Jakiś czas temu w ramach totalnego zluzowania postanowiłem obejrzeć trzecią część Transportera. Czas filmu wydawał mi się “w sam raz” – 90 minut czystej rozrywki jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a jak mawiał ś.p. profesor Religa – nie warto sobie żałować pewnych rzeczy. Mój wybór nie był jednak przypadkowy. Pierwszy Transporter kojarzył mi się dobrze, głównie ze względu na Jasona Stathama, który umie kopać po mordach, a czasem nawet fajnie zagrać (kto widział Snatch ten zrozumie).
Ostatni rozdział przygód człowieka od nietypowych przesyłek – Franka Martina – powiela w niemal każdym aspekcie schematy poprzedników. Prawie, bo już na początku wydaje się, że Frank odszedł na emeryturę i raczej zarzuci wędkę niż z powrotem skorzysta ze swojego Audi S8. Szybko jednak okazuje się, że przeszłość bohatera ściga go równie skutecznie, co on swoich wrogów. Statham musi dowieźć do nieustalonego punktu dwie torby, a że walka toczy się również na politycznym poletku – stawka zwiększa się z godziny na godzinę.

Niestety, to co fajnie prezentowało się w jedynce i momentami w dwójce, w trójce przekształca się w jakiś durny slapstick dla dzieciaków. Jak bowiem wytłumaczyć taki sceny jak przejazd na dwóch kołach Franka między dwiema ciężarówkami przy prędkości ponad 100 km/h? A to tylko ten łagodniejszy przykład. W filmie nie brak również kiepskawych, pseudo-erotycznych pomysłów dla napalonych dzieciaków np. “Będziemy się kochać. Chcesz kluczyki? Zdejmij koszulę!”. Jeżeli film posiada kategorię PG-13 to pewnej poprzeczki nie da rady przeskoczyć. W konfrontacji z łagodnie poprowadzonym wątkiem romansowym z części pierwszej pomysł Oliviera Megatona widzi się jako zabieg przeprowadzony przy pomocy kamienia i łopaty.
Największym błędem reżysera nie jest jednak tragiczny scenariusz pełen logicznych dziur i kuriozalnych scen akcji. Francuz pod wpływem Luca Bessona (tak, tego od Leona Zawodowca) zaprosił do obsady Ukrainkę Natalię Rudakovą. Przy szukaniu informacji o tej niewieście dowiedziałem się, że nigdy nie miała styczności z aktorstwem, a z zawodu jest fryzjerką. Ten warsztat niestety jawi się już od pierwszych sekund pojawienia się Rudakovej na ekranie. Dziewczyna duka z siebie angielskie kwestie z wyczuciem godnym rosyjskiego sapera, który poszukuje min metodą dotykową. I nie chodzi tu o akcent, który przecież u ludzi ze wschodniej Europy jest wyczuwalny na kilometr. “Aktorka” nie wykazuje żadnych przejawów uczuć, ba, scenarzyści postanowili zrobić z niej typową szmatę. W jednej ze scen naćpana Valentina (bohaterka grana przez Rudakovą) wchodzi do sklepu, zaczyna rozrabiać, otwiera butelkę wódy, bierze kilka łyków, a na końcu oddaje mocz pod jedną z półek. Nie ma co, zacna dziewucha!
Tak wkur*iającej postaci nie widziałem od czasów Jar Jara z Gwiezdnych Wojen. Nie sądzę, aby taki przypadek trafił mi się w najbliższej przyszłości. A jak prezentuje się reszta filmu? Cóż, ogląda się to bez specjalnego zaangażowania, wszak podobną historyjkę widzieliśmy już wiele razy, a twórcy nie przemęczali się nad skryptem historii. Nie zadowalają również bijatyki, które niemal kropla w kroplę skopiowano z poprzedniej części. Skoro więc nie poszanowano czyjegoś czasu, czemu mielibyśmy chwalić autorów tego gniota?

“Tak wkur*iającej postaci nie widziałem od czasów Jar Jara z Gwiezdnych Wojen.”
Podobne odczucia z mojej strony:) Pomijam jakim gniotem jest T3, ale tę rudą kretynką miałem ochotę dosłownie ukatrupić. Zresztą to nie tylko irytująco napisana postać, ale równie okropnie zagrana. Daję słowo, tak złego aktorstwa w wykonaniu kobiety już dawno, dawno nie widziałem.