Coś się kończy, coś zaczyna. Taki Film! kończy dzisiaj swoją działalność. Serdecznie dziękuję za wszystkie sekundy spędzone na blogu, kliknięcia (łącznie ponad 30 tysięcy odsłon), komentowanie, dyskusje. Przenoszę się „stety” do innego przybytku – http://gameplay.pl/autor.asp?ID=19. Tam również pojawiać się będą recenzje kinowych nowości, jak i klasyków, więc do końca wielkich zmian nie ma. To znaczy są, ale ich nie ma. Trzymajta się, a na pożegnanie song The Doors wam zapuszczam:
Przy okazji Defendora wspomniałem o innym filmie, za który Woody Harrelson otrzymał nominację do Oscara. Niniejszą zaległość właśnie nadrabiam, bo – powtórzę się – warto. Woody w Messengerze konkretnie pozamiatał, ale nie dlatego bo trafiła mu się super rozpisana rola, tylko w głównej mierze dzięki kompanowi z planu, który fantastycznie dopełnił chemię między głównymi bohaterami. Pominięcie w statuetkach Bena Fostera uważam za typowy przykład ślepoty starczej.
Film jedzie w 95% na sprawdzonym schemacie konfrontacji „starego” z „młodym”. Przy czym The Messenger oprócz walki charakterów gwarantuje również walkę idei. Splot wydarzeń doprowadza do spotkania dwóch wojaków – wracającego z Iraku sierżanta Montgomery oraz rutynowanego kapitana Stone’a. Obaj zaczynają pracować jako wojenni posłańcy – przynoszą rodzinom poległym złe wieści po czym się ulatniają. Zawód trudny, wymagający szacunku do nakreślonych przez dowództwo zasad – zero emocjonalnej ingerencji, zero roboty w nocy, zero kontaktu fizycznego z rodziną ofiary. Są tylko i aż informatorami. Ale to adresaci są głównym problemem, a raczej ich skrajne reakcje.
Foster z Harrelsonem stworzyli duet idealny. Zderzenie odmiennych generacji zawsze budzi we mnie zainteresowanie, a reżyserowi udało się tu przemycić nieco więcej racji niż „k…. ja jestem starszy, więc mnie słuchaj!”. Obaj dostali od życia po tyłku, nie mogą się ustatkować, czują się osamotnieni. W jednej ze scen bohater grany przez Fostera wpada na wesele swojej byłej dziewczyny i rozpoczyna toast wydukaną kwestią, którą zawsze stosuje przy informowaniu o śmierci członka rodziny. Jest to tak masakryczny moment, że miałem ochotę stanąć na baczność. Zresztą przez cały film włos mi się jeżył, a to tylko dramat o weteranach.
The Messenger posiada happy end, ale to happy end z gatunku absolutnie akceptowalnych, nie przesłodzonych. Zresztą takie historie muszą się kończyć w ten sposób, nie ma bata. To dobry, kurna, bardzo dobry film, tylko czemu został tak bestialsko pominięty w nagrodach? To już bardziej Foster zasługiwał na nominację niż Woody, który jest „tylko” znakomity.

Napisane w Prosto z marszu | Otagowane ben, foster, harrelson, messenger, the, woody | Zostaw Komentarz »
Wow. Nie wiem od czego tu zacząć. Może od tego, że Nolanowi należą się ogromne brawa za odwagę, iż zdecydował się Incepcję wyreżyserować bez żadnych kompromisów. Mamy tu bowiem do czynienia z wielopoziomową fabułą złożoną z najdrobniejszych klocków, ale w przyswajalny dla widza sposób. Jest też sporo strzelania. Akcja goni akcję, ale jest to akcja prowadzona mądrze i bez zbędnych fajerwerków. Mamy również znakomitą obsadę – Leo Di Caprio w roli Cobba, a obok niego Josepha Gordona-Levitta, Cilliana Murphy’ego, Kena Watanabe, Marion Cotillard i słodką Ellen Page. Nie sposób również nie docenić dopracowanego w detalach scenariusza. Spojlerowanie kolejnych scen i patentów zastosowanych w snach, po których poruszają się główni bohaterowie mija się z celem. Wystarczy napisać, że:
- Incepcja to film wartki – tu ciągle coś się dzieje, historia jest żwawa, a ostatnia godzina po prostu zrywa beret.
- Nolan to obecnie najlepszy reżyser mainstreamowy – drugiego Memento na pewno już nie nakręci, ale to co robi z grubą kasą zasługuje na pokłony.
- Incepcja jest wyjątkowo poukładanym chaosem. Tak jak chaotyczne są nasze sny, tak chaotyczne są podróże między kolejnymi stanami podświadomości w wykonaniu ekipy Cobba. Jednakże widz nigdy nie ma wrażenia, że się w czymś pogubił/coś przegapił.
- Incepcja to pierwszy od dawna film z gatunku „rozrywka na weekend”, który drąży łeb możliwymi interpretacjami.
- Incepcja udowadnia, że efekty specjalne mogą świetnie posłużyć do opowiedzenia historii.
- obsada Incepcji to castingowy wzór również pod kątem czasu ekranowego. Żadne z wielkich nazwisk nie zostało zmarnowane.
- nawet w letnich blockbusterach wątek dramatyczny może być cholernie emocjonujący i szargający nerwy, a przy tym dojrzały.
- PG-13 ma rację bytu, o ile jest w rękach kogoś takiego jak Chris Nolan.
I tyle, więcej zdradzać nie będę bo zepsułbym tylko niespodziankę. Incepcja to świetny produkt, który może arcydziełem nie jest, ale na pewno zalicza się do czołówki wysokobudżetowych obrazów w historii. Dawno nie miałem takiej zagwozdki po seansie. Nolan sprawił mi kupę frajdy. Ale prawdziwa, szczera ocena tego co zobaczyłem nadejdzie dopiero z czasem.

Napisane w Prosto z marszu | Otagowane caprio, di, incepcja, inception, nolan | Komentarzy: 4 »
Trupi klimacik jaki udzielił mi się w trakcie seansu After.Life jest wynikiem mojej aktualnej przygody z serialem Sześć stóp pod ziemią. Tak jak w domu pogrzebowym rodziny Fisherów tak i w zakładzie prowadzonym przez Liama Neesona poczułem obecność kostuchy, czyhającej na chwilę zawahania i śmierć. Tym razem pod jego nóż trafia młoda nauczycielka Anna, która straciła życie w wypadku samochodowym. No właśnie, czy straciła?
Film polskiej reżyserki Agnieszki Wójtowicz-Vosloo w ciekawy sposób igra sobie z tematyką pośmiertnego bytu. Bohaterka budzi się w prosektorium na stole z pewnym przerażeniem – stojący nad nią starszy mężczyzna dokonuje u niej bezbolesnych korekt poranionej twarzy, tak, aby rodzina na pogrzebie mogła ją zobaczyć w doskonałej kondycji (taka tradycja, ale lepiej została ona omówiona we wspomnianym serialu produkcji HBO). I mimo tego, że raport koronera deklaruje jasno, że dziewczyna nie żyje, bohaterka odczuwa coś odmiennego. Widz z automatu zostaje wplątany w zagadkę, bo prawda nie musi być wcale taka jaką przedstawia spec od pudrowania denatów.
Gwoli wyjaśnienia – After.Life nie jest żadnym horrorem, choć zadatki miał na to co najmniej interesujące. To bardziej dramat połączony z thrillerem psychologicznym balansującym na granicy życia i śmierci. Gdzieś na tle fabuły padają pytania. Co jest tak naprawdę dowodem zgonu – to, że nie odczuwamy bólu, czy mogę głuchota bliskich osób na nasze krzyki? Czy po śmierci otrzymujemy drugą szansę, a może droga powrotna została zamknięta raz na zawsze? Wątpliwości się mnożą również dzięki ciekawie skrojonym rolom głównym. Neeson jest zdecydowanie bardziej „creepy” kiedy nie musi się wydurniać w blockbusterowych szajsach. Deacon to postać bardzo tajemnicza, samotna, ozdabiająca ścianę pokoju zdjęciami zmarłych, ale nie stroniąca od zwyczajnego luzu i profesjonalizmu w miejscu pracy. Towarzyszy mu Christina Ricci. Nigdy nie byłem jej fanem, ale tu wychodzi obronną ręką niemal w każdej scenie.
Duet Neeson- Ricci jest na tyle dobrym motorem napędowym After.Life, że pomimo przekombinowanego zakończenia wystawiam mu wysoką ocenę. Nie jest to jednak łatwy w odbiorze produkt, bo wymaga pewnego skupienia i chwycenia tej atmosfery zaświatów. A nie każdemu temat śmierci może się podobać, right? Ja pomysł Wójtowicz-Vosloo kupiłem.

Napisane w Prosto z marszu | Otagowane after, life | Komentarzy: 4 »
Czad. Nawet jeśli fabularnie będzie niedomagać to wizualnie z pewnością nie pozostawi nikogo obojętnym. Czeka nas niezwykła przygoda w wyimaginowanym świecie, sporo akcji, a w rolach głównych Jeff Bridges oraz Jeff Bridges w wersji „20 years before”.
Napisane w "Życie" | Otagowane tron. legacy, zwiastun | Zostaw Komentarz »




