Jedną z moich kinowych słabości jest sympatia do racer’owej serii Szybcy i wściekli. Ta popcornowa, pełna cool-młodzieżowej stylistyki epopeja wryła mi się w beret dość znacznie, po części dzięki grze Need for Speed Underground, silnie nawiązującej klimatem do produkcji wyreżyserowanej przez Roba Cohena, a następnie Johna Singletona i Justina Lina. To co mi się podoba w tych filmach to przede wszystkim dźwięk silników bryczek kosztujących co najmniej kilkanaście tysięcy dolarów. Fabuła staje się tu jedynie pretekstem do ukazania co raz to bardziej karkołomnych i jednocześnie nielegalnych wyścigów rozgrywanych pod patronatem szefów światka przestępczego.
Jak wszyscy pamiętają – część pierwsza skończyła się ucieczką Dominica Torreto, a jego policyjny partner Brian O’Conner wziął wszystkie winy na siebie. Druga część skupiała się już tylko na postaci Briana i jego potyczkach z szefem mafii Carterem Verone. Ten epizod był jednak zdecydowanie najsłabszy ze wszystkich. Singelton nie zaskoczył niczym nowym, kiepsko poradził sobie również z realizacją scen akcji. W następnym odcinku – Tokyo Drift – postawiono na nowego bohatera i “mięsko” czyli wyścigi. Pomimo rozczarowującej fabuły i kiepskiego aktorstwa wprowadzał ciekawy klimat drifterów. Czwartą część ponownie wyreżyserował Justin Lin, a do współpracy zaprosił oderwany od historii poprzednika duet Diesel-Walker, tak lubiany przy okazji części pierwszej.

Trzeba uczciwie przyznać, że Lin odrobił pracę domową. Czwóreczka bowiem doskonale zazębia się z pierwszymi przygodami wspomnianego duetu. Gdyby odrzucić tak “Za szybkich” oraz “Tokyo” możemy wręcz mówić o normalnym sequelu. Szybko i wściekle zaczyna się niezwykle dynamicznie – od dominikańskiej sekwencji kradzieży cysterny z paliwem. Nasza ekipa pod przywództwem Torreto dosyć zgrabnie radzi sobie z sytuacją, do momentu kiedy kierowca ciężarówki zauważa, że coś jest nie tak. Całość skręcona jest naprawdę z klasą i zmontowana z głową. Zresztą realizacja pościgów w najnowszej części stoi na najwyższym poziomie spośród wszystkich odcinków.
To co jednak mnie najbardziej zaskoczyło to drastyczne odsunięcie się od atmosfery nocnych zmagań, przy akompaniamencie neonów i rozmaitych laserów. Lwia część historii rozgrywa się na środkowoamerykańskim zadupiu, wśród tumanów kurzu i pyłu. Oczywiście nie do końca udało się zerwać z dyskotekowym klimatem niektórych scen, ale na szczęście takowe ograniczono do minimum. W tej kwestii Szybko i wściekle przypomina nieco western – bohaterów otacza pustka i piasek, a za rumaki służą im poczciwe wozy. Torreto wozi się absolutnie czaderskim Dodgem Chargerem, co dodaje mu nieco powagi i mocnego charakteru. Brian jak to Brian – stawia na import. Śmiga po ulicach Nissanem Skyline.

Jak każda część, tak i ta ma swoje wady. Z obsady wywaliłbym przynajmniej jedną laskę, służącą wyłącznie jako atrakcja wizualna. Twórcy przeholowali również w dwóch scenach z wozami. Nie są to jakieś mega-hiper-niedociągnięcia. Szkoda tylko, że tam gdzie fantazja scenarzysty sprawdziła się znakomicie, gdzie indziej po prostu zawiodła. Co ważne, aktorsko jest tu jak najbardziej OK. Diesel dostał bardzo fajne one-linery, a Walker nie irytuje jak zdarzało mu się dawniej. Reszta obsady ni w pięć, ni w dziesięć – jest bo jest, ale nie wkurza. Brakuje tylko jakiejś sekwencji, w której swoje umiejętności kierowcy pokazałaby panna Brewster.
Zaryzykuję (a co tam!) i stwierdzam, że to najlepsza część serii. Mniej wyczesana, trochę bardziej poważna, ale wciąż młodzieżowa i lekka jak piórko. Dobrze filmowi zrobił powrót Diesela. Choć wygląda jak nie do końca dorzeźbiony kloc drewna to jego głos i zdolność ciągnięcia fabuły do przodu naprawdę uatrakcyjniają klimat. Sezon blockbusterów właśnie się rozpoczął. Cieszy, że pierwszy z nich prezentuje poziom przynamniej niezawstydzający.
