Paul Verhoeven to znany i ceniony reżyser. W dodatku Holender, a więc posiadający maniery typowego Europejczyka. Gdybym miał określić go jednym zdaniem- nie wahałbym się ani sekundę. Bezkompromisowy, zajebiście konsekwetny facet z jajami. Być może ten konserwatyzm i upartość spowodowały, że Paula w Hollywood nie za bardzo lubią, a przynajmniej nie chcą mu dać kasy na kolejne produkcje. Do czego zmierzam? Wczoraj przypadkiem trafiłem na emisję “Człowieka widmo” w reżyserii sami-wiecie-kogo. Ostatnią przygodę z tym tytułem miałem kilka lat temu (de facto Verhoeven nakręcił go w 2000 roku), a więc nie mogłem sobie odmówić szansy na małe rendez-vous.

Dlaczego ten film jest tak dobry i jednocześnie tak zły? To proste. Holender wziął jeden z najbardziej absurdalnych pomysłów i niespecjalnie go przemielił pod kątem logiki. Mit o niewidzialności to wciąż sfera science-fiction i widząc to reżyser postanowił nie ściemniać widzów. Wszystko jest na swoim miejscu, rozgrywa się tak samo, zgodnie z utartym schematem. Verhoeven oczywiście doszlifował scenariusz tu i tam, aby obraz różnił się trochę od “Niewidzialnego człowieka” z 1933 roku autorstwa Jamesa Whale’a. Akcja rozgrywa się w czasach obecnych, bohaterowie to typowe szczurki laboratoryjne bez kolorowego życia osobistego itd. Sam pomysł na źródło niewidzialności jest głupi i nosi znamiona bardziej komedii, niż thrillera. Facet wstrzykuje sobie błękitny płyn do żył i…znika. A żeby było zabawniej, aby odzyskać pierwotną postać stosuje płyn o kolorze czerwonym. No fuckin’ way! Prawie jak zabawa w piekło-niebo w zerówce.
Film niestety dosyć cierpi od bzdur i bzdurek. Tu i tam rozwesela, bawi. Czasem można pozgrzytać zębami od nadmiaru kretynizmu. Ale… “Człowiek widmo” to również ciekawe studium (może trochę na wyrost) zachowania człowieka obdarzonego niezwykłym darem. Główny bohater – Sebastian Caine – to cynik i pieprzony egoista. Gdy otrzymuje tzw. skilla:-) zrywa się z łańcucha i rozpoczyna krwawe żniwo. No właśnie, czy jego reakcja była jak najbardziej prawidłowa? Verhoeven ma doświadczenie w kręceniu filmów, które wyciągają ludzkie brudy na wierzch. Pamiętacie “Nagi instynkt” i manię Catherine Trammel w zabijaniu nowo poznanych mężczyzn? A ostre i seksowne “Showgirls”? Tak, to tytuły wyjęte z rękawa Verhoevena. Holender nie boi się ukazywać w swoich dziełach ludzkich decyzji. Sprzedaje dobry, autentyczny towar.

Caine, pierwsze co robi to wraca do mieszkania i podgląduje sąsiadkę. Zrzuca ciuchy (które upakowały jego niewidzialne ciało) i rusza do akcji. Bawi się z kobietą w chowanego, po czym rozpoczyna akt gwałtu. Nie żadne ratowanie świata przed zagładą, czy fruwanie w powietrzu. Po prostu gwałci ją. Czy postąpiłbym tak samo? Raczej nie. Nie jestem takim pokurwieńcem jak główny bohater, niemniej posiadając taki dar nie omieszkałbym się z niego skorzystać dla własnych korzyści. Zachowania Sebastiana może i są ekstremalne, ale motywacyjnie nie odbiegają od tego co zaplanowałbym, gdybym był niewidzialny. “Człowiek Widmo” w ostatnich 30 minutach serwuje nam prawdziwą rzeź, która połączona ze stylem Verhoevena jednocześnie bawi (jako rozrywka) i szokuje. Nie jest to makabra na miarę gatunku “gore”, tylko zabójczo spójna idea rozpieprzonego umysłowo naukowca tuszującego ślady. Jest taka scena, kiedy widzimy Caine’a ubabranego krwią po bójce z asystentką. Widok to naprawdę niespotykany, dla którego warto obejrzeć dzieło Holendra.
Warto odnotować, że “Człowiek widmo” z budżetem 100 milionów dolarów, a posiadając kategorię wiekową R (dla dorosłych) zarobił prawie drugie tyle. A więc gadanie o tym, że letnie blockbustery dla dzieci to główne źródło zysków dla producentów można włożyć między bajki. Szkoda tylko, że uparty do granic Paul raczej nie może już liczyć na wsparcie Hollywood.

Z tego opisu wyczuwam troche Tarantina i Rodrigueza, trzeba bedzie obadac.
A bedzie moze wpis o spaghetti-westernach?
Kevin Becon był w tym filmie trochę mało widoczny ale i tak świetnie zagrał scenę gwałtu ;p