ale w gruncie rzeczy prawdziwy.
Więcej po prostu napisać nie mogę bo zepsułbym wam seans, a dzieło córki Lyncha należy obejrzeć bez uprzedzeń czy obejrzenia zwiastuna (który notabene jest kiepski i zawiera masę spojlerów). Wspomnę jeszcze o genialnej grze aktorskiej całej obsady. Bill Pullman kojarzył mi się do tej pory z postacią lalusiowatego prezydenta USA z Dnia Niepodległości. Tu po prostu daje koncert, a agent FBI w jego wykonaniu to majstersztyk.

Jeżeli po obejrzeniu finału stwierdzicie, że jest on bez sensu – postarajcie się o kolejną szansę dla Surveillance. Obserwujcie gesty, zachowania i teksty każdej postaci, bo tak naprawdę na obserwacji cała zabawa właśnie polega. Kiedy David Lynch obejrzał film córki stwierdził, że tak chorego pomysłu na zakończenie historii jeszcze nie widział. Dla mnie to prawdziwy strzał w dziesiątkę i pełne tryskającej energii rozwiązanie intrygi. Ocena? Poza skalą!

Po przeczytaniu wstepu pomyslałem o Twin Peaks, troche potem o grze Overclocked.
A że uwielbiam motym retrospekcji to chyba sobie obejrze.