Przed świąteczną gorączką udało mi się zdobyć w jednym z hipermarketów dwupłytowe wydanie DVD “Mrocznego Rycerza”. Jeszcze wychodząc z kina na początku sierpnia przysięgłem, że uczynię ten krok. Nie pożałowałem kasy. Wróciłem do domu, rozsiadłem się spokojnie w fotelu. Logo Warner Bros przeleciało przed oczyma, a w industrialny klimat wprowadziła muzyka Hansa Zimmera. Pełen odlot.
I wiecie co? Chrzanię krytykę tego filmu. Dla mnie “The Dark Knight” to zjawisko. Christopherowi Nolanowi udało się coś, na czym wielu innych się sparzyło. Ang Lee z komiksowej postaci zielonego Hulka stworzył nudną opowiastkę o odpowiedzialności, miłości i odtrąceniu. Zwymiotowałem gdzieś w połowie seansu. Sam Raimi swoim szczeniackim Spidermanem osiągnął dno dna w części trzeciej, podejmując żałosną próbę nadana powagi sytuacji podczas gdy na ekranie co i rusz przewija się fantazja w postaci Sandmana, Młodego Goblina czy Venoma. Nolan zaś… Nolan olał konwencję i zrobił to po swojemu.

Komiksowe adaptacje zalatują charakterystycznym infantylizmem. Albo się je łyka, albo odrzuca. Nolan odszedł od tej zasady wsadzając w swoje dzieło “umowny” realizm świata przedstawionego. Pisząc “umowny” miałem na myśli czas i miejsce akcji – prawdziwe, futurystyczne Gotham City przypominające Chicago. Cała reszta jest już przeniesiona żywcem z komiksu. Jest więc i Człowiek-nietoperz, jego gadżety, baza wypadowa oraz Gordon, mało rozgarnięci policjanci i jakaś-tam historia walki dobra ze złem. Zło jednak przybrało wyjątkowo ciekawą postać, a mianowicie znanego Jokera. Jokera na miarę naszych czasów.
Gdy ogłoszono wybór aktora do tej roli dosłownie parsknąłem śmiechem. Heath Ledger – tak nazywał się kandydat. Aktorzyna, owszem znany, ale głownie z grania w komediach młodzieżowych i raczej kiepskich produkcjach kina klasy B. Fani drżeli, ja też. Do czasu. Po pojawieniu się pierwszych zdjęc ucharaktryzowanego Heatha poczułem dosłownię ekstazę. Oto bowiem ukazał się Joker-psychopata, nie zaś Joker-błazen. Ledger prezentował się wprost rewelacyjnie, a patrząc na jego wyraz twarzy śmiem twierdzić, że czuł pewność i więź z postacią, którą gra. Wszystkie wątpliwości rozwiał zwiastun kinowy, w którym pokazano trochę opisywanego klauna. “Why so serious”? – spytał się Joker. No właśnie. Po co ta powaga?
Niewątpliwie była ona potrzebna. Akcja filmu rozgrywa się w obecnych czasach. Można w zasadzie zaryzykować, że tu i teraz. Sceneria – bądź co bądź adaptacji komiksu – wydaje się na tyle autentyczna, iż widz po prostu wtapia oczy w ekran i zdaje się wierzyć w produkt Nolana. Swoje trzy gorsze dokłada również Ledger. Joker w jego wykonaniu to nihilista, czołg i pierwszy w historii przeciwnik Batmana, który dyktuje warunki zabawy. Zawsze przed nim, zawsze z doskonałym planem (choć temu w filmie zaprzecza) i zawsze niesamowicie mocny od strony mentalnej. Nie ma na niego silnych. Szczerze – to rola absolutnie genialnie rozpisana i genialnie zagrana. Heath poświęcił jej tak wiele, że chyba zapomniał o sobie. Mówi się o 4 tygodniach przygotowań przed lustrem, setkach stron pamiętnika Jokera, aby jeszcze lepiej utożsamić się ze złoczyńcą.

Niestety. 22 stycznia tego roku Australijczyk został znaleziony martwy w pokoju hotelowym. Przyczyna zgonu? Nieprawidłowe wymieszanie środków antydepresyjnych z nasennymi (plotka głosi, że Ledger po skończeniu zdjęc do “Mrocznego Rycerza” nie mógł spać więcej niż 3-4 godziny na dobę). Można spekulować, czy na odbiór Jokera przez widzów miała śmierć aktora. Można, ale po co? Aktor obronił się sam. Zwłaszcza kultową już sceną rozmowy:
Pytanie brzmi – czy Heath wywalczy Oskara? Bo nominacja do statuetki jest w zasadzie pewna – na 22 festiwalach filmowych w USA na jesieni Ledger “otrzymał” aż 19 nagród. Wyścig o główne trofeum już się rozpoczął, a zakończy 22 lutego 2009 roku. Czy jednak wykorzystanie wizerunku zmarłego do promocji tytułu posiada jakikolwiek aspekt moralny? Nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Kibicuję jednak Ledgerowi z całych sił, bo zasłużył na Oskara w tym roku jak mało kto. Ale o końcowym wyniku dowiemy się na właściwej gali…

Od dawna się zbieram by obejrzeć ten film, może w końcu się skusze
nie powiedziałabym, że ledger to marny aktorzyna. filmy klasy b? niee, a ‘candy’, a ‘brokeback mountain’?