W 2008 roku Londyn uległ podtopieniu. Zalane ulice utrudniają życie mieszkańcom, a suche skrawki chodników zostały przejęte przez szczury. Na dodatek po metropolii grasuje mordercza bestia. Tajemnicza istota nie daje zasnąć oficerowi Stone’owi, który postanawia odegrać się w ramach zemsty za zabicie partnera. Uzależniony od kofeiny i tytoniu policjant wkracza do akcji po zmroku. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Huge fuckin’ thing, we need bigger guns – twierdzi po czasie Durkin, koleś z Oxfordu, typowy “garniak”, który na widok stwora zmienia się z pizdusiowatego adepta w brytyjskiego twardziela. A Stone tylko go nakręca.
Split second jest obrazem niesłusznie zapomnianym. To typowa dla początku lat 90. nieskrępowana moralnymi zasadami rozrywka na wysokich obrotach, pełna soczystych tekstów i one-linerów sypiących się co i rusz z ust bohaterów. A w głównej roli Rutger Hauer – kultowiec z kaset vhs chłepczący kawę za kawą (nawet zamiast drinków). Wyznacznikiem filmowego bad-assa są trzy rzeczy – wygląd, słownictwo i umiejętność posługiwania się bronią. Stone wszystkie te cechy posiada w nadmiarze. Czesze się kawałkiem miotły, do psa potrafi powiedzieć “Police, you dickhead.”, a o spluwie nie zapomina nigdy. Nawet gdy idzie się zdrzemnąć.
No i najważniejsze – klimat. Film nie ma jakiegoś rozdmuchanego budżetu, a mimo to nie miałem problemu z wczuciem się w tą zaszczurzoną, brudną, pesymistyczną atmosferę. Zalane piwnice, korytarze i klatki schodowe powalają swoją uproszczoną stylizacją. Zamiast milionów dolarów wylano tu po prostu kilka wiader z wodą więcej. Podobnie postąpiono z potworem. W pełnej krasie uświadczycie go dopiero pod koniec, co nie znaczy, że nie czuć napięcia i dreszczy związanych z atakami monstrum na bezbronnych ludzi.
Postać Stone’a przypomina nieco Duke’a Nukema – tak samo prosta w budowie charakteru i działaniu, tak samo efektywna. Różnią się tylko gabarytami. Nic nie poradzę, że ten film mi się po prostu podoba. Kiedy wracam do klasyki akcji lat 80. i 90. zawsze zostaję rozłożony na łopatki bezpretensjonalnością formuły jaką kierowali się ówcześni reżyserzy. Seans Split second kopie tyłek.

P.S. Bonusowo dorzucam jedną z lepszych scen. Po takich dialogach ręce same składają się do oklasków:











